Część z ponad 330 mln dol., jakie do tej pory zarobił na Twitterze, 35-latek przeznaczył na uruchomienie kolejnej firmy. To Square, które opracowało zdobywający popularność system elektronicznej płatności na platformy mobilne. – Historia powstania tego start-upu z pewnością znajdzie poczesne miejsce w annałach opisujących niekonwencjonalne początki internetowych biznesów nowej generacji, tak jak zapisał się już w nich choćby eBay – mówi „DGP” Ronald Clansy z portalu RedObrit.com.

W obu przypadkach sprawcami przyszłego sukcesu były osoby trzecie. EBay by nie powstał, gdyby nie zrzędliwość i upór dziewczyny, a obecnej żony Pierre’a Omidyara. Lubiła robić zakupy w internecie, ale brakowało jej miejsca w sieci, w którym mogłaby się wymieniać rzeczami z innymi. Suszyła więc głowę chłopakowi, by specjalnie dla niej stworzył taki portal. Przez rok się wzbraniał, wymawiając innymi obowiązkami, w końcu nie wytrzymał jej gadania. Przez dwa dni pisał kod dla serwisu aukcyjnego i uruchomił go po południu 4 września 1995 roku. Dziś roczny zysk eBaya przekracza 2 mld dol.

Z kolei Square nie zaistniałoby, gdyby nie James McKelvey, kolega Dorseya. Jest on właścicielem maleńkiej firmy produkującej m.in. łazienkowe akcesoria z dmuchanego szkła. Rzeczy zgrabne i ładne, ale bardzo drogie – kupowane często po wpływem impulsu. Jedyny problem polegał na tym, że w jego warsztacie można było płacić tylko gotówką. Jeśli więc potencjalny klient nie miał przy sobie co najmniej 2 tys. dol., odchodził z kwitkiem i najczęściej już nie wracał. Dorsey, na prośbę znajomego, który nie mógł pogodzić się z traceniem zarobku, postanowił wymyślić nowy sposób płatności.

Square zadebiutowało w maju 2010 roku (nazwa firmy pochodzi od popularnego stwierdzenia „Are we square?”, co można przetłumaczyć na polski jako „Czy jesteśmy kwita?”). Na początek wypuściło na rynek niewielki czytnik kart płatniczych i kredytowych, który można podłączyć (gniazdo słuchawkowe) do smartfonów pracujących w systemie operacyjnym iOS oraz Android. W ten sposób komórka zamienia się w elektroniczny portfel, którym można płacić wszędzie (choć na razie usługa jest dostępna tylko w Stanach Zjednoczonych). Dziś można również ściągnąć z sieci specjalną aplikację (o nazwie Square, najnowsza wersja to 2.2.2), za pomocą której można dokonywać płatności po wcześniejszym ręcznym wypełnieniu zlecenia.

Zarówno czytnik, jak i aplikacja są darmowe. Firma Dorseya pobiera jednak 2,75 proc. plus 15 centów od każdej przeprowadzonej przez komórkę transakcji. Na pierwszy rzut oka to o wiele więcej niż tradycyjni operatorzy, skąd więc tak wielka popularność nowego rozwiązania? – Po pierwsze nasi rywale nie ujawniają wszystkich opłat, jakimi nas obciążają, więc nie mamy pojęcia, ile naprawdę kosztuje nas transakcja. My jasno mówimy, że bierzemy tylko 2,75 proc., co z reguły wychodzi taniej niż przy płatności kartą przez klasyczny terminal. A po drugie liczy się wygoda – mówi Dorsey. Te argumenty trafiły już do setek tysięcy ludzi – przez urządzenia (sięgnęło już po nie ponad 800 tys. osób) i aplikacje przepłynęło w ostatnim roku ponad 2 mld dol. Firma, która zatrudnia dziś ponad setkę osób, zarobiła więc ok. 55 mln dol. Całkiem niezły wynik jak na debiutanta.

Dziwne hobby

By doszukać się praprzyczyn dzisiejszych sukcesów Jacka Dorseya, trzeba się cofnąć do jego dzieciństwa. Podczas gdy rówieśnicy wieszali na ścianach swoich pokojów plakaty gwiazd rocka, bejsbolu czy koszykówki, 8-letni Dorsey, mieszkający na przedmieściach St. Luis, pasjonował się planami miast. Miał je wszędzie: na półkach oraz ścianach, leżały na podłodze i pod łóżkiem. Potrafił godzinami wpatrywać się w mapy. Gdy ojciec kupił pierwszy komputer, Jack szybko nauczył się tworzyć w prostym programie graficznym własne plany miast. Podsłuchiwał również radiowe częstotliwości policyjnych radiowozów i karetek pogotowia, a potem odgrywał na mapach wypadki oraz interwencje.

Fakt, dziwaczna pasja, ale rodzice byli pod wrażeniem, jak szybko mały Jack nauczył się obsługi peceta, oraz zauważyli, że wykazuje niezwykłe zdolności do nauk ścisłych. Zachęcali go więc do pogłębienia tych pasji. I tak w końcu wylądował na stanowym Missouri University of Science and Technology, z którego przeniósł się na Uniwersytet Nowojorski. Studiował i próbował rozkręcić własny biznes, bo był to czas pierwszej internetowej gorączki (która na przełomie wieków zakończyła się pęknięciem spekulacyjnej bańki). Niespotykanie spokojny chłopak, lubiący samotnie przesiadywać w ogrodach botanicznych, myślał o zarabianiu na życie rysowaniem roślin, zaliczył kurs masażu, przez głowę przeszła mu nawet myśl, by zacząć projektować dżinsy. W końcu zdecydował się postawić na swoją pasję. Założył małą firmę, która napisała program komputerowy do zarządzania flotą pojazdów dla korporacji taksówkarskich i firm przewozowych. Choć od tego czasu minęła już dekada, to aplikacja jest na tyle dobra, że – po odpowiednim zmodyfikowaniu – wciąż jest używana.

Zachęcony pierwszym sukcesem porzucił studia w Nowym Jorku i przeniósł się do Kalifornii. Był rok 2000. Tu z kolei, korzystając z wcześniejszych doświadczeń, uruchomił firmę, która oferowała usprawnienie usług logistycznych przez internet. Zafascynowany użyciem radia CB i krótkimi informacjami, jakie kierowcy przekazywali sobie wzajemnie o korkach w mieście, wypadkach czy o policyjnych patrolach, zaczął rozmyślać o stworzeniu internetowego serwisu, w którym można by zostawiać krótkie informacje o sobie. To był pierwszy krok do stworzenia Twittera, ale na ten moment przyjdzie jeszcze poczekać sześć lat. Dotcomowa bańka właśnie pękła i nikt nie był już skłonny dać nawet dolara na kolejny ryzykowny projekt w sieci realizowany przez debiutanta.

Dorsey porzucił Oakland i przeniósł się do San Francisco, będącego przedmieściem Doliny Krzemowej, gdzie zatrudnił się w firmie Odeo. Nie miała ona jednak pomysłu na rozwój, więc Dorsey, w dużej mierze z nudów, zaproponował w końcu jej szefowi, Evanowi Williamsowi, stworzenie sieciowego serwisu do wymiany krótkich wiadomości – do 140 znaków, które by można napisać i wysłać nawet z telefonu komórkowego. Nieoczekiwanie właściciel Odeo podchwycił pomysł i uczynił 29-latka szefem nowego projektu. Twitter ruszył w marcu 2006 roku.

Japońska fascynacja

Projekt błyskawicznie odniósł sukces i dziś jest jedną z najgorętszych internetowych spółek, wycenianą przez rynek na ponad 8 mld dol., którą z chęcią przejęliby giganci, tacy jak Google, Microsoft czy Facebook. Na razie jej właściciele odrzucają propozycje sprzedaży i koncentrują się na rozwijaniu działalności. Bo choć Twitter ma ponad 300 mln wiernych użytkowników, to nie potra fi do końca skonsumować własnego sukcesu – czyli wciąż nie umie na nich zarabiać. W ubiegłym roku przychód firmy Jacka Dorseya wyniósł marne 140 mln dol. Marne, bo przychód założonego ledwie dwa lata wcześniej Facebooka, mającego dziś w swojej bazie ponad 800 mln kont internautów, przekroczył aż 4 mld dol.

Ponieważ Jacka Dorseya nie można kupić, inne firmy postanowiły rzucić mu wyzwanie. Z własnym systemem płatności na urządzenia przenośne eksperymentują m.in. Apple oraz Google (usługa Wallet). Obaj giganci postanowili skorzystać z NFC (Near Field Communication), czyli technologii zbliżeniowej. Po zainstalowani specjalnej aplikacji, która tworzy wirtualną kopię karty płatniczej lub kredytowej, komórka zamienia się w elektroniczny portfel. Teraz już tylko wystarczy zbliżyć ją do czytnika, tak jak w przypadku kart PayPass, by zapłacić za zakupy. I to jest największa wada NFC – musi być czytnik.

Jednak 35-latek, pracujący nawet po 16 – 18 godzin dziennie, który dopiero kilka miesięcy temu kupił pierwszy samochód, nie obawia się konkurencji. – Rywale skoncentrowali się na mechanice dokonywania płatności. Nie sądzę, by była to właściwa droga. My dbamy o to, by nasza technologia była jak najbardziej przyjazna użytkownikom, by zawierała w sobie pierwiastek ludzki, bo tylko wtedy jest w stanie nas przyciągnąć – mówi Dorsey. Nie ukrywa, że w swoim podejściu do biznesu stara się kierować japońską koncepcją wabi-sabi, która w sposobie postrzegania świata kładzie nacisk m.in. na prostotę oraz oszczędność.

Można być pewnym, że 35-letni twórca Twittera nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. W jednym z wywiadów wymsknęło mu się, że chciałby zostać burmistrzem Nowego Jorku. Na razie można go spotkać, jak spaceruje po okolicach San Francisco. Sam. Ale zawsze ma przy sobie komórkę – z czytnikiem Square.