Mafia lewicowa, lewacka, gejowska, pedalska, artystyczna – tak się często określa pana środowisko, które opanowało sztukę współczesną.

Ja niczego nie opanowywałem. Jestem chłopcem z Białegostoku, który zaczynał od rysowania w zeszycie królewien w pięknych sukniach z koronami, lalek Barbie. A sztuka, która odpowiada na to, co się dzieje w społeczeństwie, z gruntu jest traktowana jako lewicowa, lewacka. Sztuka powinna być społeczna, otwarta na ludzi, reagująca na to, co się dzieje dookoła, a nie ilustrująca rzeczywistość. Interesuje ją człowiek i to, co się z nim dzieje. I sztuka współczesna była taka zawsze. Hitler, który w III Rzeszy zamykał wystawy, zamykał de facto wszystko, co było sztuką współczesną, co było z nią związane, i wprowadzał konserwatywne rozwiązania nawiązujące do klasycyzmu. Stalin robił to samo.

Porównuje pan...

Ludzie lubią mocniejsze porównania, bo wtedy łapie się optykę.

To pana ostatnia wystawa.

Nastroje są takie, że to rzeczywiście może być ostatnia tego typu wystawa w publicznej instytucji, w Centrum Sztuki Współczesnej.

Tego typu, czyli jaka?

Wolnościowa, otwarta, która nie jest po linii ministerialnej.

Przecież to Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego finansuje pana wystawę.

Została zatwierdzona w programie CSW przez ministerstwo pod rządami ministra Glińskiego. Ma wisieć do końca marca przyszłego roku. No, chyba że nowy, prawicowy, konserwatywny dyrektor ją zdejmie, ocenzuruje. Od stycznia dyrektorem CSW ma być Piotr Bernatowicz. Paradoks polega na tym, że moja wystawa będzie kończyła kadencję obecnej dyrektor CSW i wchodziła w okres panowania nowego dyrektora. A to, że jest oparta na rzeczach tożsamościowych, to nie jest przypadek. Od zawsze tak pracuję. To, że moja wystawa akurat zbiegła się z tą wielką nagonką na osoby LGBTQ, jest zrządzeniem czasowym.

„Ideologizacja niszczy sztukę. Sprawia, że w każdej dużej galerii mamy to samo – sztuka społecznie zaangażowana, sztuka feministyczna, sztuka broniąca mniejszości i krytykująca Kościół” – to słowa nowego dyrektora.

Rozumiem, że jego interesuje sztuka obiektywna, czyli prawicowa. Mówił, że nie chce sztuki ideologicznej, tylko po prostu sztuki. Czuję, że politycy, którzy dotąd nie interesowali się sztukami wizualnymi, właśnie przybierają inny kurs. Za poprzedniej kadencji były silne ingerencje w film i teatr, w literaturę. Z prostego powodu: bo to są media najbliższe Polakom. A sztuki wizualne są traktowane jako niszowe, elitarne, niezrozumiałe. Przecież poezję z założenia ma rozumieć w Polsce każdy. Wydaje mi się, że Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego chce sobie poradzić ze sztukami plastycznymi w prosty sposób. Widać to już na przykładzie Muzeum Narodowego. Politycy PiS chcą sztukę i zajmujące się nią instytucje po prostu rozp...ć. Chaos, bojkot, rozwalanie, a w tym czasie przerzucanie uwagi na inne tworzone upolitycznione instytucje, w których konserwatyzm może wybrzmiewać w pełnej okazałości. To w nich artyści rzekomo współcześni mogą rzeźbić bitwę pod Grunwaldem w drewnie. I to nie są żarty. Autor monumentalnej rzeźby grunwaldzkiej był w komisji przyznającej pieniądze na zakupy do kolekcji Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

Cały wywiad z Karolem Radziszewskim przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP