Setki ton wapiennych bloków. Dziesiątki kolumn. Blisko półtora tysiąca dębów zużytych na wykonanie więźby dachowej o powierzchni tysiąca metrów kwadratowych. Katedra Notre Dame w Paryżu zawsze robiła wrażenie swoim rozmachem.

Pożar, który wybuchł w niej 15 kwietnia, tylko wzmógł poczucie jej ogromu. Płonącą konstrukcję, przypominającą rozgrzany koksownik, widać było z odległych miejsc miasta. Palił się jeden z największych, ale także jeden z najbardziej misternie skonstruowanych zabytków stolicy Francji. Thomas Büchi, szwajcarski cieśla, wypytywany przez francuski dziennik „Le Figaro” o XIII-wieczny drewniany dach, który uległ całkowitemu zniszczeniu, tak opisał jego wartość: „To prawdopodobnie największe dzieło francuskiej sztuki ciesielskiej. Był tak finezyjnie zbudowany, że zadziwiał wiernych przez całe wieki średnie. Czuję się jak malarz stojący przed nadpaloną Giocondą”.

>>> Czytaj też: Katedra Notre Dame po pożarze. Oto skala zniszczeń [ZDJĘCIA]

Pierwszym odruchem Francuzów w obliczu narodowej tragedii była jedność. W zgodnym tonie wypowiadali się również politycy – począwszy od szefowej prawicowego Frontu Narodowego Marine Le Pen, a na skrajnie lewicowym Jean-Lucu Mélenchonie skończywszy.

Szybko jednak dały o sobie znać światopoglądowe różnice. Notre Dame to w końcu nie tylko zabytek, lecz także świątynia, w której odprawia się pięć nabożeństw dziennie – jeden z symboli katolickiej Francji. A stosunek do katolicyzmu nadal potrafi nad Sekwaną głęboko dzielić. Ksiądz Michel Aupetit, arcybiskup Paryża, w pożarze katedry dostrzegł wezwanie do nawrócenia serc. Wypomniał przy tym prezydentowi Emmanuelowi Macronowi, że w swoim przemówieniu wygłoszonym po tragedii nie wypowiedział ani jednego słowa współczucia wobec katolików.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP