Amerykańska gospodarka stanęła już na nogi?

To za mało powiedziane. Ona pędzi. Giełda rośnie (w dniu, w którym oddawaliśmy artykuł do druku, na amerykańskiej giełdzie nastąpiło tąpnięcie, za co winą prezydent USA obarczył bank centralny – red.). Rynek pracy ma się świetnie – nie tylko dlatego, że jest niskie bezrobocie, ale też dlatego, że nowe miejsca pracy mają wysoką jakość i są dobrze płatne. Taka anegdota. Jeden z programów pomocy osobom niepełnosprawnym, który wdrożył jeszcze prezydent Dwight Eisenhower, od dawna był nieefektywny. Dziś liczba niepełnosprawnych korzystających z tego świadczenia... radykalnie maleje. Na rynku pracy pojawiły się szanse także dla nich. Kolejna pozytywna wiadomość: ludzie – i to już dotyczy nie tylko USA, ale wszystkich krajów rozwiniętych – coraz więcej inwestują w siebie, co jest dobrym znakiem w dobie zmagań z robotyzacją. Siła robocza jest coraz lepiej wykwalifikowana.

Czyją jest to zasługą? Prezydenta Obamy? To on w końcu rządził w USA aż do 2017 r.

Chyba pan sobie żartuje. Obama sabotował proces ożywienia gospodarczego. Wprowadził tę swoją „reformę” ubezpieczeń zdrowotnych, która wbrew jego pustym obietnicom istotnie podniosła koszty usług medycznych i stała się dodatkowym ciężarem dla obywateli. Dobrą kondycję Ameryka zawdzięcza wyłącznie przedsiębiorczości jej mieszkańców, do której rozkwitu przyczynia się Donald Trump. Za Obamy nie promowano przedsiębiorczości, za to próbowano ją upolitycznić. Chciałeś otworzyć filię swojej firmy w stanie X, musiałeś udowodnić, że finansowałeś kampanie demokratów, inaczej rzucano ci kłody pod nogi. To była czysta korupcja.

Za co Amerykanie powinni być Trumpowi wdzięczni?

Jego najważniejsze osiągnięcie to naprawa systemu podatkowego. Wszyscy rozsądni ekonomiści zgadzają się, że obniżenie podatku korporacyjnego to dobry pomysł, ale zazwyczaj postulat ten napotyka polityczne przeszkody. Trumpowi się udało. Obniżył te podatki z 35 do 21 proc. (prawo weszło w życie na początku 2018 r. – red.). W odpowiedzi firmy przestały ukrywać dochody, a giełda urosła o 20 proc. Tak to właśnie działa: że jeśli opodatkujesz wysoko kapitał, jego wartość będzie maleć, jeśli natomiast obniżysz podatki – wzrośnie. Trump znacznie ograniczył też fiskalną biurokrację. Właściciele firm nie muszą już wypełniać niezliczonych kwitów i przechowywać ich przez pięć, siedem czy więcej lat na wypadek kontroli.

W swoich pracach pisze pan, że „niewidzialna ręka rynku działa”. Jest pan jednym z niewielu ekonomistów, którzy wciąż tak twierdzą.

Wszyscy poważni ekonomiści wierzą, że w najszerszym ujęciu rynek i handel działają. To dzięki nim ludzie realizują tkwiący w nich potencjał.

A jednak od mniej więcej dekady wszędzie – także w USA – rośnie przekonanie, że do tego równania trzeba dopisać państwo. Że biznes – czy społeczeństwo jako całość – nie poradzi sobie bez niego ze stojącymi przed nim wyzwaniami. Od zmian klimatu zaczynając, na zmianach technologicznych, które rodzą potrzebę zapewnienia bezpieczeństwa socjalnego pracownikom, kończąc.

