Gdy stojący za probreksitową kampanią ruch Leave.EU opublikował na Twitterze 8 października mem, nazywając kanclerz Niemiec Angelę Merkel „Szwabką” (ang. „Kraut”), której nie można pozwolić na panoszenie się wśród zwycięzców dwóch wojen światowych, nie mogłem nie pomyśleć o tym, jak wojenna trauma wciąż oddziałuje na zwycięskie narody. Wielka Brytania i moja rodzima Rosja są tego najlepszym przykładem.

Leave.EU – i jego założyciel, finansujący kampanię brexitu Arron Banks – przeprosił i usunął tweeta z memem po tym, jak został on skrytykowany jako rasistowski – między innymi przez ministra Michaela Gove’a, wiodącego breksitera. Ale użycie słowa „Szwabka” nie było jedynym problemem – powoływanie się na wojenne zwycięstwa było równie skandaliczne.

W 2002 r. kampania przeciwko wprowadzeniu euro w Wielkiej Brytanii promowała spot, w którym komik Rik Mayall jako Hitler agitował za „Ein Volk, ein Reich, ein Euro” („Jeden naród, jedno imperium, jedno euro”). Opinia publiczna stwierdziła, że to w złym smaku – a jednak nagranie znalazło obrońcę w konserwatywnym polityku drugiej ligi – Borisie Johnsonie. Napisał on kolumnę w „Daily Telegraph,” gdzie podkreślał, że reklama była „nieszkodliwa” i „beztroska”. Twierdził również, że Hitler miał „wiele wspólnego z euro”, ponieważ chciał, by okupowane kraje Europy funkcjonowały jako unia gospodarcza.

Treść tego artykułu jest utrzymana w tym samym ideologicznym duchu, co deklaracja, że Wielka Brytania nie da się „rządzić przez Szwabkę”. Ma to bezpośredni związek z obietnicą konserwatywnego prawodawcy Marka Francoisa, który zapowiedział, że ​„nie da się szykanować przez żadnego Niemca”, ponieważ jego ojciec, weteran II wojny światowej, nigdy tego nie zrobił. W podobnym tonie wybrzmiało też oświadczenie byłego sekretarza brexitu, Davida Davisa, że ​​brytyjska służba cywilna „łatwo sobie poradzi” z brexitem, tak samo jak poradziła sobie z drugą wojną światową. Sympatycy Johnsona już teraz próbują obwinić Merkel za prawdopodobne zerwanie rozmów ws. brexitu. Wszystko to rozgrywa się w tych samych ramach kulturowych.

>>> Czytaj też: Babones: Elity może i wiedzą lepiej, ale nie mogą tej wiedzy wymuszać na innych [WYWIAD]

Dla mnie, Rosjanina, jest to całkiem znajome. Po tym, jak przywódcy Europy pod przewodnictwem Merkel potępili rosyjską aneksję Krymu w 2014 r. i nałożyli na Rosję sankcje, fragment graffiti pozostawionego przez anonimowego rosyjskiego żołnierza na berlińskim Reichstagu – „We Could Do It Again” („Moglibyśmy to powtórzyć”) – stał się popularną wlepką w Moskwie. Prokremlowski komentator określił to jako „reakcję obronną na presję zewnętrzną wywieraną na Rosję”.

Aby wzmocnić patriotyczny „konsensus krymski”, machina propagandowa prezydenta Władimira Putina zintensyfikowała promocję kultu zwycięstwa w II wojnie światowej. Przeciwnicy Putina opisali to jako „pobedobesiye” – szaleństwo zwycięstwa. Rosja myśli, że uratowała Europę i świat. W ubiegłym miesiącu, gdy Europa uroczyście obchodziła początek II wojny światowej i rosyjską okupację części Europy Wschodniej, rosyjski minister spraw zagranicznych napisał na Twitterze: „Można mieć różne opinie na temat działań w początkowym okresie II wojny światowej, ale nie można zaprzeczyć, że to Związek Radziecki rozgromił nazizm, wyzwolił Europę i uratował europejską demokrację”.

W Wielkiej Brytanii i Rosji referencje do chwały wojennych zwycięstw są wykorzystywane do uzasadnienia katastrofalnych działań współczesnych przywódców – takich jak brexit czy aneksja Krymu. Tak, jakby odwołania do 1945 r. miały sprawić, że ruchy te są słuszne – przez samo skojarzenie. Można argumentować, że wygrana II wojny światowej to ostatni przebłysk prawdziwej historycznej wielkości obu narodów. Zarówno Wielka Brytania, jak i Rosja patrzyły na to, jak rozpadają się ich imperia, oba kraje przestały być supermocarstwami, oba „utraciły pokój”. W tych warunkach ciągłe powracanie do podnoszących na duchu wspomnień z 1945 r. wydaje się naturalne, a jednocześnie wzmacnia obawy przed Niemcami jako główną siłą w Unii Europejskiej. Brytyjski rząd Margaret Thatcher walczył przeciwko zjednoczeniu kraju, aby zapobiec temu odrodzeniu. Z kolei prezydent Związku Radzieckiego Michaił Gorbaczow, z którym starała się w tej sprawie sprzymierzyć, potrzebował niemieckich pieniędzy dla upadającej radzieckiej gospodarki. Upokorzenie, jakie towarzyszyło przyjęciu tych funduszy nie zostało zapomniane przez nacjonalistycznych Rosjan.

>>> Czytaj też: Będzie porozumienie handlowe USA-Chiny? Rozmowy pod presją [OPINIA]

Pamięć to ważny czynnik w polityce. Nie da się tak po prostu zapomnieć głębokich uraz – są niewrażliwe na względy logiczne czy pragmatyczne. Ale nawet z czysto emocjonalnego punktu widzenia rosyjski i brytyjski sentyment do wygranej II wojny światowej ma poważny feler. Żaden kraj nie wygrał jej samodzielnie – zwycięstwo zawdzięczamy sojuszowi. Chwała wygranej była wspólna, a dopóki nie ujawniły się różnice ideologiczne, sojusznicy razem świętowali i ustanowili obecny system międzynarodowych zasad i rządów.

Szkopuł w tym, gdy całą chwałę próbuje zagarnąć jeden kraj, ignorując rolę pracy zespołowej – przezwyciężenia sporych różnic, by walczyć ze wspólnym wrogiem, dobierania partnerów i sojuszników oraz traktowania ich jak równych sobie. Zwycięstwa nie odniesiono w pojedynkę.

Paradoksalnie, to Niemcy – jako wielki przegrany – wyniosły z II wojny światowej lekcję. Zamiast zabiegać o przywództwo, Berlin konsekwentnie dąży do wielostronnych kompromisów i wspólnych stanowisk. Nowoczesne Niemcy są w stanie szukać sojuszników, nie plasując swoich interesów gospodarczych jako priorytet. Dlatego właśnie brytyjscy politycy opowiadający się za brexitem wciąż nie mogą pojąć stanowiska Merkel w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, dlatego też Putin nie docenił europejskich sankcji. Wygrywanie wielkich wojen może na dłuższą metę zaszkodzić krajom. Przegrana zaś może im pomóc. Po zagojeniu ran wojennych wyciągnięcie właściwych lekcji staje się ważniejsze niż historyczny wynik.

>>> Czytaj też: Erdogan szantażuje Europę "otwarciem bram": "Wyślemy do was 3,6 mln uchodźców"