Wszystkie wyzwania i towarzyszące im potem uporczywe spory, pretensje i żale, m.in. o tempo i charakter przemian, o to, że z lidera staliśmy się maruderem transformacji, o dekomunizację, kształt reform politycznych i gospodarczych, były wtedy przed nami. Przyszły – jako rzecz zupełnie naturalna, choć niekiedy z nienaturalnym, ale bardzo polskim natężeniem – z czasem. Owszem, bohaterowie wydarzeń, badacze i przywiązani do przeszłości politycy będą się jeszcze długo, a nierzadko i gwałtownie, spierać o Okrągły Stół, Magdalenkę, Lecha Wałęsę, Leszka Balcerowicza i III RP, o to, co należało, i o to, co można było zrobić inaczej, lepiej. Ale pomyślmy o tym tak: to już tylko historia.

Ważna, ciekawa, skomplikowana, kontrowersyjna i pouczająca – ale tylko historia. Na szczęście z radosnym, dobrym początkiem i upragnionym, dobrym zakończeniem. Mamy – jak wtedy – powody się cieszyć. Choć zmęczeni, pozwólmy sobie na niczym niezmąconą radość. W tym, co najważniejsze, nadzieja i intuicja nas przecież nie zawiodły. Odzyskaliśmy Polskę. Jest nasza, wolna. To nic, że nie spełnia jeszcze wszystkich oczekiwań, że burzliwe „wczoraj” nie zaprowadziło nas do wymarzonego „dziś”. Przywiodło nas jednak we właściwe miejsce. Niedosyt to dobry, najlepszy z możliwych, punkt wyjścia. Bo w gruncie rzeczy liczy się już tylko przyszłość.

>>> Polecamy: Full Bayer Kaszpirowskiego w rytmie disco polo. Oto słownik polskiej transformacji