Podczas gdy prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski kumuluje władzę po tym, jak jego partia uzyskała większość w parlamencie, Europa zaczyna mieć nadzieję, że produktywne rozmowy na temat rozwiązania konfliktu we wschodniej Ukrainie są możliwe. Prezydent Francji Emmanuel Macron zapowiedział, że w przyszłym miesiącu odbędzie się szczyt Francja-Niemcy-Ukraina-Rosja skupiony wokół tematu konfliktu – będzie to pierwsze takie spotkanie od 2016 r. Tymczasem John Bolton, doradca prezydenta USA ds. bezpieczeństwa, prosi Zełenskiego, by się nie spieszył: Europejczycy mogą „nie zaoferować oczywistego rozwiązania”.

Tradycyjnie Europejczycy chcą, by wojna zakończyła się na jakichkolwiek warunkach akceptowanych przez obie strony, a Amerykanie obawiają się ewentualnych ustępstw wobec Rosji. Ale całe to zamieszanie związane z ewentualną rezolucją odbywa się bezpośrednio nad głowami najważniejszych zainteresowanych: mieszkańców Ukrainy Wschodniej, którzy mieszkają po obu stronach linii frontu. To w sumie ok. 6,2 miliona ludzi, z czego ok. 3,7 miliona zamieszkuje tzw. Doniecką i Ługańską Republikę Ludową (odpowiednio DRL i ŁRL).

>>> Czytaj też: Zełenski spotka się z Trumpem w Warszawie? Bardzo możliwe

Niemieckie Centrum Studiów Wschodnioeuropejskich i Międzynarodowych (ZOiS) opublikowało raport o zmianach nastrojów w zarówno ukraińskich, jak i kontrolowanych przez separatystów częściach Wschodniej Ukrainy w ciągu ostatnich trzech lat. Przypadkowo to okres bez spotkań „Normandzkiej czwórki” – takich, jakie zapowiedział Macron. Raport opiera się na wywiadach osobistych z 1200 mieszkańcami kontrolowanej przez Kijów części Doniecka i Ługańska oraz wywiadach telefonicznych z 1200 ludźmi w nieuznawanych „republikach ludowych” utrzymywanych przez rosyjskie wsparcie. Pod tym względem badanie jest wyjątkowe – niewielu badaczy odważa się prowadzić jakiekolwiek prace terenowe w DRL i ŁRL.Wyniki badania ukazują niezwykłą różnorodność opinii, ale równocześnie wskazują drogę do rozsądnego porozumienia, do którego powinny dążyć wszystkie strony.

Pierwszym, najbardziej uderzającym wynikiem tej ankiety jest to, że po obu stronach granicy „obywatel ukraiński” nie jest główną cechą tożsamości. Na obszarach kontrolowanych przez Kijów tylko 26 proc. respondentów wskazało przede wszystkim, że czują się obywatelami Ukrainy, w porównaniu z 53 proc. w 2016 r. Ale „republiki ludowe” również nie wzbudzają w badanych entuzjazmu. Żadna z tych tożsamości nie dominuje po obu stronach linii podziału. To ważne odkrycie. Brak silnego powiązania z Rosją, Ukrainą, a nawet ojczystym regionem – Donbasem – oznacza z jednej strony, że żadnemu z głównych uczestników wojny nie udało się zaoferować ludności atrakcyjnej wizji. Z drugiej strony pokazuje, że rozwiązywanie tego konfliktu powinno być elastyczne i niekoniecznie oparte na tożsamości – w odróżnieniu od tego, co miało miejsce na Bałkanach.

>>> Czytaj też: Zełenski i Erdogan: wojna w Donbasie powinna się skończyć jak najszybciej

Innym ważnym – i pozytywnym – odkryciem dla Ukrainy jest to, że ludzie w „republikach ludowych” przekraczali granicę do kontrolowanej przez Kijów części kraju częściej niż w 2016 r. Na przykład odsetek osób, które robią to raz w miesiącu, wzrósł do 14,8 proc. (z 7,9 proc.). Mieszkańcy części kontrolowanej przez Ukrainę prawie nigdy nie podróżują do DRL i ŁRL, a wyższy odsetek ludzi z obszarów separatystycznych twierdzi, że ma przyjaciół i krewnych po drugiej stronie „granicy”, niż na odwrót. Kierunek i częstotliwość ruchu oznacza, że separatystom nie udało się odciąć tej części Donbasu – mimo że prawie 56 proc. mieszkańców „republik ludowych” utrzymuje, że nigdy nie przekroczyło granicy.

Obie części Donbasu zostały zalane falami propagandy od samego początku wojny, a głoszone poglądy na temat przyszłości regionu odpowiednio ewoluowały. W kontrolowanych przez Kijów częściach, mimo że zagłosowano tu na prorosyjską opozycję w tegorocznych wyborach, około dwóch trzecich mieszkańców uważa, iż ​​„republiki ludowe” powinny ponownie dołączyć do Ukrainy bez specjalnego statusu. W DRL i ŁRL zgadza się na to tylko około jedna czwarta mieszkańców, ale to i tak nieco więcej niż w 2016 r., co podpowiada, że niektórzy są już zmęczeni niepewnością. Jednocześnie wzrósł odsetek tych, którzy chcą, by ich region stał się częścią Rosji – do 18,3 proc. z 11,4 proc. w 2016 r., co jest kolejnym znakiem, że tamtejsza ludność chce, by konflikt się zakończył – w taki czy inny sposób.

>>> Czytaj też: Nowa trasa dostaw gazu z Rumunii. "Dla Ukrainy i Mołdawii ten projekt ma strategiczne znaczenie"

Mimo to różnice nie stanowią szczególnie trudnego wyzwania dla Ukrainy. Ludzie na obszarach separatystycznych nie są przekonaniu co do swojej odrębnej państwowości, a tylko mniejszość chce, by „republiki’ dołączyły do Rosji. Autonomia czy nie – „republiki ludowe” w większości są proukraińskie.

Opierając się na ustaleniach niemieckiego think tanku ZOiS, strategią Zełenskiego w jakichkolwiek negocjacjach powinien być postulat ws. powszechnego głosowania – najlepiej w obu częściach Ukrainy Wschodniej, zorganizowane i obserwowane przez wiarygodną organizację międzynarodową, taką jak ONZ lub OBWE. W oparciu o ustalenia ZOiS oraz podział ludności między obszarami kontrolowanymi przez Kijów a separatystami, szacowane wyniki takiego referendum to większość (ok. 40 proc.) za zjednoczeniem regionu z Ukrainą bez specjalnego statusu autonomicznego lub autonomia w ramach Ukrainy (około 31 proc.).

Ta ostatnia opcja niekoniecznie wygrałaby również podczas kolejnych wyborów. Zależy to od ożywienia gospodarczego Ukrainy oraz tego, co kraj wraz z zachodnimi sojusznikami byłby w stanie zaoferować ludności Donbasu. Rosja nie zaoferuje wiele, a przynajmniej nie będzie to wiarygodne. Miała okazję wpompować w zbuntowane republiki inwestycje infrastrukturalne, jak to miało miejsce na Krymie, ale Kreml nie zdecydował się na ten krok.

Nawet gdyby głosowanie odbyło się tylko na obszarach separatystycznych, to międzynarodowy wysiłek, aby je zabezpieczyć i pozwolić Zełenskiemu na prowadzenie kampanii (jego zręczność jest już dobrze znana), wynik mógłby być korzystny dla Ukrainy – bez konieczności zmian w konstytucji, których wymagałoby nadanie Donbasowi specjalnego statusu. Ale nawet autonomiczny status nie byłby końcem świata. To po prostu przygotuje grunt pod bardziej szczegółowe negocjacje na temat tego, co powinna pociągać za sobą autonomia i jakie dokładnie zmiany konstytucyjne będą potrzebne.

>>> Czytaj też: Ukraińskie media: Zełenski wybrał kandydata na premiera

Cała retoryka rosyjskiego prezydenta Władimira Putina od początku konfliktu na Ukrainie Wschodniej dotyczyła ochrony rosyjskojęzycznej mniejszości tego kraju, a w szczególności mieszkańców „republik ludowych”. Naleganie na uczciwe, uznane na arenie międzynarodowej głosowanie obnażyłoby pustosłowie tej retoryki i dałoby Putinowi możliwość honorowego wyjścia z kosztownej awantury. Oczywiście, Kreml by się targował, stawiał niemożliwe warunki, żądał gwarancji bezpieczeństwa dla najbardziej aktywnych zwolenników i nalegałby na autonomię Donbasu jako warunek jakiegokolwiek rozwiązania. Ale kompromis może być osiągnięty dzięki amnestii dla wszystkich walczących.

Po pięciu latach wojny i ponad 13 tys. ofiar wreszcie nadszedł czas, by zapytać mieszkańców Ukrainy Wschodniej, czego by chcieli. Ustalenia ZOiS pokazują, że prawdopodobnie podejmą rozsądną decyzję. Niemcy, Francja i Stany Zjednoczone powinny pomóc Ukrainie i Rosji dojść do demokratycznego rozwiązania kryzysu.

>>> Czytaj też: Wstrzymanie obsługi długu nie jest potrzebne żadnemu państwu. Ukraina to nie wyjątek