Badania przeprowadzone przez AWF dowodzą, że współczesny 10-latek utrzymuje się w zwisie na drążku najwyżej osiem sekund, podczas gdy my za młodu mogliśmy to robić na trzepaku pod blokiem przez całą dobę. I wyłącznie wrzeszcząca „Obiad!!! Do domu!!!!” z trzeciego piętra matka była w stanie sprawić, że kurczowy uścisk puszczał. Nasze potomstwo ma słabsze wyniki w bieganiu i skakaniu niż my, gdy byliśmy w ich wieku. Prawdopodobnie nawet dzisiaj będziecie w stanie zrobić więcej pompek niż wasz nastoletni syn. Zresztą niewykluczone, że jedyna pompka, jaką zna, to ta od roweru. Oczywiście pod warunkiem, że jest hipsterem. Bo w przeciwnym wypadku nie wie nawet, co to rower.

Z jednej strony smutne to wszystko, ale z drugiej – nie ma się czemu dziwić. Wszystko związane jest z postępem i rozwojem. Gdy w latach 70. kogoś naszła ochota na pizzę, musiał najpierw zapisać się do partii, potem postarać o paszport, następnie autostopem pojechać do Italii i dopiero tam mógł kupić wszystkie potrzebne składniki. To pochłaniało mnóstwo energii. A dzisiaj? Wystarczy, że moja córka wykręci numer do knajpy za rogiem, a po trzech minutach pod naszym drzwiami stoi Pakistańczyk trzymający w rękach pudełko z jeszcze parującym od ciepła cienkim ciastem.

>>> Czytaj też: Dzieci łamagi. Próby wytrzymałości fizycznej nie pozostawiają złudzeń 

To samo jest z czytaniem. Ja, by zdobyć książkę, biegałem po bibliotekach, znajomych, ewentualnie jechałem rowerem marki Pelikan do oddalonej o parę kilometrów księgarni. Dziś młodzież naciska kciukiem coś w smartfonie i po dwóch sekundach słucha, jak Sienkiewicz osobiście czyta im „Potop”. A granie w piłkę? My organizowaliśmy się w drużyny pod blokiem, a słupki bramki robiliśmy ze szkolnych plecaków. Gdy padało, to brodziliśmy po kolana w błocie, a gdy nie padało, to nad całym osiedlem unosiła się taka chmura piaszczystego kurzu, jakby Bóg kichnął prosto w Saharę. A co robią nasze dzieci, gdy najdzie je niepohamowana ochota poharatania w gałę? Odpalają Xboxa, włączają Fifę i zamieniają się w Ronaldo.

źródło: DGP

Chcę przez to powiedzieć, że technologia bardzo rozleniwiła nasze dzieci. A będzie jeszcze gorzej, bo już nawet koncerny motoryzacyjne projektują nowe wozy z myślą o pokoleniu, które chce poznawać świat, nie ruszając się z fotela. Nawet jeżeli jest to fotel samochodowy. Absolutne mistrzostwo pod tym względem osiągnął Mercedes. Jeździłem niedawno nowym kompaktowym modelem tej marki – A200, który był wyposażony w różne systemy, dzięki którym sam skręcał, sam hamował, sam przyspieszał itp. A ja mogłem nie rozpraszać się takimi drobnostkami, jak prowadzenie, tylko skupić się na rozmowie z… mercedesem. To nie pomyłka. Klasę A wyposażono w system nazwany MBUX, czyli coś w rodzaju iPhone’owej Siri. Z tą różnicą, że w mercu to działa. Wystarczy, że powiecie „Hej, mercedes”, a asystentka zapyta po polsku, co może dla was zrobić. A może dużo – włączyć ogrzewanie fotela, zmienić temperaturę klimatyzacji, sprawdzić pogodę na weekend, przeczytać najnowsze wiadomości ze świata, poszukać najlepszej knajpy z tajskim żarciem w okolicy, a potem – najbliższego publicznego kibelka. Wystarczy, że ją o to poprosicie. Tak jak prosi się o to osobistego służącego. I tak jak on, zapamiętuje nawet wasze ulubione piosenki i stacje radiowe. Genialne. Pod względem szeroko pojętej „multimedialności” marka z gwiazdą wyprzedziła cały motoryzacyjny świat i znalazła się w przyszłości. Deska rozdzielcza składa się niemal wyłącznie z dwóch wielkich ekranów, które można indywidualizować na milion różnych sposobów, ale jednocześnie wszystko obsługuje się niezwykle intuicyjnie. I to zależnie od waszych upodobań: dotykowo, przyciskami na kierownicy lub centralnym pokrętłem. Do tego wszystkiego dostajecie aplikację na smartfona bądź tablet, która łączy się zdalnie z waszym samochodem i wzajemnie wymieniają się informacjami. Możecie zatem polecieć sobie do Nowego Jorku i stamtąd sprawdzić, jak daleko w las pod Bydgoszczą wjechał wasz syn ze swoją dziewczyną. Ile paliwa przy tym zużyli i dlaczego czujniki wykryły jakieś nienaturalne obciążenie przedniej maski.

>>> Czytaj też: Nowe elektryczne Porsche oferuje szybsze ładowanie niż Tesla 

No dobra, z tym ostatnim żartowałem, ale nie zmienia to faktu, że klasa A pod względem tech nowinek to zupełnie nowa jakość na rynku. I jeżdżący dowód na to, że dawna grupa docelowa Mercedesa jest już na tamtym świecie. Przynajmniej jedną nogą. Nie jest tajemnicą, że już 20 lat temu właściciele aut z gwiazdą na masce od 20 lat byli na emeryturze. Spotykali się wówczas w klubach seniora, w których ściany obite były naturalnym drewnem, gdzie stały obszerne skórzane fotele, a we wnętrzu unosił się zapach cygar, fajki i whisky. Potencjalni klienci nowej klasy A to inne pokolenie – bywają w klubach nocnych, w których światła neonów odbijają się w każdym elemencie wnętrza wykonanego wyłącznie ze szkła i aluminium. Palą IQOS-a, robią sobie selfie, piją mojito.

Ale ci, którzy mniejszą wagę przywiązują do neonowego blichtru, a większą do tego, jak auto jeździ, też odnajdą w mercedesie przyjaciela. Niekoniecznie będą chcieli z nim rozmawiać, za to będą się cieszyli każdym pokonanym kilometrem. Bo klasa A jest obecnie jednym z najlepiej prowadzących się kompaktów na rynku. Zwarta, sztywna, sprytna, bezpośrednia, ale nie nerwowa. Co prawda na gorszej jakości drogach daje o sobie znać dość twardo zestrojone zawieszenie, ale łatwo można to gwieździe wybaczyć przez wzgląd na to, jak dobrze się prowadzi. Znacznie trudniej wybaczyć jej beznadziejną automatyczną skrzynię biegów – niezdecydowaną, leniwą, z wyczuwalnymi momentami zmiany przełożeń. Autu z klasy premium nie przystoi też tak słabe wyciszenie kabiny, głównie od szumów powietrza. Przy 140 km/h we wnętrzu jest już na tyle głośno, że osobista asystentka robi się nieco przygłucha – nie zawsze słyszy komendę „Hej, mercedes”. Nowa kia ceed i to w dieslu jest dużo, dużo, dużo lepiej wyciszona niż klasa A. I ma pięć razy większe lusterko w osłonie przeciwsłonecznej.

Jeżeli chodzi o silnik, to niech nie zwiedzie was oznaczenie A200 – pod maską już dawno nie ma dwulitrowego benzyniaka. Zamiast tego jest motorek o skromnej pojemności 1,3 litra, za to przyzwoitej mocy 163 koni. Traktowany łagodnie odwdzięcza się niskim spalaniem (realna do osiągnięcia średnia to 6,5 litra), ale gdy się go przyciśnie, to siorbnie sobie z baku ponad 10 litrów na setkę. Osiągi są wystarczające, dźwięki dobiegające spod maski i z wydechu zupełnie nijakie. I tak ma być. To w końcu kompakt do codziennej jazdy. I sprawdza się w tym naprawdę dobrze.

O ile kiedyś z przykrością patrzyłem, jak Mercedes traci swój niepowtarzalny charakter i zaczyna przypominać niemodne sztruksowe spodnie (z wyjątkiem kilku wyjątkowych modeli), to dzisiaj muszę przyznać, że skręcił we właściwą uliczkę. Stoją przy niej imponujące biurowce ze szkła i aluminium, nowoczesne kluby kuszą neonami, zaś LED-owe billboardy wyświetlają reklamy, w których występują wyłącznie młodzi, dobrze ubrani i uśmiechnięci ludzie. Wyglądają nawet na wysportowanych, więc istnieje prawdopodobieństwo, że potrafią podciągnąć się na trzepaku. I to jedną ręką, bo w drugiej przecież muszą trzymać smartfona i robić sobie selfie. Hej, Mercedes. Gratuluję. Udał ci się ten samochód.

>>> Czytaj też: Bershidsky: Strzeżcie się samochodów z własnymi umysłami [OPINIA]