Mieszka pani w samym środku dawnego getta.

Gołda Tencer: Nie wyglądam przez okno. Mam to w sobie.

Co?

Pamięć.

Pani jest pierwszym powojennym pokoleniem.

Które w pewnym sensie doświadczyło Holokaustu.

Odziedziczyła pani traumę?

Nie umiałam tego nazwać, ale skoro dziedziczymy życie, to i dziedziczymy traumę. Urodziłam się po wojnie, ale mam w sobie gen wojny, gen Holokaustu. Myślę, że on jest w całym powojennym pokoleniu. Myślę, że przechodzi też na trzecie, na takich ludzi, jak mój syn, urodzony w 1985 r. Wie pani, co mi się w dzieciństwie najczęściej śniło? To, że gonią mnie Niemcy. Mojemu bratu też. Potem się okazało, że innym dzieciom też. A przecież wojnę znaliśmy tylko z opowieści i to przecież nie od taty, bo on nic nie mówił. Przychodził z pracy, ze swojego warsztatu, w którym robił damskie torebki, i się zawieszał, patrzył w dal takim tępym, niewidzącym wzrokiem. To wystarczyło. Wiedzieliśmy z bratem, że coś jest nie tak. Albo budził się w nocy z krzykiem. Wiem, że w getcie walczył w powstaniu, wiem, że miał żonę, że miał córeczkę Gołdę.

Gołdę?

Gołdę. Miałam siostrę Gołdę. Nigdy o tym nam nie mówił. Tylko te sny, te krzyki w nocy. Pytałam w dzieciństwie, czy zabił jakiegoś Niemca. Mówił, że nie mógłby strzelić do człowieka. A tu niedaleko stoi Pomnik Bohaterów Getta, którego renowację w połowie lat 90. przeprowadziła założona przeze mnie Fundacja Shalom. Tata umarł dawno temu.

Z traumy trzeba się wyzwolić.

Ale ja się nie chcę wyzwalać. Bo co to znaczy „wyzwolić”? Musiałabym przestać pamiętać. A przecież to jest całe moje życie. Siedzimy teraz przy stole i proszę sobie wyobrazić, że ten stół jest za duży dla całej mojej rodziny. Mój brat w Szwecji, moi kuzyni w Brazylii, ich rodziny. I syn. I koniec. Nikogo więcej nie ma. Jest tylko pamięć. O moich rodzicach, o tym, co przeżyli, o ich rodzinach, które zostały wymordowane. To jest nam wszystkim potrzebne, bo to historia rodziny. Im starsza jestem, tym trudniej mi sobie wyobrazić to, co się stało. A przecież w zasadzie całe życie się tym zajmuję. W zeszłym roku w Warszawie zasadziłam drzewko, wierzbę płaczącą, poświęconą pamięci matek żydowskich, które musiały oddać swoje dzieci, żeby je ratować, i matek polskich, które te dzieci przyjęły. Znałam się z Ireną Sendlerową. Powiedziała mi, że żałuje, że nie napisała książki o matkach, które musiały oddawać swoje dzieci. Doszłam do wniosku, że ja muszę spisać swoje życie, życie mojej rodziny, dać głos tym swoim kolegom, którzy z Polski wyjechali. W Łodzi chodziłam do żydowskiej szkoły. Kiedy dorastaliśmy, zdawaliśmy maturę, przyszedł 1968 r. i wszyscy wyjechali, tylko ja zostałam. Po 1968 r. mój łódzki adres był jedynym adresem, na który mogli wtedy pisać. Potem mi mówili, że dobrze, że zostałam, bo dzięki temu mają do kogo wracać. Wiem, że wszyscy moi koledzy odziedziczyli traumę. Tylko wtedy o tym nie rozmawialiśmy. W ich żydowskich domach też się o tym nie mówiło.

W niektórych się mówiło. Niedawno rozmawiałam z Adą Willenberg, która została uratowana z warszawskiego getta, i ona mówiła swoim dzieciom, mówiła obcym ludziom – i to była jej terapia.

Myślę, że nasi rodzice chcieli nam oszczędzić tych historii. U nas w domu wystarczał ten wzrok taty. Potem przyszedł ten straszny 1968 r., który był traumą i dla tych, którzy zostali, i dla tych, którzy wyjechali. Tę traumę wszyscy przekazali najpewniej swoim dzieciom. I one też chcą pamiętać, bo to jest historia naszego narodu. Następne pokolenie mówi o tym, co się działo. W tej książce jest cała moja klasa z żydowskiej szkoły. Przyjechali na ostatni Festiwal Singera, na premierę mojej książki. Chciałam im przygotować karpia po żydowsku, ale o tej porze roku nigdzie nie ma karpia. Moja mama robiła wspaniałego karpia. Ja też potrafię. Pamiętam, jak kiedyś Szymon, mój mąż, kupił 20 kg karpia...

Do domu?

Nie, przygotowaliśmy ucztę na rzecz Domu Aktora w Skolimowie. Ale do domu też kupował ogromne ilości wszystkiego. Musiał mieć zapas, musiał mieć pełną lodówkę, jak wielu ludzi z jego wojennego pokolenia. Wtedy, z tych 20 kg zrobiłam prawdziwego karpia po żydowsku. Piotr Bikont potem napisał recenzję, w której było zdanie: gdyby był Oscar kulinarny, to należy się Gołdzie Tencer za karpia po żydowsku.

>>> Całą rozmowę można znaleźć w weekendowym wydaniu Magazynu DGP i na EDGP