Zaczęło się od tego, że mieli zajawkę na robienie beatów. Czasami dochodziło między nimi do beefów i jeden drugiego dissował w czasie freestyle’owej bitwy. Wyglądali osobliwie – nosili baggy, luźne spodnie z obniżonym krokiem, tańczyli breakdance i malowali graffiti na pociągach. I zostawiali tagi, by było wiadomo, kto odpowiada za wholecar (zamalowany wagon) albo wholetrain (zamalowany pociąg). Ścieżką dźwiękową ich młodości była muzyka Kalibru 44 i Paktofoniki, które przeszły do historii polskiego rapu.

Wystawa „Śląski hip-hop 1993‒2003” – do oglądania do końca września – ma pomóc poznać ten czas. Dlatego przestrzeń Muzeum Śląskiego zamieniła się w podwórko, na którym – jak powiedzą nieprzychylni subkulturze hiphopowej – przesiadywali ongiś blokersi. Pośrodku sali wystawienniczej trzepak, tuż obok ławka, a dalej odrapany kiosk, gdzie fani rapu, jazdy na deskorolce i pisania sprayem po ścianach kupowali m.in. miesięczniki „Ślizg” czy „Machina”. Za siatką zaparkowano przedpotopowy model volkswagena – dziś już rzadko spotykany na naszych drogach. Jest też blaszany pawilon z fotelami, stolikiem i telewizorem, bo przecież „młodzież z marginesu” musiała mieć na osiedlu swój azyl, aby nie narażać się na potępieńcze spojrzenia przyzwoitych mieszkańców. Odtworzono garażowe studio nagrań, gdzie przyszłe gwiazdy okraszały swoje pierwsze częstochowskie rymy karkołomnymi beatami. A naokoło muzealnego podwórka ciągnie się biały mur upstrzony bazgrołami, spod których wyrasta efektowne graffiti.

Na wystawę trafiło sporo artefaktów z epoki. Popularne wśród fanów wlepki z nazwami ulubionych kapel, odręcznie przygotowane ulotki koncertowe, zdjęcia śląskich blokowisk czy komputerowe dyskietki oraz kasety magnetofonowe z muzyką Public Enemy, Ice Cube’a, Beastie Boys czy Cypress Hill, bo tych wykonawców słuchało się na kwadracie, czyli w domu. – Zbiórka eksponatów razem z przygotowaniem wystawy zajęła nam dwa lata – opowiada Alicja Knast, dyrektorka Muzeum Śląskiego. – Hip-hop idealnie nadaje się do przestrzeni wystawienniczych, bo jest nie tylko muzyką, ale też wykształcił własną kulturę, choć bardzo bałam się umuzealniania tego nurtu, który jest antytezą instytucji. To był ostatni moment, aby zrobić tę wystawę, bo część materiałów, które do nas trafiły, liczy sobie prawie 30 lat i niemal rozpadała się w rękach. Zależało nam na wiernym odwzorowaniu tamtej rzeczywistości, choć jeden z widzów odniósł się krytycznie do naszych starań, wytykając, że pośród eksponatów znalazły się też nieoryginalne obiekty. To pokazuje, jak ważna w opowiadaniu o hip-hopie jest autentyczność. Ersatze mają krótki termin przydatności – dodaje.

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu Magazynu DGP