Przeciętny Polak zjadł w 2018 r. rekordową ilość cukru – ponad 51 kg. W ciągu ostatnich czterech lat jego spożycie wzrosło o jedną czwartą. Jeszcze na początku rządów prawicy na statystycznego Kowalskiego przypadało 40,5 kg cukru nieprzetworzonego i zawartego w różnych produktach, np. w napojach.

Nieprzypadkowo zestawiamy dane z wyborczym kalendarzem, bo w czasie rządów PiS co jakiś czas wracał temat podatku od cukru, który miałby podnieść ceny przede wszystkim słodzonych napojów i ograniczyć na nie popyt. Przymiarki do jego wprowadzenia robił już rząd PO-PSL, ale presja była wówczas mniejsza, bo spożycie cukru wahało się między 39,4 a 44,3 kg.

Eksperci alarmują, że słodkie życie może nas kosztować sporo zdrowia i pieniędzy. W ostatnim raporcie Narodowego Funduszu Zdrowia oszacowano, że już 1,4 tys. zgonów rocznie to konsek wencja nadmiernego spożycia napojów słodzonych cukrem. Przez plagę otyłości do 2025 r. o 941 tys. ma zwiększyć się liczba pacjentów z cukrzycą, o 349 tys. – z nadciśnieniem, o 146 tys. – ze zwyrodnieniem stawu kolanowego. NFZ wylicza, że koszty leczenia chorób będących skutkiem nadmiernej wagi mogą się zwiększyć w ciągu najbliższych sześciu lat nawet o miliard złotych.

Jarosław Pinkas, główny inspektor sanitarny, w rozmowie z DGP deklaruje, że powstał już dokument, który może być podstawą do wprowadzenia podatku od cukru zawartego w napojach słodzonych. Jest on wsparty stanowiskiem krajowego konsultanta ds. zdrowia publicznego. – Chcemy go zaprezentować rządowi dopiero po wyborach. Obecny czas nie sprzyja wprowadzaniu takich rozwiązań. Mówimy o podatku, mimo że mamy osiągnąć efekt zdrowotny, a nie fiskalny – mówi Pinkas.

Odchudzanie przez drenaż portfeli

Jarosław Pinkas, główny inspektor sanitarny, przyznaje, że idealnym rozwiązaniem, które miałoby pozytywne przełożenie na zdrowie Polaków, byłoby wprowadzenie podatku od wszystkich niezdrowych produktów żywnościowych. – To jednak plan na przyszłość. Na razie trzeba zatrzymać epidemię cukru – dodaje i podkreśla, że przygotował dokument, który może być podstawą wdrożenia nowej daniny. Nie sugeruje w nim jednak konkretnych rozwiązań – czy ma to być akcyza, czy podatek, i ile ma wynosić. – To zostawiam specom od podatków. Ja tylko pokazuję, dlaczego interwencja jest konieczna, jaki może przynieść efekt zdrowotny. Podpowiadam też, na rozwiązaniach których krajów możemy się wzorować. Myślę, że możemy czerpać z doświadczeń Wielkiej Brytanii czy Węgier – mówi Jarosław Pinkas.

Wzory możemy czerpać z 25 krajów, które opodatkowały produkty słodzone cukrem. W latach 2015–2019 takie rozwiązania wprowadzono w 19 krajach, w tym w pięciu europejskich.

Polski Instytut Ekonomiczny skatalogował trzy rodzaje cukrowego podatku. Pierwszy jest naliczany od objętości napoju, w którym przekroczony jest określony poziom cukru. Drugi od zawartości cukru – płaci się za każdy gram cukru zawartego w określonej objętości napoju. Trzeci – warstwowy, taki, gdzie bazą do opodatkowania jest objętość napoju, ale stosuje się różne stawki w zależności od zawartości cukru. Ekonomiści PIE zwracają uwagę, że nie wszystkie rodzaje produktów zawierających cukier muszą być od razu opodatkowane, może to nie dotyczyć np. 100-proc. soków owocowych i warzywnych.

Paweł Śliwowski, analityk zespołu ekonomii behawioralnej w PIE, podkreśla, że podatek jest skutecznym narzędziem, ale nie jest to magiczna różdżka, która sprawi, że zniknie otyłość.

– Potrzebujemy większych zmian w nawykach żywieniowych, a tych nie osiągniemy wyłącznie zmianami cen. Musimy też pomyśleć o reklamie, opakowaniach produktów i zasadach obowiązujących w handlu, np. ekspozycji batoników i podobnych przekąsek przy kasach. Powinniśmy się także więcej ruszać, o czym PIE przypomniał w raporcie o polskim rynku sportu – mówi Paweł Śliwowski.

Dietetycy alarmują, że czas najwyższy zacząć działać. Szczególnie że, jak podkreślają, dotychczas podejmowane działania, w tym kampanie społeczne czy odchudzanie żywności przez samych producentów, nie przynoszą oczekiwanych skutków. Otyłość to już problem nie tylko dorosłych, lecz także młodzieży, a nawet małych dzieci.

– Uzależniliśmy się od cukru i trzeba się wreszcie z tym rozprawić. Nie jest on już tylko źródłem energii. Stał się jak narkotyk. To dlatego, że jest wszechobecny. Jest dodawany nawet do zdrowych produktów, np. mlecznych. Gdybyśmy usunęli ze sklepów towary z dodatkiem cukru, prawie nic by nie zostało – dodaje mgr Hanna Stolińska-Fiedorowicz, dietetyk kliniczny.

Zdaniem ekspertów raportowany przez Główny Urząd Statystyczny gwałtowny wzrost spożycia cukru to w dużej mierze efekt rosnącej zamożności Polaków. Grubszy portfel powoduje zmianę nawyków żywieniowych. Kupujemy droższe i bardziej przetworzone produkty, które z reguły zawierają cukier. Czyli zamiast wody – colę, a zamiast półproduktów na ciasto – gotowy baton.

– Znaczenie mogą mieć też niskie ceny cukru, które sprzyjały stosowaniu tego surowca zamiast np. syropu glukozo-fruktozowego – dodaje Paweł Wyrzykowski, analityk BNP Paribas.

Eksperci obawiają się, że ewentualny podatek będzie niski, więc w efekcie nieodczuwalny dla konsumentów. – Kilka groszy na puszce słodkiego napoju nie spowoduje, że przestaniemy go kupować. Potrzebne jest chyba bardziej radykalne rozwiązanie, jeśli ma przynieść ograniczenie, a przynajmniej zahamowanie wzrostu spożycia cukru w Polsce – mówi mgr Hanna Stolińska-Fiedorowicz.

Pomysł podatku od cukru nie jest nowością w Polsce. Co jakiś czas wraca w publicznej debacie. Resort finansów pięć lat temu przymierzał się do opodatkowania słodzonych napojów gazowanych. Wielkość obciążenia miała zależeć od zawartości cukru w produkcie. Stawka: od 1 do 10 gr za litr napoju.

Podatek cukrowy sprawdza się na świecie

Dodatkowe obciążenie napojów przynosi zwykle pożądany skutek, a więc spadek spożycia. Odkąd niektóre kraje zaczęły wprowadzać w życie zalecenie Światowej Organizacji Zdrowia, by jako narzędzia w walce z otyłością i wywoływanymi nią chorobami stosować podatki naliczane od zawartości szkodliwych substancji w produkcie, nie ustaje dyskusja nad ich skutecznością. Jedną z najnowszych (z początku 2019 r.) prób analizy podjęło sześcioro badaczy z Uniwersytetu Otago w Nowej Zelandii. Wzięli na warsztat doświadczenia USA, Hiszpanii, Chile, Francji, Meksyku, Węgier i Finlandii. Kluczowy wniosek: średnio każde 10 proc. podatku powoduje spadek wielkości spożycia również o ok. 10 proc. i nieznaczny wzrost spożycia napojów nieopodatkowanych (a więc zdrowszych), np. wody.

– Wzrost cen automatycznie sprawia, że konsumenci szukają tańszych zamienników. Dlatego tak ważne jest, by podatkiem objąć wszystkie towary z cukrem w danej kategorii, a nie uzależniać go od jego zawartości. Inaczej będzie przechodzenie klientów z bardziej słodzonych na mniej słodzone produkty, czyli zamierzony efekt zdrowotny może nie zostać osiągnięty – uważa Szymon Parulski, doradca podatkowy w kancelarii Parulski i Wspólnicy. A jak dodaje, taki ma być przede wszystkim jego cel. Aspekt fiskalny jest drugorzędny.

Autorzy nowozelandzkiego raportu podają kilka zależności. Podstawowa: nałożenie podatku podnosi cenę towaru, co może być mocnym bodźcem, by go nie kupować. Rosnąca cena napoju może być też sygnałem dla konsumenta, że coś z nim jest nie tak – może zwrócić jego uwagę na problem. Jednocześnie podatek cukrowy ze względu na swoje cechy jest regresywny – to znaczy stanowi większe obciążenie dla osób o niższych dochodach. Ma to też swoje dobre strony. Producenci, chcąc uniknąć konieczności podniesienia ceny i utraty mniej zamożnych klientów, starają się obniżyć zawartość opodatkowanych substancji w produkcie.

– To już się dzieje. Producenci na coraz większą skalę odchudzają swoje wyroby, zastępując cukier stewią czy sztucznymi słodzikami – podkreśla Szymon Parulski.

Marek Przeździak, prezes Polbisco, Stowarzyszenia Polskich Producentów Wyrobów Czekoladowych i Cukierniczych, dodaje, że takie rozwiązanie nie jest jednak możliwe w przypadku słodyczy. Walory smakowe i pożądaną konsystencję można bowiem uzyskać tylko dzięki cukrowi.

Najwyższe podatki od cukru wprowadzano w USA, a konkretnie w Filadelfii i Berkeley, na porównywalne obciążenie zdecydowała się hiszpańska Katalonia. W Filadelfii podatek wynosi aż 51 centów na litrze, w Berkeley 34 ceny, a w Katalonii równowartość 13 centów. Równowartość, bo formalnie Katalończycy doliczają do ceny litra 12 eurocentów, jeśli zawartość cukru przekracza 8 g na 100 ml napoju. Efekty takiego opodatkowania są zauważalne. Seria badań robiona w Berkeley dowodzi, że spożycie napojów słodzonych spadło w tym mieście o 10–21 proc. (w zależności od raportu). Skutki opodatkowania napojów słodzonych w Katalonii to zmniejszenie konsumpcji o ok. 15 proc.

Z krajów naszego regionu na podatek cukrowy zdecydowały się Węgry. Mają go od 2011 r. i wynosi on 7 forintów za litr słodzonego napoju. Po opodatkowaniu spożycie coli już w 2011 r. spadło o 2,7 proc., rok później o 7,5 proc., a w 2013 r. o 6 proc. Jednak w tym przypadku badacze stawiają duży znak zapytania, zauważając, że jeszcze przed opodatkowaniem sprzedaż tego napoju spadała. Podatek cukrowy mógł jednak przyspieszyć ten proces.

Podatek wprowadzony w styczniu 2012 r. we Francji (równowartość 9 centów na litr napoju) także spowodował spadek spożycia coli, w 2012 r. o 3,3 proc., w 2013 o 3,4 proc. Autorzy raportów zwracają uwagę, że do 2011 r. popyt na zwykłą i niskokaloryczną colę rósł, po tej dacie zaczął spadać. Niektóre badania wskazują na 15-proc. spadek spożycia napojów słodzonych średnio w gospodarstwie domowym. Z kolei w Finlandii, która opodatkowała zawartość cukru w 2011 r. (równowartość 4 centów na litr), popyt na niezdrowe napoje i tak spadał, ale po opodatkowaniu proces ten przyspieszył. W 2011 r. spadek wyniósł 0,7 proc., w 2012 już 3,1 proc., a w 2013 r. 0,9 proc.

>>> Czytaj też: Adaptacja do zmian klimatu wydaje ci się droga? Jeszcze droższe jest jej opóźnianie