Na pokładzie statku hiszpańskiej organizacji, stojącego koło włoskiej wyspy, jest 107 migrantów. W sobotę zeszło z niego 27 dzieci i nastolatków bez opieki. Wszyscy zostali przewiezieni do ośrodka na Lampedusie.

Załoga Open Arms mówi, że sytuacja sanitarno- higieniczna na statku jest fatalna, a ludzie - zdesperowani z powodu przedłużającego się oczekiwania na zejście na ląd.

Przed rokiem szef MSW Włoch Matteo Salvini zamknął włoskie porty dla statków organizacji pozarządowych patrolujących Morze Śródziemne i oczekuje, że migrantów będą przyjmować inne kraje UE.

W kolejnym dniu kryzysu wokół jednostki szef hiszpańskiego rządu ogłosił na Twitterze, że oferuje andaluzyjski port jako miejsce zejścia migrantów na ląd i przyjęcia statku Open Arms.

"Hiszpania zawsze działa w sytuacji kryzysu humanitarnego. Konieczne jest znalezienie rozwiązania europejskiego; uporządkowanego i wspierającego, które udzieli odpowiedzi na wyzwanie migracyjne w duchu wartości postępu i humanizmu UE" - dodał Sanchez.

W reakcji na to oświadczenie premiera szef organizacji Open Arms Roberto Gatti wyjaśnił: "Z Lampedusy do Algeciras jest siedem dni żeglugi, naprawdę niemożliwe jest to, by płynąć ze 107 osobami na pokładzie w takich warunkach".

Deklarację Sancheza pozytywnie przyjął wicepremier Salvini. "Kto jest twardy, wygrywa. Hiszpania otworzyła porty" - ogłosił w mediach społecznościowych.

"Każdy minister by dał sobie spokój, ale ja nie" - dodał.

W niedzielę wczesnym popołudniem pięciu migrantów z Open Arms rzuciło się do morza w kamizelkach ratunkowych i zaczęło płynąć w kierunku brzegów Lampedusy. Ochotnicy ze statku skoczyli za nimi, by ich wyłowić i odstawić na pokład. Wybuchła tam panika - podają włoskie media.

"Sytuacja jest nie do zniesienia" - mówią członkowie załogi.

Z Rzymu Sylwia Wysocka(PAP)