Każdy ma swojego wroga: dla telewizji oraz prasy (oraz całego mnóstwa innych branż) to internet z VOD (filmy na życzenie), serwisami streamingowymi i mnóstwem stron z najświeższymi informacjami; dla zimowych kurortów – ocieplenie pogody; a dla rolników z Korei Południowej – amerykańscy farmerzy i ich dotowany przez państwo ryż. Swojego wroga, a jakże, mają również hotele. To niewielka firma z San Francisco – AirBnB, dzięki której można wynająć całą wyspę, ogromną willę, dom, pokój, a nawet pojedyncze łóżko.

Za „największym wrogiem tradycyjnych sieci hotelowych” stoi trzech młodych przedsiębiorców z San Francisco: Brian Chesky, Joe Gebbia oraz Nathan Blecharczyk. Młodych, bo w erze równie nieopierzonego internetu tylko tacy ludzie potrafią działać oraz myśleć na tyle niekonwencjonalnie, by dotrzymać tempa rozwojowi sieci, która bezlitośnie wymusza zmiany na kolejnych branżach.

Hotelową branżę najpierw potężnie oszołomił serwis booking.com. Do tego stopnia, że tak jak słowo „googlować” stało się synonimem szukania czegokolwiek w internecie, tak „bukingkom” oznacza rezerwację w hotelu. Właściwie nie poszukuje się już miejsc do spania na wakacje czy weekendowy wypad w inny sposób niż w sieci. Nowa usługa okazała się dla nas, klientów, wyjątkowo wygodna, bo pozwala zaoszczędzić czas i sporo pieniędzy, jednak dla branży zmiany były bolesne. Bo w krótkim czasie serwis stał się tak potężny, że nie można było go ignorować i istnieć obok niego. Nawiązanie współpracy oznaczało zaś przygotowanie specjalnych ofert z ogromnymi zniżkami. A na dodatek mniejszymi zyskami trzeba się było jeszcze z nim dzielić. Ale teraz branża jest bliska powalenia na deski. Bo AirBnB stawia jej zupełnie inne pytanie. Nie „Ile kosztuje nocleg w hotelu?”, ale „Czy musisz w ogóle tam nocować?”.

– Jak się zaczęło? Pewnego razu Joe zapytał mnie, czy jak będzie miał świetny pomysł na rozkręcenie własnego interesu, to czy w niego wejdę. Z miejsca odpowiedziałem, że tak, cokolwiek to będzie – opowiada Brian Chesky. Taki właśnie początek ma ich firma, choć rozpocznie działalność dopiero za kilka lat.

W czasie gdy padło pytanie, studiują na akademii sztuk pięknych w Providence w stanie Rhode Island. To wschodnie wybrzeże USA, jednak zaraz po ukończeniu uczelni trafiają na Zachód – do Las Angeles oraz San Francisco. Pracują jako projektanci w prywatnych firmach, jednak nie przelewa im się, wręcz czasami klepią biedę. Bo nie ma na stechnologizowanym rynku wielkiego zapotrzebowania na artystów, co innego na informatyków, inżynierów czy programistów. I znów u Chesky’ego zadzwonił telefon.

– To był Joe. Powiedział, że w jego firmie jest praca, i zapytał, czy bym się do niego nie przeniósł. Nie zastanawiałem się długo nad propozycją, tylko zwolniłem się, wsiadłem w auto i przeniosłem się do San Francisco – opowiada Brian. Mieszkali pod jednym dachem i wspólnie biedowali.

Śmiało można powiedzieć, że w ich przypadku jedynym impulsem do działania była przemożna chęć wyrwania się z błędnego koła, w którym zarobione pieniądze ledwo starczały na życie. Okazja nadarzyła się w połowie 2007 r.: San Francisco organizowało wielką międzynarodową konferencję, której gospodarzem było Amerykańskie Stowarzyszenie Wzornictwa Przemysłowego. Chętnych do wzięcia w niej udziału było tak wielu, że błyskawicznie zniknęły wszystkie wolne miejsca w hotelach. Dwójka naszych bohaterów szybko przeanalizowała sytuację i uznała, że może na tym zarobić. Wystarczy tylko część wynajmowanego mieszkania zamienić na hotel. Pomysł w swojej prostocie iście genialny, bo przecież im bardziej niezaspokojony popyt, tym większe ceny można dyktować. Pieniędzy zaś potrzebowali, bo na dniach musieli opłacić czynsz, a w ich portfelach były pustki.

Dali więc w sieci ogłoszenie i szybko znaleźli chętnych na w sumie dość spartańskie warunki, które oferowali. Przez weekend gościli u siebie trzy osoby, na których zarobili tysiąc dol. I właśnie wtedy wpadli na pomysł: skoro z projektowania mebli i rzeczy użytkowych nie można się utrzymać, to może warto stać się hotelarzami XXI w.?

Zwłaszcza że o ich przedsięwzięciu zaczęło być głośno w sieci. Osoby, które zostawiły u nich pieniądze, dzieliły się ze znajomymi wrażeniami: nie narzekały na wygórowaną cenę, chwaliły za to gościnność, smaczne śniadania, możliwość wieczornego pogadania czy nawet wspólnego obejrzenia filmu. Słowem – domową atmosferę, tak odmienną od chłodu i sterylności hotelowych pokoi.

Trzeba było więc kuć żelazo póki gorące. Idea była prosta: stworzenie internetowego serwisu, na którym każdy mógł wystawić do wynajęcia takie miejsce, jakie posiada. – Rozpuściliśmy wici wśród znajomych i w sieci. Interesowało nas wszystko: od namiotu w ogrodzie po zamki. Szybko pojawiły się oferty mieszkań, domów, willi, których właściciele chcieli dorobić, bo sami wyjeżdżali na wakacje. Ale były też oferty pokoi czy wręcz pojedynczych łóżek. Przygarnialiśmy wszystko – opowiada Gebbia. Wtedy też pojawił Nathan Blecharczyk, absolwent Harwardu, który pracował dla Microsoftu – jego zadaniem stało się stworzenie strony internetowej. I tak w sierpniu 2008 r. wystartowała firma AirBnB.

Od samego początku trójka nie narzekała na brak pracy. Jeszcze w tym samym roku pomogli gościom wielkich multimedialnych targów SXSW w Houston oraz Partii Demokratycznej, która organizowała w Denver konwencję wyborczą i szukała dla delegatów tanich miejsc noclegowych. Szybko jednak okazało się – i to mimo pierwszych sukcesów – że skala przedsięwzięcia przerasta ich możliwości. Zaczęli rozglądać się za inwestorem, który nie tylko wspomógłby ich finansowo, ale również podzielił się know-how. I tak trafili do słynnego Y-Combinator, funduszu inwestycyjnego specjalizującego się wyłącznie w pomocy dopiero startującym przedsięwzięciom. Otrzymali zastrzyk 20 tys. dol. oraz kilkanaście lekcji z zarządzania, budowania strategii oraz marketingu.

Trójka okazała się wyjątkowo pojętnymi uczniami. W 2011 roku dzięki serwisowi AirBnB, który ma już oferty ze 192 krajów, zawarto aż 4,5 mln rezerwacji na sumę 0,5 mld. dol. Zarobek firmy to 15 proc. tej kwoty. Sukces przedsięwzięcia zaskoczył nawet szefa Y-Combinator, który miał do czynienia z najdziwaczniejszymi pomysłami na biznes. – Nigdy nie przypuszczałem, że to wypali, i to na taką skalę. Kto by pomyślał, że ludzie będą chcieli wynająć u kogoś łóżko? Bo ja bym nie chciał – stwierdził Paul Graham.

Brian Chesky, Joe Gebbia i Nathan Blecharczyk śmieją się z tych słów. I podkreślają, że nie zamierzają się zatrzymywać. – Hotele to przestarzały pomysł – twierdzą.