W przyszłym roku obchodzić będziemy 30-lecie pierwszych wyborów lokalnych i uchwalenia ustawy o samorządzie gminnym. Według wielu ekspertów, ale i polityków dotychczasowy model funkcjonowania się zużył i wymaga głębokich zmian. Ujawniają się kolejne słabości związane z zakresem kompetencji gmin i powiatów, zaburzeniem relacji na linii burmistrz – rada czy wreszcie stanem finansów samorządowych. Wydawać by się mogło, że przyszła kadencja parlamentu to niezła okazja do rozpoczęcia reformy.

Tymczasem w programie PiS – partii, która, jeśli wierzyć sondażom, ma szanse kontynuować rządy – samorząd terytorialny jest właściwie pominięty. Jakby PiS zapomniał o ogromnej roli władz lokalnych przy wdrażaniu 500 plus czy ratowaniu rządowego programu „Czyste powietrze”. To samorządowcy prowadzą gigantyczną operację uwłaszczania 2,5 mln użytkowników wieczystych czy dostarczają grunty pod program „Mieszkanie plus”. Oczywiście, zadanie zlecone przez rząd samorząd musi wykonać i nie jest to łaska z jego strony (pomijam kwestię, czy rząd zapewnia na to wystarczające środki). Ale w interesie PiS jest, żeby to wszystko działało jak dobrze naoliwiona machina.

PiS raz na jakiś czas – niestety zazwyczaj w zaskakujący sposób – ujawnia swoje plany wobec samorządu. A to oznacza, że jakieś koncepcje – lepsze lub gorsze – tam się rodzą. Wystarczy wspomnieć o próbie wzmocnienia regionalnych izb obrachunkowych (ustawę zawetował prezydent Duda), wdrożonych zmianach w budżetach obywatelskich czy zapowiedzi powołania nowych województw – środkowopomorskiego i warszawskiego.

Zmiana w podziale administracyjnym kraju to poważna reforma. Trzeba dokonać korekty granic województw, stworzyć nowe instytucje, przenieść lub zatrudnić ludzi, na nowo podzielić środki unijne w regionalnych programach operacyjnych itd. Jak więc traktować na serio np. zapowiedzi kampanijne Jarosława Kaczyńskiego o woj. warszawskim, skoro pomysł ten nawet nie znajduje odzwierciedlenia w programie? W parlamencie i środowisku samorządowym aż huczy od plotek dotyczących tego, co może się stać w kolejnej kadencji, np. jeśli chodzi o zmiany w podziale administracyjnym, które mogłyby skutkować nawet wcześniejszymi lokalnymi wyborami. Jeśli jest w tym choćby ziarno prawdy, to obawy o intencje rządzących są zasadne.

Owszem, samorząd w programie się pojawia. Ale zawsze jest obok pewnych planowanych zmian, nie jest zaś ich podmiotem. I tak np. partia rządząca zapowiada włączanie wsi w system komunikacji publicznej (nie dalej niż 2 km do najbliższego przystanku kolejowego lub autobusowego w każdej wsi) i kierowanie dodatkowych środków na drogi. Zmiany w oświacie? Tu samorząd też się pojawia. Ale tylko w zakresie określenia odpowiedzialności finansowej państwa i władz lokalnych w tej dziedzinie. Nie zanosi się więc na głęboką zmianę typu „rząd przejmuje pełną odpowiedzialność za pensje nauczycieli”. PiS chce po prostu uniknąć dalszych sporów o poziom subwencji oświatowej poprzez jednoznaczne usankcjonowanie, że samorząd dokłada się do systemu edukacji. Z programu wynika też, że PiS będzie wspólnie z władzami lokalnymi przywracać wiejskie szkoły, ośrodki zdrowia czy placówki kultury.

Jak dalej ma funkcjonować samorząd – np. co z powiatami i województwami, systemem finansowym, zadaniami zleconymi, sposobem wyboru władz (np. starostów i marszałków), wdrażaniem środków unijnych w latach 2021–2027 (ile rozdystrybuują władze regionów, a ile rząd)? Tego z programu się nie dowiemy.

W tym względzie przekaz Koalicji Obywatelskiej jest bardziej klarowny. W programie tej formacji jest mowa o przeniesieniu wpływów z PIT i CIT na rzecz samorządów, likwidacji urzędów wojewódzkich czy wzmacnianiu roli sołectw. Pomysły te mogą się podobać lub nie, ale przynajmniej są i jest o czym dyskutować, a przede wszystkim – za lub przeciwko głosować. Za to PiS kolejny raz może wszystkich zaskoczyć. ©℗

>>> Czytaj też: PiS szykuje się na drugą kadencję. Jakich zmian możemy się spodziewać? [ANALIZA PROGRAMU]