Instytut Pileckiego w Berlinie, który zainaugurował działalność w tym tygodniu, może być znaczącym zwrotem w kreowaniu polskiej polityki historycznej. I to nie tylko dlatego, że biografia patrona placówki, a zarazem bohatera głównej wystawy, ma ogromny potencjał, by zaistnieć w zbiorowej świadomości zachodniej opinii publicznej. Placówka jest dla nas szansą również dlatego, że odkrywa światu nieznane mu karty z naszej historii; daje nam możliwość wpływania na kształt międzynarodowej pamięci historycznej i zbudowania wokół Polski uniwersalnego przekazu, jakim jest sprzeciw wobec totalitaryzmu. Niezależnie od jego barw.

Jest coś symbolicznego w tym, że otwarcie pierwszego zagranicznego oddziału Instytutu Pileckiego nieomal zbiegło się w czasie z informacjami Onetu na temat owoców współpracy Polskiej Fundacji Narodowej z amerykańską agencją piarowską White House Writers Group. Obie instytucje w gruncie rzeczy działają w podobnych celach – mają za zadanie kształtować pozytywny wizerunek Polski za granicą. Trudno więc uwierzyć, że możemy przygotować spektakularne wydarzenie i stworzyć nowoczesny ośrodek refleksji nad totalitaryzmami, jak ten w Berlinie, a inny ambitny projekt w równie spektakularny sposób zawalić (choć wydanie lekką ręką 5,5 mln dol. na działania bandy dyletantów chciałoby się określić bardziej dosadnie).

>>> Czytaj też: Po 1989 r. nie podobała mi się polityczna zajadłość [ROZMOWA]

Sposobu, w jaki PR-owcy „promowali” Polskę, nie ma już co komentować. Na bieżąco robią to internauci, którzy w ostatnich dniach zalali sieć prześmiewczymi memami oznaczonymi hasztagiem Heart of Poland. Inaczej jest z berlińską wystawą „Ochotnik. Witold Pilecki i jego misja w Auschwitz”, którą od minionego poniedziałku można oglądać w siedzibie instytutu, w samym sercu niemieckiej stolicy.

Kiedy na kilka godzin przed inauguracją, tuż za plecami opowiadającej o ekspozycji szefowej placówki Hanny Radziejowskiej, nagle przewróciła się jedna ze ścianek, natychmiast pojawiły się najgorsze skojarzenia z państwem (nomen omen) z dykty. Na szczęście nieuzasadnione.

Całą opinię przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP