Ale ta Alina była wredna – taką tezę niespodziewanie postawił przy śniadaniu mój syn kilka miesięcy temu. Z wypiekami na twarzy kończył akurat lekturę „Balladyny”. Jakiś czas potem opowiadał, że przy zaciągniętych roletach, stołach ustawionych w krąg i zapalonej świeczce czytają w klasie z podziałem na role drugą część „Dziadów”. Z kolei przed feriami przyłapałam go w nocy, jak zamiast spać, pochłaniał „Quo vadis”. Ma 12 lat, chodzi do siódmej klasy. Jest drugim rocznikiem, który jedzie według nowego rozkładu jazdy szkoły wydłużonej po reformie.

Kiedy mówił mi o swoich lekturach, pomyślałam, że moja córka, która jeszcze załapała się na gimnazjum, nie musiała się mierzyć z taką dawką polskiej literatury (choć niemiłosiernie męczyła się z „Krzyżakami”). Ale dopiero przy okazji egzaminów ósmoklasistów i rozmów z nauczycielami uświadomiłam sobie, że oto na naszych oczach doszło do radyklanego zwrotu w myśleniu o polskiej szkole.

>>> Czytaj też: "Rząd nie bierze odpowiedzialności za kryzys w oświacie, który sam spowodował" 

Prawda jest taka że właśnie w tym tygodniu postawiono kropkę nad „i”. Los niemal trzech milionów dzieciaków został rozstrzygnięty przynajmniej na kolejne osiem lat. Dwa lata temu wprowadzono nową podstawę programową, która zawiera instrukcję, czego mają się uczyć uczniowie w nowej, wydłużonej podstawówce. Ale dopiero formuła pierwszego egzaminu ósmoklasisty dobitnie pokazała, kim ma być nowy uczeń według obowiązującego dziś modelu edukacji.

Fakt ten został niemal całkowicie przykryty przez strajk nauczycieli. Wszystkie dyskusje na temat egzaminu ograniczały się do tego, czy się on odbędzie czy nie. Nie za wiele uwagi poświęcono temu, żeby zastanowić się nad oczekiwaniami wobec uczniów, którzy kończą podstawówkę. I tego, co mówią one o polskiej szkole.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP