Największe amerykańskie magazyny ekonomiczne celują w konserwatywny dobór tematów. W cenie jest więc praca na badaniach dokonanych już przez kogoś innego. Celem sprawdzenia, czy miał rację, ewentualnie wytknięcia mu błędu

Takie przesłanie płynie z ostatniego artykułu noblowskiego ekonomisty Jamesa Heckmana (nagrodę dostał w 2000 r.) oraz jego doktoranta z Uniwersytetu Chicagowskiego Sidhartha Moktana. Akademicy alarmują, że szkolnictwo wyższe w USA zaczęło przypominać popowe stacje radiowe, w których na okrągło leci muzyka lekka, łatwa i przyjemna. Tak samo jest na uczelniach – nie ma już na nich miejsca na odważniejsze eksperymenty. Królują uniformizacja oraz konformizm.

Przykładem może być amerykańska (wciąż najlepsza i najlepiej finansowana na świecie) ekonomia uniwersytecka. Aby robić tu karierę, trzeba publikować, co ma motywować akademików do pracy. Żeby – jak to się w Polsce mówiło – nie zasnąć w PAN-u (PAN to Polska Akademia Nauk, której pracownicy byli często oskarżani, że się specjalnie nie przemęczają). Tak czy owak najpierw w Ameryce (a potem również u nas) stworzono system, który ma zmuszać naukowców do pracy. Nikt cię nie drukuje? To nie robisz kariery akademickiej.

Ale publikowanie publikowaniu nierówne. Heckman i Moktan pokazują, że choć rynek naukowych żurnali jest olbrzymi, to liczy się ogłaszanie tekstów w wielkiej piątce: „The American Economic Review”, „Econometrica”, „Journal of Political Economy”, „The Quarterly Journal of Economics” i „The Review of Economic Studies”. Jak zamieszczą twój jeden artykuł, to szanse, że dostaniesz stały angaż na uniwersytecie, rosną w tym samym roku o 90 proc. Jak dwa, to skaczą do 260 proc. A angaż na amerykańskim uniwersytecie to obiekt westchnień młodych naukowców. Ucieczka ze świata darwinowskiej rywalizacji, prekariatu i konieczności płaszczenia się przed starszymi naukowcami.

Zwolennik wolnej konkurencji zapyta pewnie, cóż złego w tym, że muszą rywalizować o miejsce w tych szacownych tytułach. Teoretycznie powinno to doprowadzić do wzrostu poziomu samych prac, a w konsekwencji wyjść na dobre nauce i naukowcom. Heckman i Moktan widzą to jednak inaczej. Jednym z problemów jest władza, jaką w obecnym systemie mają redaktorzy wielkiej piątki. Rozdają bilety do raju, co tworzy niesamowitą pokusę do nadużyć. Do tego reguły dopuszczania na łamy nie są przejrzyste. Badacze zauważyli, że niby gazety są dla wszystkich, ale przeważają w nich teksty ludzi związanych z konkretnymi uczelniami. I tak na przykład w „The Quarterly Journal of Economics” wydawanym przez Uniwersytet Harvarda prawie co czwarty publikujący jest związany z Uniwersytetem Harvarda. A kolejne 14 proc. to ludzie położonego o rzut kamieniem Massachusetts Institute of Technology.

Drugi poważny problem to spektrum tematów. Zawiedzie się ten, kto oczekuje, iż w topowych magazynach będą one zaskakujące i prowokacyjne. Przeciwnie. Wielka piątka specjalizuje się w konserwatywnym doborze poruszanych tematów. W cenie jest więc praca na badaniach dokonanych już przez kogoś innego. Celem sprawdzenia, czy miał rację, ewentualnie wytknięcia mu błędu. Bywa to czasem efektowne. Ale zdaniem Heckmana i Moktana przypomina kręcenie się wokół własnego ogona i nucenie w kółko tej samej melodii, tyle że w innej tonacji lub innym tempie. Odkrywania nowych lądów tu jednak nie będzie. A przecież o to powinno w nauce się rozchodzić, czyż nie?

I chyba nie tylko w nauce przydałoby się trochę więcej szaleństwa. 

>>> Polecamy: Akademicka fikcja. Polskie uczelnie udają, że uczą