I za ze Śląska, która uczy francuskiego w zespole szkół zawodowych, już nie może patrzeć na swoich uczniów i na ich rodziców, bo jak zaczął się strajk, to klaskali, a parę dni później pisali na internetowych forach o nauczycielskich darmozjadach. O ZNP też nie chce myśleć. – Wściekła jestem na Broniarza i jego ekipę, którzy potraktowali takich jak ja niczym mięso armatnie – mówi z pasją. Jeszcze nie wie, co ze sobą zrobi. Może zostanie tłumaczką, bo ma papiery. Albo pójdzie na kasę do spożywczaka, 3,6 tys. zł na dzień dobry, więc nie straci finansowo. – Niech pani napisze o tym, co się stało z nauczycielami. Ani żyć, ani się zabić – prosi. I dodaje, że ona i jej koledzy są w bardzo kiepskim stanie.

Monika, nauczycielka języka niemieckiego w gimnazjum w niewielkim mieście w Wielkopolsce, kilkanaście dni temu została wezwana do Dyrekcji. Tak właśnie mówią nauczyciele o swoich zwierzchnikach. W przypadku Moniki Dyrekcja składała się z dwóch wicedyrektorek, bo główna Dyrekcja akurat tego dnia była nieobecna, które podsunęły jej do podpisania wypowiedzenie z pracy. Odmówiła, tłumacząc, że jako szefowa powiatowego koła ZNP jest osobą chronioną. – Nie dość, że nie mieli prawa mnie zwolnić, to jeszcze wyciągnęli przeciwko mnie zarzuty z kapelusza – opowiada. – Wygram w sądzie, ale zanim to się stanie, będę musiała sobie znaleźć inne zajęcie. Ale nie wiem, czy chcę być nadal nauczycielką – mówi. Czuje się wypalona psychicznie. Poświęcała się dla swoich uczniów, dla szkoły, walczyła o równe traktowanie dzieci ze wszystkich, najmniejszych miejscowości. Ale zadarła z burmistrzem, startując przeciwko niemu w ostatnich wyborach samorządowych. I była liderką strajku.

>>> Czytaj też: Czasem wystarczy jeden toksyczny rodzic, by nauczyciele myśleli o zmianie pracy

Moi rozmówcy w zasadzie powtarzają to samo, tylko innymi słowami. I większość z nich rozgląda się za nowym zajęciem. Młodzi, bo sytuacja na rynku pracy jest bardzo dobra, można zarobić dwa, trzy razy tyle, nie użerając się z cudzymi dzieciakami. – Niedługo nie będzie miał kto uczyć, bo jak nawet przychodzą, to popracują pół roku i zwiewają, aż się kurzy – opowiada Jolanta, nauczycielka w klasach I–III w jednej z warszawskich podstawówek. Propozycja prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego pod tytułem „Chcecie więcej zarabiać, musicie więcej pracować” i perspektywa zwiększenia pensum nawet do 24 godzin nie brzmią zachęcająco. Bardziej przypadł do gustu nauczycielom – zwłaszcza tym z dużym stażem – pomysł, aby na dwa lata odwiesić możliwość wcześniejszego przechodzenia na emeryturę bez względu na wiek po wypracowaniu 30 lat, w tym 20 w oświacie. DGP jako pierwszy informował o tym 25 kwietnia w tekście „Prezes Kaczyński ma ofertę dla nauczycieli. Oto propozycje PiS”. Jolanta także się zastanawia, czy nie skorzystać z okazji. – W szkole nigdy nie było łatwo, ale tak źle jak teraz także nie – wzdycha.

Nikt nie ma odwagi

Jak konkretnie źle? Tego nie wiadomo, bo nauczyciele, którzy są jedną z najbardziej wrażliwych grup zawodowych, są nieprzebadaną magmą. Ostatnie reprezentatywne badania prof. UAM dr. hab. Jacka Pyżalskiego pochodzą sprzed 10 lat, potem nikt się już tym nie zajmował, choć sytuacja tej grupy zawodowej – przynajmniej zdaniem samych zainteresowanych – pogarszała się, a warunki pracy stawały się coraz trudniejsze. Ale już przed dekadą 86 proc. nauczycieli miało poczucie, że ich obciążenia zawodowe są wyższe niż w innych profesjach. 20 proc. zdradzało pełne objawy zespołu wypalenia zawodowego, 16 proc. mówiło o obciążeniu konfliktami w szkole. Natomiast jedna czwarta miała niskie poczucie sensu swojej pracy. Można domniemywać, że obecnie – po upadku strajku, który nie przyniósł niczego poza rozczarowaniem i dodatkowo skonfliktował pedagogów z uczniami i ich rodzicami – wskaźniki te są jeszcze gorsze.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP