Problem nie w tym, że młode pokolenie odleciało, a w tym, że społeczeństwo w ostatnich trzydziestu latach tak bardzo przesunęło się na prawo, że lewicowe postulaty uchodzą za skrajne, zaś to, co centrowe, kwalifikowane jest jako lewicowe. W tym sensie Polska stała się krajem wyjątkowym w Europie, być może najbardziej przypominającym Stany Zjednoczone, w których zwolennik państwa dobrobytu w stylu szwedzkim uchodzi za komunistę.

Owo fatalne w skutkach przesunięcie jest wynikiem uzyskania przez prawicę w jej typowej dla Polski formie – konserwatywnej obyczajowo oraz ultraliberalnej w sferze społeczno-gospodarczej – dominującej pozycji w dyskursie publicznym. Mogliśmy wybierać między tymi, którzy są moralnie zachowawczy, a tymi, dla których ważniejsza jest sfera gospodarcza. Liberałowie należeli z reguły do tej drugiej grupy.

Ta przepaść, która jest w społeczeństwie, wyklucza relacje między młodą lewicą a liberalizmem. Aby mogła zaistnieć jakaś nić porozumienia, ten drugi musiałby przyjąć formę bardziej socjalną lub przynajmniej wrócić do swojego głównego nurtu.

>>> Czytaj też: Jak PiS przejmie Sąd Najwyższy. Bezprecedensowe spotęgowanie prawnego kryzysu? 

Liberalizm, to oczywiste, ma różne oblicza. Polski nurt po 1989 r. przybrał formę neoliberalizmu. Ta marginalna odmiana związana z Miltonem Friedmanem oraz Friedrichem Augustem von Hayekiem w latach 80. XX w. niespodziewanie stała się dominująca, co ostatecznie doprowadziło ideę do głębokiego kryzysu.

Świadkami tego jesteśmy dziś, gdy nie mamy pojęcia ani jak uwolnić się od konsekwencji kryzysu ekonomicznego z 2008 r., ani jak zaradzić katastrofie klimatycznej, w dużej mierze spowodowanej przez nieregulowany kapitalizm leseferystyczny (skrajnie wolnorynkowy).

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP