Na naszych oczach rozgrywa się agresywna wojna o portfele (przy okazji o zdrowie) palaczy i niepalaczy. Od kiedy kolejne rządy wzięły się na dobre za walkę z tradycyjnymi papierosami, firmom tytoniowym zaczął się palić grunt pod nogami. Zmniejszenie liczby uzależnionych od papierosów oznacza miliardowe straty, a w konsekwencji – być albo nie być biznesu.

Dlatego branża szuka alternatywy. Idealnym rozwiązaniem – ba, żyłą złota! – wydawało się wynalezienie „nieszkodliwego dymka”. Sęk w tym, że z badań wynika, że i owszem – e-papierosy nie wywołują raka, ale trudno mówić, że są zbawienne dla zdrowia. Trują, tyle że inaczej. Zaś firmy pod płaszczykiem troski o zdrowie palaczy tak naprawdę szukają nowych klientów. Co gorsza, w gronie tych najmłodszych.

Cel: nastolatki

Tak przynajmniej wynikało z zakończonego pod koniec lipca śledztwa przeprowadzonego przez członków komisji ds. nadzoru i polityki gospodarczej Izby Reprezentantów Kongresu USA. Podczas burzliwej dyskusji, która towarzyszyła przesłuchaniom, próbowano odpowiedzieć na pytanie: co jest ważniejsze – zdrowie palaczy czy jeszcze nieskażonych używkami (a przynajmniej tymi tytoniowymi) nastolatków? Konkluzji zabrakło.

Temat pojawił się nie bez przyczyny: kilka miesięcy temu Ameryką wstrząsnął raport Centers for Disease Control and Prevention (CDC, federalnej agencji zajmującej się problematyką zdrowia publicznego). Badania pokazały, że e-papierosy stały się, niemal z dnia na dzień, jedną z najpopularniejszych używek, po które sięgają nastolatki. W efekcie po raz pierwszy od lat doszło do odwrócenia trendu coraz mniejszego zainteresowania wyrobami tytoniowymi w grupie najmłodszych.

Liczby robią wrażenie: 4,9 mln uczniów szkół ponadpodstawowych przyznało się, że w ostatnim miesiącu choć raz użyło wyrobu tytoniowego. To aż o 1,3 mln więcej niż rok temu. Statystyki nie pozostawiają złudzeń: winne temu są e-papierosy. Liczba nastolatków, które po nie sięgały, wzrosła rok do roku o 1,5 mln. A odsetek dzieciaków, które są ich „częstymi użytkownikami”, zwiększył się z 20 do 28 proc.

Patrząc na wyniki analizy, trudno też obronić tezę, że to cudowny wynalazek odciągający od tradycyjnych papierosów – wielu nastolatków pali obie wersje. Dwóch na pięciu nastolatków w szkołach średnich i jeden na trzech w wieku naszych gimnazjalistów sięgało zarówno po papierosy, jak i po ich elektroniczną wersję. Komentarz szefa CDC Roberta Redfielda był jednoznaczny – wskazywał, że e-papierosy narażają nowe pokolenie na uzależnienie od nikotyny. I dodawał, że stosowanie przez młodzież dowolnego wyrobu tytoniowego, w tym e-papierosów, jest niebezpieczne.

Dane te skłoniły głównego lekarza kraju wiceadmirała Jerome’a Adamsa do postawienia trudnej diagnozy: w USA szaleje nowa „tytoniowa epidemia”. „Wzrost odsetka osób młodych używających e-papierosów jest napędzany przez nowe produkty tego typu, które niedawno weszły na rynek. To powód do zmartwienia. Dlatego musimy działać już teraz, aby chronić zdrowie młodzieży – stwierdził w komunikacie.

To skłoniło do działania polityków na Kapitolu. Kongresmeni chcieli sprawdzić, czy za e-papierosową epidemię wśród nastolatków nie jest odpowiedzialny jeden z największych graczy na rynku e-papierosowym: Juul. To właśnie tę firmę, która w tym tygodniu wystartowała w Polsce, miał na myśli Adams, pisząc o „nowych produktach tego typu”. ©℗

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu Magazynu DGP