Jeszcze nie tak dawno Polska miała być kluczowym sojusznikiem Pekinu w Europie Środkowo-Wschodniej i UE. Teraz stajemy się jego głównym adwersarzem w regionie. Czy jako państwo jesteśmy przygotowani do kolejnej wolty w polityce zagranicznej?

„To ma być lotnisko obsługujące dziesiątki milionów ludzi” – mówił o projekcie budowy portu lotniczego „między Warszawą a Łodzią” minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski. Było to wiosną 2016 r., kiedy szef MSZ wrócił z Chin, gdzie rozmawiał m.in. o tej inwestycji, która miałaby być realizowana przez chińskie i polskie firmy. Waszczykowski jako poseł wybierany w regionie łódzkim od dawna promował tę ideę. Jego wizyta w Chinach przybliżała jej urzeczywistnienie, ponieważ, jak mówił, Chińczycy „dostrzegają potrzebę takiego lotniska” oraz gotowi są zaangażować się w jego powstanie. Dodatkowo chiński biznes zapowiadał wtedy inne inwestycje w infrastrukturę i sektor IT w Polsce.

Głównym celem tego zbliżenia między Warszawą a Pekinem miało być przyspieszenie rozwoju gospodarczego Polski. Równocześnie rząd PiS chciał pokazać, że potrafi zwiększyć swoje pole manewru w stosunkach międzynarodowych. Już wtedy bowiem zaczęły się pojawiać pierwsze napięcia w relacjach z Brukselą dotyczące przestrzegania zasad praworządności oraz polityki migracyjnej, w tym głównie relokacji uchodźców. Dzięki inwestycjom z Chin relatywnie mniejsze znaczenie miałyby fundusze UE, których przyznawanie część zachodnich polityków chciała już łączyć z wywiązywaniem się z politycznych zobowiązań. Mówiąc bardziej obrazowo, przyjaźniąc się z Xi Jinpingiem, Polska miałaby się uwolnić z objęć Angeli Merkel, Jeana Claude’a Junckera i Baracka Obamy, który jeszcze wtedy urzędował w Waszyngtonie.

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu DGP.