Co do bezpieczeństwa socjalnego – to, co mamy teraz, wystarcza. Zarówno w USA, jak i w Europie. Zawsze ok. 10 proc. populacji będzie potrzebować pomocy i to trzeba brać pod uwagę. Co do walki z globalnym ociepleniem, to jest nonsens, sposób na zabawianie publiczności i wyciąganie pieniędzy z budżetu. Jeśli już musimy, to powinniśmy walczyć z niskimi temperaturami, bo ludzie, historycznie rzecz biorąc, znacznie gorzej znoszą mróz od upału. Rząd powinien zajmować się tworzeniem warunków sprzyjających rozwojowi gospodarczemu. Te warunki to dobra infrastruktura telekomunikacyjna, czyste, pozbawione smogu powietrze, ochrona własności prywatnej, sprawne i uczciwe sądownictwo, ochrona przed agresją z zewnątrz. Wasi obywatele sami z siebie nie zatrzymają Władimira Putina, jeśli zechce zaatakować Polskę. To na takie cele rząd powinien zbierać podatki, oczywiście w racjonalnej wysokości.

Dość popularna jest opinia, że odpowiednio zaprojektowany system podatkowy odgrywa ważną rolę w modernizowaniu gospodarki. Na przykład, jeśli koszty pracy są niskie, właściciele firm nie mają bodźca do modernizacji i inwestowania w kapitał trwały, więc obciążenie ich dodatkową daniną może ich skłonić do zmiany postawy...

Prędzej ich to wykończy. Zbieranie podatków powinno mieć prosty i jasny cel: finansować budżet. Nie powinno się tworzyć żadnych bodźców – że np. jednych opodatkujemy bardziej, a drugich mniej, jednym damy ulgi, drugim domiary. To szkodliwe. Tu zresztą Trump także ma swoje sukcesy. Zlikwidował część odpisów podatkowych, które komplikowały system. Osobiście uderzyło mnie to po kieszeni, ale to dobra polityka ekonomiczna. Podmioty powinny być traktowane równo. Takiej odpowiedzi ekonomia udziela na pytanie, jak projektować system podatkowy, żeby a) przynosił dochody budżetowi i b) nie szkodził gospodarce. Nawiasem mówiąc, wasz rząd całkiem nieźle sobie z tym radzi.

Ze zbieraniem danin na pewno radzi sobie lepiej niż poprzedni. Z nieszkodzeniem gospodarce? Tu już nie byłbym taki pewny.

W każdym razie ekonomia to twarda nauka, która pozwala odpowiadać na pytanie, jak kształtować politykę gospodarczą względem konkretnych celów. Nauka ekonomiczna bardzo rozwinęła się w ciągu minionego półwiecza. Jest dziś złożona, podobnie jak np. fizyka. Niestety, wielu ludzi nie chce dostrzec tego postępu i upiera się przy przestarzałych teoriach z lat 50 XX w. Bronią status quo.

A więc na pytanie, czy rząd ma aktywnie pomagać biznesowi i inwestować w gospodarkę, jeśli celem jest rozwój, jedyna możliwa odpowiedź ekonomii to: „nie”?

Zgadza się. Rząd ma opracować i strzec ogólnego zestawu reguł.

A jednak prof. Dani Rodrik z Uniwersytetu Harvarda, ekonomista znany ze wskazywania skutków ubocznych wolnego handlu, przekonywał mnie ostatnio, że w tym, by rząd próbował stymulować i kierować rozwojem gospodarki, jest sens, gdyż niektórych zadań – np. inwestycji w badania i rozwój na wczesnym ich etapie – nie sfinansuje sam rynek.

Jakiś poziom inwestycji w edukację i badania podstawowe prowadzone na uczelniach jest wskazany, ale czy to powinno być równoznaczne ze wspieraniem konkretnych projektów biznesowych? Nie sądzę.

W USA funkcjonuje DARPA (Agencja Zaawansowanych Projektów Badawczych w Obszarze Obronności), która przyczyniła się m.in. do sukcesu firmy Apple. Wirtualny asystent Siri, instalowany w iPhone’ach, narodził się w jej laboratoriach.

DARPA dysponuje rocznym budżetem w wysokości ponad 3 mld dol. To pieniądze podatnika. Jeśli masz tyle pieniędzy i inwestujesz je w setki projektów, to któreś muszą wypalić. Nawet biurokraci czasami strzelą we właściwą stronę. To jednak nie jest wystarczający argument, by uzasadnić tezę, że istnienie takich instytucji jest konieczne. Trzeba by było udowodnić, że te 3 mld dol. rokrocznie zabierane podatnikom zostałyby zmarnowane, gdyby pozostały w ich kieszeniach. A przecież te wszystkie umysły pracujące obecnie dla DARPA nie zniknęłyby wraz z jej likwidacją i nie przestałyby dawać życia nowym ideom. Finansowania dla ich realizacji udzielałyby podmioty sektora prywatnego, bogatszego właśnie o owe 3 mld.

Czyli te wszystkie listy rządowych wynalazków nie robią na panu wrażenia?

Nie. I jeśli pan wspomni o Elonie Musku i Tesli, to skoczy mi ciśnienie. Przecież ta firma funkcjonuje tylko ze względu na rządowe subsydia. Jest nierentowna. To przykład kapitalistycznego kolesiostwa.

Poza tym na ekonomiście wrażenie zrobić mogą wyłącznie twarde dane, uczciwa analiza zysków i strat. Rząd, historycznie rzecz biorąc, rzadko obstawia dobrze. Podam przykład. Duże miasta USA i Wielkiej Brytanii w 1900 r. miały poważny problem – zalegające na ulicach końskie odchody. Szukano więc alternatywy dla transportu konnego. Co zrobiłyby rządy tych państw, gdyby działały podobnie do dzisiejszych ekip u władzy? Zatrudniłyby ekspertów, którzy przygotowaliby swoje analizy. Z tych wynikałoby, że należy zainwestować w pojazdy oparte na silniku parowym (takie panowało wówczas powszechne przekonanie). Przeznaczono by więc na to pieniądze podatników i... zmarnowano by je. Już wtedy bowiem powstawała technologia mająca zrewolucjonizować transport w pierwszej połowie XX w., mianowicie silnik o spalaniu wewnętrznym!

Przyznam, że jestem odrobinę rozczarowany. Sądziłem, że podpowie pan polskim politykom, co zrobić, żeby nam gospodarka rozkwitła innowacyjnymi biznesami, a tu słyszę: „Nie robić nic”.

Zaprojektowanie efektywnego systemu reguł sprzyjających wzrostowi, które nie blokują innowacji i nie duszą wydajności, to bardzo ambitne zadanie. To nie jest nic. Specyfika otoczenia regulacyjnego sprawia, że np. w Europie nie może funkcjonować wiele z amerykańskich innowacji w dziedzinie czystych technologii. Uważacie je za nielegalne. Rząd musi dawać więcej swobody przedsiębiorcom. Nadzoruję doktorat pewnego Chińczyka o wybitnym umyśle, który w Shenzhen stworzył sieć start-upów fintechowych i w krótkim czasie wyszedł z działalnością za granicę. Jak pomogło mu w tym państwo? To proste. Chiny od 40 lat inwestują w infrastruktuę komunikacyjną i rozwijają swoje miasta tak, by życie w nich było komfortowe. To mu wystarczyło. Resztą zajął się sam. Bądźcie jak Chiny pod tym względem. Czytałem tekst, który dla „The Wall Street Journal” napisał wasz premier, i wydaje się, że on tę kwestię, i w ogóle gospodarkę, rozumie. Ja zawsze doradzam politykom: zaprojektujcie ramy działania, rozsiądźcie się wygodnie, obserwujcie sukces i spijajcie śmietankę. ©

Rozmowa przeprowadzona dzięki uprzejmości Akademii Leona Koźmińskiego. 8 października przy okazji obchodów 25-lecia ALK prof. Prescott otrzymał doktorat honoris causa uczelni