Mirosław Mazanec testował niedawno dla serwisu dziennik.pl telefon Motoroli, model One Zoom. Kiedy więc zobaczył na YouTube filmik z recenzją tego samego telefonu, kliknął, by go obejrzeć. Po pierwsze z ciekawości, bo model można różnie ocenić. Po drugie autorem opinii był kolega po fachu, więc chciał się przekonać, na ile są zgodni. I ze zdziwieniem stwierdził, że bardzo. A nawet bardziej niż bardzo, gdyż kolega w swoim filmiku po prostu wyrecytował recenzję Mazaneca. I to słowo w słowo, przez co ten, oglądając video, czuł się tak, jakby słuchał samego siebie.

Szybko okazało się, że kolega po fachu – człowiek doświadczony, z telewizyjnym stażem – czerpał pełnymi garściami również z recenzji innych dziennikarzy. Jeden z nich przeprowadził krótkie śledztwo i znalazł co najmniej dziewięć opinii zawierających obszerne fragmenty, których autorem był ktoś inny.

Plagiator najpierw sugerował, że praca innych dziennikarzy była dla niego jedynie inspiracją, ale w obliczu twardych dowodów zmiękł i przeprosił. Przyznał, że korzystając z fragmentów recenzji kolegów, poszedł nieco na skróty, zawierające je filmiki usunął i zapewnił, że nie jest twórcą, który świadomie kopiuje dorobek innych. Co z punktu widzenia prawa ma niebagatelne znaczenie. – Ludzi świadomie czerpiących korzyści z plagiatów a osoby dokonujące tego nieświadomie odróżnia wina – tłumaczy adwokat Anna Trocka z APT&right Attorneys-at-Law, wieloletni wykładowca uniwersytecki, ekspert w dziedzinie prawa autorskiego oraz dochodzenia odpowiedzialności z tytułu jego naruszeń. – W przypadku tzw. działania zawinionego poszkodowany może dochodzić przyznania mu zadośćuczynienia za doznaną krzywdę bądź zasądzenia na wskazany cel społeczny odpowiedniej kwoty pieniężnej. Jeżeli naruszenie nie było zawinione, sąd roszczeń nie przyzna.

>>> Czytaj też: Wikipedia protestuje przeciw unijnej reformie prawa autorskiego 

W tym przypadku nikt nie ma wątpliwości, że kolega po fachu dobrze wiedział, co czyni. I że nie jest niestety przypadkiem odosobnionym.

Mecenas Anna Trocka przyznaje, że żyjemy w czasach tak dynamicznych, iż system prawa autorskiego za nimi nie nadąża. Zwłaszcza że dzięki postępowi technologicznemu i informatycznemu coraz więcej twórców prezentuje materiały w sieci, która ze swej istoty trudna jest do ogarnięcia. I to właśnie ich dotyka coraz więcej naruszeń. Trocka jest przekonana, że w znacznym stopniu odpowiedzialne za to są media społecznościowe. Bo to Facebook, Twitter czy Instagram nauczyły nas udostępniania i kopiowania cudzych treści. I to one utwierdziły nas w złudnym przekonaniu, że tak wolno. – Mało która osoba korzystająca z social media ma pojęcie o prawach autorskich i sankcjach grożących za ich naruszenia – mówi mec. Trocka. – Choć nie powinno się to wydawać niczym dziwnym w czasach, gdy nawet studenci piszący prace dyplomowe są przez swoich promotorów instruowani, że mogą to robić na zasadzie „kopiuj-wklej”, pod warunkiem że nie da się tego wykryć.

W praktyce takie „pisanie” sprowadza się do oszukiwania systemu antyplagiatowego. Można go łatwo wprowadzić w zakłopotanie, zmieniając szyk zdań albo używając jak największej liczby synonimów. O czym studenci również dowiadują się od wykładowców. W tej sytuacji sam system staje się doskonałym przewodnikiem, podpowiadającym, które fragmenty pracy trzeba jeszcze „poprawić”.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP