Tegoroczne rekordowe wpływy z podatków dochodowych (samorządy mają w nich procentowe udziały) na poziomie ok. 65,8 mld zł to szacunek wynikający z prognozy bazującej na ustawie budżetowej.

Dane za 11 miesięcy 2018 r. również wyglądają optymistycznie. W tym czasie całkowity „zarobek” gmin przekroczył 230 mld zł, czyli był wyższy niż w całym roku 2017 (229,9 mld zł). Jeśli porównamy analogiczne okresy (czyli od stycznia do listopada), to przychód okazuje się większy o ponad 9 proc.

Do wyobraźni jeszcze bardziej przemawia to, że dekadę temu, czyli w 2008 r. dochody samorządów ze wszystkich źródeł wynosiły 142,6 mld – 60 proc. tego, czym dysponują dzisiaj.

Postęp jest widoczny tak wyraźnie, że rząd postanowił wykorzystać go w swojej kampanii wyborczej. Niedawno zorganizował konferencję dotyczącą polityki rozwoju i sytuacji samorządów, podczas której premier Mateusz Morawiecki i prezes Jarosław Kaczyński przekonywali, że gminy i powiaty mają się lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Większe wpływy z PIT i CIT to także argument, po który PiS sięga, gdy lokalni włodarze atakują partię np. za wysokie ceny prądu czy planowane podwyżki dla nauczycieli.

Samorządowcy przyznają: „Faktycznie, pieniędzy jest więcej. Ale to nie znaczy, że mamy jakieś eldorado”. – Nie żyjemy w próżni. Co z tego, że mamy wyższe dochody, skoro jednocześnie szybko rosną koszty funkcjonowania? W górę idą choćby płace – komentuje Marek Wójcik ze Związku Miast Polskich.

Z kolei politycy PO wskazują, że PiS wykorzystuje to, iż przyszło mu rządzić w czasach wzrostu gospodarczego. – Statystyka jest narzędziem, którego używa do gry wizerunkowej. Liczy się najprostszy przekaz do Kowalskiego w roku wyborczym: to dzięki nam samorząd jest bogaty. Choć to oczywiście nieprawda – komentuje poseł PO Waldy Dzikowski.

>>> CAŁY TEKST WE WTORKOWYM WYDANIU DGP

>>> Czytaj też: Tylu Polaków nie umierało od czasów wojny. Ale też sami są sobie winni