Na Mazowszu przedszkola szukają 402 nauczycieli. Dla porównania – na anglistów, którzy są na drugim miejscu wśród najbardziej pożądanych osób do pracy w placówkach oświatowych, czekają 202 propozycje zatrudnienia. Stolica nie jest odosobniona. W woj. zachodniopomorskim poszukiwanych jest ponad 780 nauczycieli, w tym 71 od wychowania przedszkolnego, co plasuje ich na pierwszym miejscu.

Niskie wynagrodzenie, ciągłe zmiany w przepisach, brak prestiżu – to główne powody odejścia, które wymieniają pracownicy przedszkoli. – Czujemy się jak nauczyciele gorszego sortu – tłumaczy jedna z przedszkolanek. Brały udział w strajku. Ale, w ich ocenie, nie udało się im wypłynąć w rozmowach z rządem.

Wiele ofert zatrudnienia, które na stronach prezentują kuratoria oświaty, pochodzi z sierpnia. Zdaniem Magdaleny Kaszulanis, rzeczniczki Związku Nauczycielstwa Polskiego, to dopiero początek exodusu. – Nauczyciele wychowania przedszkolnego, tak jak pozostali pedagodzy, otrzymają od września podwyżkę na poziomie 9,6 proc. To oznacza, że ich pensje zasadnicze wzrosną od 240 do 330 zł brutto. Nie dostaną jednak, w przeciwieństwie do nauczycieli szkolnych, dodatku z tytułu sprawowania funkcji wychowawcy klasy na poziomie 300 zł brutto – zauważa Magdalena Kaszulanis. Będą więc szukać pracy w szkołach, gdzie mogą uczyć w klasach początkowych i dzięki dodatkowi więcej zarobić.

Dyrektorzy przedszkoli nie kryją, że to dla nich ogromny kłopot. Już teraz mają problem z pozyskaniem kadry. ZNP szacuje, że w dużych miastach w tego rodzaju placówkach jest średnio 4–5 nieobsadzonych wakatów. – Jestem zdruzgotana. Odeszły dwie panie, które pracowały na emeryturze i jedna młoda dziewczyna. Nie było jej stać nawet na wynajem pokoju u obcych ludzi. Odeszła w ogóle z zawodu – mówi dyrektorka jednego z warszawskich przedszkoli.

– Przyjęłam zasadę, że choć mam komplet pedagogów, cały czas szukam nauczyciela do pracy. Rotacja jest tak duża, że wolę się zabezpieczyć, czyli mieć jednego na zapas. I choć ogłoszenie wisi na naszej stronie, chętnych nie ma zbyt wielu. Przeważnie są to młode osoby zaraz po studiach, które nie mają doświadczenia – mówi menedżerka anglojęzycznego przedszkola muzycznego Żyrafa w Warszawie.

Nie jest zdziwiona małą liczbą chętnych. Praca w przedszkolu jest trudna, wymaga cierpliwości, a płaca nie jest wysoka. Najwyższa pensja, którą można w tej chwili osiągnąć, to około 3 tys. zł netto. Na początku kariery tysiąc złotych mniej.

Dyrektorzy nie kryją, że o nauczycieli walczą nie tylko między sobą, ale też ze szkołami, szczególnie prywatnymi, gdzie osoba z doświadczeniem może zarobić więcej niż w przedszkolu.

– Z moich obserwacji wynika, że nauczyciele, którzy przepracują kilka lat w przedszkolu, mają aspiracje na więcej. Dokształcają się, by uczyć nie tylko w pierwszych klasach podstawówki, ale też w tych starszych, a nawet przechodzą do liceów, gdzie praca jest spokojniejsza i daje większy prestiż – mówi dyrektor przedszkola na warszawskim Mokotowie.

Dyrektorzy narzekają też na nieustannie zmieniające się przepisy MEN, co powoduje zniechęcenie kadry. Podstawa programowa się zmienia, pracy papierkowej jest coraz więcej.

Jest jeszcze jeden problem: w związku z likwidacją gimnazjów i wydłużeniem podstawówek gminy przeznaczały większość środków oświatowych na dostosowanie szkół. Przedszkola dostały rykoszetem – nie starczyło na dodatki motywacyjne czy remonty. Z drugiej strony w przedszkola uderzyło cofnięcie reformy wprowadzającej obowiązek szkolny dla sześciolatków.

– Sześciolatki zostały u nas. Zgodnie z nowymi przepisami samorząd musiał znaleźć miejsce dla każdego dziecka, które zgłosiło chęć chodzenia do przedszkola. W efekcie np. w moim przedszkolu zniknęła sala ruchowa, bo musieliśmy gdzieś pomieścić wszystkie dzieci – opowiada dyrektorka ursynowskiego przedszkola.

Na to, że nauczyciele przedszkoli zostali pominięci przy dodatku za wychowawstwo, zwracały uwagę związki zawodowe już kilka miesięcy temu. MEN przekonuje, że kiedy wejdzie zmienione rozporządzenie w sprawie wynagrodzeń, samorządy (w zależności od możliwości finansowych) będą mogły decydować o przyznaniu nauczycielom przedszkolnym dodatku za wychowawstwo.

Dostęp do usług przedszkolnych jest coraz lepszy. Ale jak wynika z opublikowanego w kwietniu badania GUS, dla 47 proc. spośród 372 tys. osób, które nie korzystały z formalnych usług opiekuńczych, choć chciały i potrzebowały takich form opieki nad dziećmi, powodem był właśnie brak dostępności. Dla niemal 20 proc. zbyt wysoki koszt. ©℗

rozmowa

Demografia to system naczyń połączonych

Irena Kotowska demograf SGH

Przedszkola…

To jeden z istotniejszych elementów polityki demograficznej, a zwłaszcza tej jej części, która bezpośrednio dotyczy rodzin, czyli polityki rodzinnej.

Aż tak? Nie jest tak, że na decyzję o posiadaniu dziecka wpływa sytuacja finansowa rodziny?

Nie. W każdym razie nie tylko. Ze wszystkich badań bardzo jasno wynika, że dostęp do formalnej opieki nad małymi dziećmi – co ułatwia łączenie pracy zawodowej z rodzicielstwem – to jeden z istotniejszych czynników decyzji o posiadaniu potomstwa. Szczególnie drugiego dziecka.

Dane pokazują, że dostęp do takich usług rośnie.

Tak. I bardzo dobrze. Widać ewidentną poprawę w dostępie do przedszkoli, choć nadal nie należymy do czołówki krajów unijnych (83 proc. dzieci w wieku 3–5 lat uczęszczało do placówek wychowania przedszkolnego w roku szkolnym 2017/2018). Także stopniowo poprawia się dostęp do usług dla dzieci w wieku do 3 lat (10,5 proc. w 2018 r. według GUS), ale niestety stale pozostajemy w grupie krajów UE o najniższym odsetku dzieci w tym wieku korzystających z tego typu usług, wraz ze Słowacją, Bułgarią i Czechami. Jednak dla rodziców, szczególnie w dużych miastach, bardzo istotna jest również jakość. I nie chodzi o ofertę zajęć dodatkowych, ale przede wszystkim o to, kto się dzieckiem zajmuje oraz w jaki sposób. Kwalifikacje tych osób, a także liczba dzieci, za które odpowiadają, mają podstawowe znaczenie dla jakości usług. Proszę pamiętać, że akurat w przedszkolu – jak i na pierwszym poziomie edukacji szkolnej – dziećmi zajmuje się jedna osoba. Od tego, na kogo trafią, zależy, jak będzie wyglądał ich pobyt w przedszkolu.

Brakuje przedszkolanek – to głównie kobiety. Rezygnują z zawodu.

To przekłada się na jakość usług, o której mówiłam. Jednym z rozwiązań jest zwiększanie liczności grup, co na pewno nie służy dzieciom. Szkodliwa jest też rotacja kadry, która jest efektem takich braków. Poza tym zarówno przedszkola, jak i żłobki to miejsca, gdzie nie tylko chodzi o opiekę, lecz także o edukację dzieci. Od ponad dekady używamy sformułowania usługi edukacyjno-opiekuńcze dla ich działalności (early childhood education and care services). Od 2011 r. międzynarodowa klasyfikacja poziomów edukacji obejmuje kategorię ISCED , która dotyczy korzystania z tych usług. Wiele badań potwierdza, że to, czy dziecko uczęszczało do żłobka czy przedszkola, a także jaka była jakość tych instytucji, wpływa korzystnie na wyniki uzyskiwane w kolejnych etapach całej ścieżki edukacyjnej. Chodzi przy tym zarówno o socjalizację, czyli nabywanie umiejętności przebywania i współpracy w grupie rówieśniczej, jak i zmniejszanie różnic rozwojowych związanych z rodziną pochodzenia tak, aby dzieci zaczynały pierwszą klasę już z podobnymi umiejętnościami. Ma to ogromne znaczenie dla wyrównywania szans rozwoju dzieci.

Dyskusje, jak ma taka edukacja wyglądać, toczą się od lat, łącznie z tym, czy dzieci mogą się uczyć pisać i czytać w przedszkolu czy nie.

Cały czas rozmawiamy, jak wesprzeć rodziców w procesie inwestowania w kolejne pokolenia. Jeśli się okazuje, że nie udaje się stworzyć warunków sprzyjających temu, żeby zachęcić do pracy w przedszkolu albo przynajmniej zatrzymać pracowników, to niepokojący sygnał. Można się obawiać, że nastąpi regres zarówno w dostępie do usług, jak i ich jakości. Niestety zmiany w systemie oświaty wraz ze wspomnianymi już niedostatkami usług edukacyjno-opiekuńczych dla dzieci do 6 lat utrudniają wychowywanie dzieci. A aspiracje dotyczące ich kształcenia są wysokie. Rośnie brak zaufania rodziców do systemu. To pewien paradoks, biorąc pod uwagę to, że poprawa sytuacji demograficznej jest podobno tak istotna. Polityka rodzinna to nie tylko bezpośrednie transfery pieniężne. To przede wszystkim zagwarantowanie dostępu do publicznych usług społecznych (edukacja, zdrowie) o odpowiedniej jakości. Trzeba zdawać sobie sprawę, że pogorszenie w sferze usług edukacyjnych może mieć też przełożenie na decyzje o liczbie dzieci. ©℗

>>> Czytaj też: Absolwent potrzebny od zaraz. Polska błyszczy na tle UE