Na razie wprowadzenie CETA nie doprowadziło do znaczących zmian w eksporcie z Polski do Kanady. Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii uczula, że ponieważ nasz handel z Kanadą jest relatywnie niewielki, to nawet pojedyncze transakcje o dużej wartości mogą wpływać na znaczące wahania w danych. Po roku od tymczasowego wprowadzenia umowy o wolnym handlu pomiędzy UE a Kanadą – jak mówił Łukasz Porażyński z departamentu handlu i współpracy międzynarodowej MPiT na niedawnej konferencji „Kanada i Unia Europejska. Kompleksowa umowa gospodarczo-handlowa (CETA): rok praktycznych doświadczeń” – to bardziej spekulowanie niż działanie na liczbach.
– Prócz danych potrzeba też wiarygodnej ich interpretacji. Tymczasem nie ma wystarczająco mocnych ośrodków, które miałyby interes, by teraz zbadać i przedstawić prawdziwe skutki CETA – komentuje Marcin Wojtalik z Instytutu Globalnej Odpowiedzialności. – Do prowadzenia takich badań potrzeba dużego potencjału, zwłaszcza jeśli ma to być informacja nie tylko wskazująca, czy eksport lub import zmalał, czy wzrósł, ale wyjaśniająca mechanizmy tego zjawiska – tłumaczy.

Cła to nie wszystko

Na podstawie umowy zniesiono 98 proc. ceł. To obniża koszty prowadzenia handlu. Nie rozwiązuje jednak problemów, które mają przedsiębiorcy próbujący wejść na rynek kanadyjski. Według firm z branży rolno-spożywczej są to np.: stosunkowo mały rynek (mieszkańców Kanady jest 36 mln, rynek unijny to ponad pół miliarda osób), silne lokalne lobby promujące własne produkty, brak polskiej rozpoznawalnej marki, problemy logistyczne czy mała aktywność polskich władz (chodzi np. o stworzenie rejestru branż, którymi rynek kanadyjski byłby potencjalnie zainteresowany; resort przedsiębiorczości go obiecuje, prace nad polską marką też wciąż trwają).
Reklama
Monika Tyska, zastępca dyrektora generalnego Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa, na konferencji na temat doświadczeń z CETA mówiła, że jeszcze nie ma informacji, w którym kierunku idzie rynek rolno-spożywczy. Uważa, że szacunki dotyczące wpływu porozumienia z Kanadą będzie można robić za pięć lat.
– W przypadku rolnictwa mamy sytuację constans – przyznaje Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych. – Nie widać zainteresowania polskich firm rolniczych rynkiem kanadyjskim. Dlaczego? Bo nie mają tam swoich przedstawicielstw. A mając rynki zbytu w Polsce i w Europie, wybiorą właśnie je. Decydują o tym odległość, logistyka i koszty – wyjaśnia.
Są też inne bariery. Kanadyjczycy chętnie widzieliby u siebie tylko żywność ekologiczną. Witold Boguta, prezes Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw, przyznaje, że z jednej strony jest ułatwienie w postaci CETA, a z drugiej – wzrost wymogów fitosanitarnych trudnych do realizacji. – Mamy sygnały z innych krajów, że Kanada wprowadza zaostrzone wymogi jakościowe w stosunku do niektórych gatunków. W 2017 r. w Polsce były mniejsze zbiory jabłek, więc też parcia na rynek kanadyjski nie było. Co będzie teraz, gdy mamy nadprodukcję, na razie nie wiadomo – dodaje Boguta.
I zwraca uwagę na kolejną kwestię: eksport owoców do Kanady nie jest łatwy. Po pierwsze, tam też się je uprawia (przy tym są to odmiany akceptowane przez tamtejszych konsumentów). Po drugie, tuż obok znajduje się drugi ich producent na świecie, czyli Stany Zjednoczone. Wreszcie problemem jest transport na tak dużą odległość. W przypadku malin wysyłanych jako owoce deserowe transport mógłby odbywać się wyłącznie drogą lotniczą, co podważa ekonomiczny sens przedsięwzięcia.
O tym, że Kanada poszukuje produktów bez żadnych pozostałości środków ochrony roślin (nawet tych dopuszczonych), a najlepiej z certyfikatami żywności ekologicznej, mówi też Barbara Groele, sekretarz generalny Krajowej Unii Producentów Soków. I przyznaje, że w Polsce, z uwagi na brak sadów sokowniczych (wyspecjalizowanych, o niskiej ochronie, czyli niepryskanych), trudno jest spełnić te kryteria.
– Produkujemy niemal wyłącznie jabłka deserowe, z sadów chronionych, które z powodu nadprodukcji trafiają do przetwórstwa na soki zagęszczone – wskazuje.

Importu się nie boimy

Wraz z wejściem w życie CETA zniknęło ponad 90 proc. barier na produkty rolne. Wyjątki dotyczą m.in. mięsa wołowego, wieprzowiny i serów – eksportowanych z Kanady do krajów unijnych. Na produkty te ustalono kontyngenty. W odniesieniu do wołowiny jest to 45 tys. ton rocznie, co odpowiada 0,6 proc. unijnego rynku. Import wieprzowiny jest realizowany w ramach kontyngentu, który początkowo wynosił 12,5 tys. ton, a w kolejnych latach będzie zwiększany o taką wartość, aż osiągnie 75 tys. ton rocznie.
Czy to zagraża krajowym producentom?
– Do umowy CETA nie podchodziliśmy z obawami. Wiedzieliśmy, że Kanada w poprzednich latach nie wykorzystywała kontyngentów – tłumaczy Witold Choiński, prezes Związku Polskie Mięso. Przed wprowadzeniem CETA kontyngent na wieprzowinę wynosił 5,5 tys. ton. Kanadyjczycy i tego nie byli w stanie wykorzystać. Wymagania UE co do norm fitosanitarnych były dla nich zbyt wysokie. Choiński uważa, że tak będzie i teraz, ponieważ UE raczej podnosi wymogi bezpieczeństwa w trosce o konsumenta. – Przestawianie systemu pod unijne wymogi mogłoby być dla Kanady nieopłacalne – dodaje Choiński. Przypomina, że w Kanadzie produkcja wielkoprzemysłowa dopuszcza np. stosowanie hormonów wzrostu. – W związku z tym podejrzewam, że Kanadyjczycy będą raczej starali się wysyłać do Europy swoje typowe produkty – np. syrop klonowy.
Takiej pewności nie ma Marcin Wojtalik z Instytutu Globalnej Odpowiedzialności, który od początku sceptycznie oceniał umowę CETA. Uważa on, że przewidziane w umowie zrównanie regulacji kanadyjskich z europejskimi może sprawić, że Europa dopiero będzie musiała negocjować z Kanadą np. konieczność pozostawienia zasady przezorności (ma to zapewnić bezpieczeństwo żywności). – Wtedy może pojawić się pytanie, czy ta zasada powinna obowiązywać, czy można ją poluzować ze względu na interesy partnera – mówi Wojtalik.
Polska eksportuje wieprzowinę do Kanady, podobnie jak robiła to przed umową CETA. – Podstawowym rynkiem są jednak dla nas państwa UE, a Kanada, Wietnam czy inne tego typu kierunki to raczej wartość dodana, sposób na dywersyfikację eksportu – mówi prezes Choiński.

Co z ratyfikacją

CETA musi być uznana przez wszystkie państwa członkowskie UE, ale proces ten może trwać latami, gdyż nie ustalono konkretnej daty przyjęcia. Na razie umowę ratyfikowało 11 państw. Obecnie obowiązuje jedynie jej część handlowa. Sporny człon, dotyczący sądów inwestycyjnych, czeka na postanowienia Trybunału Sprawiedliwości UE. Marcin Wojtalik z IGO uważa, że wyrok zapowiadany na wiosnę 2019 r. przyspieszy decyzje w sprawie ratyfikacji: – Można się spodziewać wtedy nawet pewnej presji i większość krajów będzie akceptować umowę w ciągu miesięcy, a nie lat. Ale jest wiele możliwości prawnych, żeby tę sprawę przesuwać prawie w nieskończoność. O losach umowy zadecyduje więc trybunał, który zmierzy się z pytaniem, czy pozywanie państw przez koncerny do sądów arbitrażowych jest legalne w myśl prawa unijnego. O ile wewnątrz UE – jak się okazało – nie jest, o tyle nie ma pewności, jak zostanie to zinterpretowane w przypadku relacji transatlantyckich.©℗

Marcin Hydzik prezes Związku Polskich Przetwórców Mleka: dd 2012 r. negocjujemy treść „świadectwa zdrowia”

Sery dojrzewające są produktem stosunkowo łatwym w transporcie, dlatego wymienia się je wśród tych, które mają szanse zaistnieć na rynkach eksportowych – nie tylko wKanadzie.
Spośród wszystkich polskich mleczarni nieco ponad 60 ma uprawnienia eksportowe na rynek Kanady, więc można domniemywać, że jest on wjakimś stopniu interesujący dla naszych przetwórców mleka. Ale biorąc pod uwagę liczbę mieszkańców Kanady, zpewnością nie jest on tak perspektywiczny jak np. rynki europejskie, azjatyckie czy nawet południowo- iśrodkowoamerykańskie.
Mimo że umowa CETA miała przynieść pewne ułatwienia w eksporcie dotyczące kwestii celnych, to w przypadku mleka i przetworów mlecznych nie wpływa ona na pozostałe zagadnienia związane z eksportem. Od 2012 r. Polska i Kanada negocjują treść Świadectwa zdrowia dla mleka i przetworów mlecznych – jest to dokument towarzyszący każdej przesyłce eksportowej stwierdzający spełnienie wymogów weterynaryjnych kraju importera. Bez niego eksport nie jest możliwy idlatego niezależnie od zapisów CETA polskie zakłady mleczarskie nie eksportują swoich produktów do Kanady.
Nawet jeżeli negocjacje zakończą się sukcesem, to nie znaczy, że Kanada zostanie natychmiast zalana produktami mlecznymi zPolski. Umowa CETA tak samo otwiera rynek kanadyjski dla Polski, jak idla innych państw członkowskich UE, apoza tym kraj ten sąsiaduje zbardzo dużym producentem mleka iprzetworów mlecznych, jakim są Stany Zjednoczone.
Jeżeli zatem uda się ostatecznie dotrzeć z produktami mleczarskimi do Kanady, to stanie się to udziałem prawdopodobnie zaledwie kilku firm, a wielkość tego eksportu nie będzie istotnie wpływać na bilans polskiego handlu zagranicznego mlekiem i przetworami mlecznymi i o powtórzeniu sukcesu eksportowego, który jest udziałem Polski na innych rynkach, raczej nie będzie mowy – chociaż oczywiście sukces wskali poszczególnych firm jest jak najbardziej możliwy.

>>> Czytaj także: Skrajna bieda na świecie spadła do najniższego poziomu w historii