Nie przepadamy za patosem, ale te wybory pokazują, że rzeczywiście stało się coś wielkiego, czego nikt się nie spodziewał. Coś, co umyka w bieżącej dyskusji – skupionej na tym, co się wydarzy w Senacie, czy na tym, ile mandatów dostaną poszczególne ugrupowania.

Polacy stali się narodem politycznym i to w kilku wymiarach jednocześnie. Do urn poszła kwalifikowana większość wyborców. Te trzy miliony osób więcej niż zwykle głosuje w wyborach parlamentarnych zrobiły nie tylko kolejny rekord frekwencji. To już duża różnica jakościowa.

Polacy poszli masowo głosować, bo większość uwierzyła po minionej kadencji, że polityka jest sprawcza. To lekcja, którą odrobili nie tylko wyborcy PiS, lecz także opozycji. – Widać, że wybory są po coś. To nie jest tak, że głosujemy na SLD, a potem jest jak za AWS i wszystko idzie po staremu. Rozpoznajemy, że w polityce o coś chodzi, że rozstrzyga się ją w wyborach do Sejmu i że warto się w nią zaangażować. To nauczanie przez praktykę. Namawianie do głosowania nie polega na mówieniu ludziom „idźcie, bo to ważne”, ale na przekonaniu ich, że rzeczywiście mają wpływ. Czują to zarówno ci, którzy uważają, że rząd służy takim ludziom jak my, jak i ci, którzy uważają, że zagraża demokracji – zauważa politolog Jarosław Flis z UJ.

Do tej pory częste były narzekania, że Polacy nie chcą chodzić na wybory i że w związku z tym władza, a przy tym opozycja, mają słaby mandat. Jeszcze przed niedzielnym głosowaniem w mediach społecznościowych masowo udostępniano rysunek, na którym wśród 10 osób symbolizujących 100 proc. Polaków mających prawo głosu, pięć było aktywnymi wyborcami, z dopiskiem „Jeśli nie chcesz, by tych trzech przegłosowało tych dwóch, by rządzić wszystkimi, idź na wybory”. Nie wiadomo, czy rysunek okazał się skuteczny, ale nie można już mówić, że werdykt zostały wydany przy niestawiennictwie połowy uprawnionych (choć tych nieobecnych przy urnach było 38 proc., czyli nadal sporo).

Kolejne zdziwienie dotyczy efektu wyborczego wzmożenia. Od lat 2005–2007 żyjemy w cieniu wojny polsko-polskiej oraz zmagań PiS i PO, dla których pozostali aktorzy sceny politycznej są statystami. Jednym z aksjomatów tego pojedynku było to, że wojna Tuska z Kaczyńskim, a potem Schetyny z Kaczyńskim nakręca polityczne emocje skupione wokół personaliów, co zwiększa temperaturę politycznego sporu i frekwencję wyborczą. Beneficjentami tego konfliktu są PiS i PO. Grzegorz Schetyna, wybierając polityczną drogę, liczył, że polaryzacja i związana z nią wyższa frekwencja strąci lewicę i PSL w okolice wyborczego progu. Z kolei PiS nawet w końcówce kampanii liczył, że większa frekwencja przełoży się dla niego na więcej mandatów.

Gdyby spojrzeć na wyniki obu partii, to scenariusz ten był bliski realizacji. 43,5 proc. poparcia PiS i 27,4 proc. PO to łącznie 70 proc. wyborców przy urnach. Na oba ugrupowania oddano w sumie o 10 proc. więcej głosów niż w wyborach w 2015 r. i w 2011 r., kiedy wspólnie uzyskały one poparcie przekraczające nieco 60 proc. Lepiej było tylko w roku 2007 r., w którym łączna liczba głosów oddana na PO-PiS wyniosła 73 proc.

Tyle że choć dwie największe partie zwiększyły swój stan posiadania, nie osiągnęły tego kosztem pozostałych. Wyższa frekwencja dała polityczny tlen także ugrupowaniom, które – jak się wcześniej wydawało – mogą mieć problem z przekroczeniem progu wyborczego, czyli PSL i przede wszystkim Konfederacji. Władysław Kosiniak-Kamysz przy pomocy Pawła Kukiza wywalczył 1,5 mln głosów – to najlepszy wynik ludowców od 1993 r. Konfederację poparło z kolei 1,2 mln ludzi. To były wybory, w których głosy się nie marnowały. Dlatego ich wynik wydaje się taki zadziwiający.

Wyższa frekwencja dała bardziej reprezentatywny nowy Sejm. ©℗

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu Magazynu DGP.