Gdy 16-letnia aktywistka klimatyczna Greta Thunberg wykrzykiwała „How dare you…?” (Jak śmiecie…) do światowych przywódców zebranych na szczycie ONZ, wielu pytało, o co tej małolacie chodzi. I nie byli to tylko sceptycy klimatyczni.

Nawet im się nie dziwię. Mamy wzrost gospodarczy, postęp techniczny, latamy samolotami, jeździmy samochodami i codziennie wrzucamy na talerz steki, żyje nam się tak dobrze, że o skutkach ubocznych rozwoju cywilizacji wolimy nie myśleć.

A może po prostu je akceptujemy, bo są nieuniknione?

Ale one stają się coraz dotkliwsze. Stężenie dwutlenku węgla w atmosferze kumuluje się i w ostatnim stuleciu wzrosło do poziomu najwyższego od kilkunastu milionów lat – i jest to wynik działalności człowieka. Jestem z Gdańska. 20 tys. lat temu to miejsce pokrywał gruby na setki metrów lądolód. Od tamtej pory średnia temperatura powierzchni Ziemi wzrosła o 4 stopnie Celsjusza, lądolód stopniał, a poziom morza podniósł się o 120 metrów. Istnieje zagrożenie, że zmiana klimatu, która wówczas trwała 10 tys. lat, teraz zajdzie w sto lat: że do końca tego wieku średnia temperatura wzrośnie o 4–5 stopni. Tak się stanie, jeśli dalej będziemy robić to co dotychczas, czyli utrzymywać wzrost gospodarczy zasilany paliwami kopalnymi.

>>> Czytaj też: Najwyższy alert pogodowy w Wenecji. Zbliża się kolejny ogromny przypływ

W 2006 r. Al Gore, były wiceprezydent USA, pokazał „Niewygodną prawdę”, pełen katastroficznych wizji film, który miał zmienić naszą świadomość. Minęło 13 lat, świat się nie skończył, zaś Gore przeszedł do historii jako klimatyczny pieniacz.

Nie przeszedł. Ale zacznijmy od tego, że Gore nie jest naukowcem, tylko politykiem. Czy oczekujemy od polityków naukowej precyzji? Jego film nie był dysertacją doktorską.

Owszem. Tyle że Gore twierdził np., że dzieci w Polsce zwozi się do kopalń, żeby mogły oddychać czystym powietrzem, bo na powierzchni jest ono tak bardzo skażone. To już się ma nijak do jakichkolwiek standardów rzetelności. Nawet politycznych.

Gdy bywam w sezonie grzewczym w niektórych miejscowościach na południu Polski i oddycham tym, co uchodzi tam za powietrze, mam ochotę zapaść się pod ziemię. Gore zapewne usłyszał o tym, że ze względów zdrowotnych zwozi się dzieci do kopalni soli w Wieliczce, w której faktycznie można pooddychać powietrzem o dużych walorach zdrowotnych. Pamiętajmy, że on nie prognozował apokalipsy do 2019 r., zaś większość zagrożeń, które przedstawiał, sprawdziła się. Al Gore miał, z grubsza rzecz biorąc, rację. Natomiast ja jestem fizykiem i punktem odniesienia są dla mnie nie wypowiedzi polityków, tylko recenzowana literatura naukowa, na przykład raporty Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC). Są one publikowane od dobrych 30 lat i można sprawdzić, czy prognozy ekspertów były zbyt alarmistyczne czy nazbyt ostrożne. Sprawdzono to zresztą.

I co się okazało?

Zmiany zachodziły szybciej niż prognozował IPCC. Dwudziestokrotnie częściej następstwa były nawet poważniejsze od przewidywanych. A odnośnie do końca świata, to jak najbardziej można mówić o jego końcu w takim sensie, że nie będzie już tym światem, jaki znamy dzisiaj. A dla niektórych już się nawet skończył.

Dla kogo?

Dla tych, których ocieplanie się klimatu dotknęło bardziej niż nas. My myślimy, że to fajne zjawisko, bo sprawia, że mamy bardzo przyjemny listopad. Ale gdyby pan mieszkał w Syrii, mógłby teraz nie mieć nóg, pański dom byłby zrujnowany, a pańska rodzina mogłaby nie żyć. Byłoby to wystarczające, by uznać to za pański koniec świata?

>>> Całą rozmowę można znaleźć w weekendowym wydaniu Magazynu DGP i na EDGP

Marcin Popkiewicz był jednym z panelistów na konferencji „Bunt i gniew w (nie)odpowiedzialnym biznesie”, która odbyła się na początku listopada w trakcie VII Konferencji Nienieodpowiedzialni