W latach 90. media ochrzciły go "cesarzem", a o kontakty z nim zabiegali najważniejsi ludzie w państwie. Podobno, kiedy przylatywał do Warszawy, biznesmeni zjawiali się tam specjalnie tylko po to, żeby zamienić z nim kilka słów między zejściem z trapu a wejściem do limuzyny. Dziś wszyscy donoszą tylko o jego upadku. "Wprost" napisał ostatnio, że Kalina Krauze obdzwaniała znajomych z pytaniem, czy nie odkupiliby ogrodowego grilla, a w samolocie, którym podróżował, zainteresowanie wzbudził tylko lecący tym samym lotem Nergal - na Krauzego nikt nie zwrócił uwagi, a może raczej nie chciał go rozpoznać.

Wszytko dzięki ZUS

Krauzego starają się unikać nie tylko byli biznesowi wspólnicy - odwrócili się od niego także politycy, którym w dużej mierze zawdzięcza swój sukces.

Pierwszą pracę po studiach na Politechnice Gdańskiej Krauze dostał w 1984 roku w Centrali Handlu Zagranicznego Polservice. Dzięki temu - jeszcze przed trzydziestką - wyjechał do Niemiec, gdzie pracował w firmie zajmującej się handlem wyrobami skórzanymi. Jak sam opowiadał, był tam zatrudniony w pionie komputerowym i dzięki temu dobrze poznał tą branżę. Wrócił w 1987 roku z 35 tysięcy dolarów, które zainwestował w niewielką firmę informatyczną Prokom, należącą wówczas do gdyńskiego naukowca Ryszarda Kajkowskiego. Krauze po kilku latach przejął przedsiębiorstwo. Kajkowski przyznał po latach, że z układów interesowały go jedynie te scalone, a jego ówczesny biznesowy partner świetnie czuł się za to w różnorakich układach towarzyskich.

To właśnie dzięki znajomościom Krauzego Prokom zaczął zawierać kontrakty z przedsiębiorstwami państwowymi jeszcze jako mała spółka bez doświadczenia. Pierwszym poważnym zamówieniem publicznym Prokomu była obsługa wyborów parlamentarnych w 1991 roku. Potem posypały się kolejne zlecenia: następne wybory, kontrakt z Ruchem i z TP SA. Prokom informatyzował też największe polskie spółki i instytucje, w tym MON, MEN, NIK, KGHM i Pocztę Polską.

Najważniejszy był jednak kontrakt na budowę systemu informatycznego ZUS, który miał umożliwić wprowadzenie reformy emerytalnej z 1999 roku. Anna Bańkowska, prezes ZUS z nadania SLD-owskiego, podpisała wartą 700 mln umowę z Prokomem tuż po przegranych przez lewicę wyborach. Reforma emerytalna była wtedy tylko jednym z haseł zwycięskiej Akcji Wyborczej Solidarność, więc potem umowę trzeba było właściwie sporządzić na nowo, bo liczba poprawek do założeń reformy emerytalnej szła w setki.

Najważniejsze są dobre układy

Po przetargu na informatyzację ZUS przeciwnicy Krauzego głośno zaczęli mówić, że gdyńska spółka jest faworyzowana przez władze. Szef dużej firmy informatycznej opowiadał wtedy dziennikarzom, w jaki sposób Prokom rzekomo wygrywał te przetargi: jeżeli stawała do nich jakaś firma, która miała szanse pokonać spółkę Krauzego, zaraz zjawiała się u niej kontrola skarbowa. "Początkowo łudziłem się, że to zbieg okoliczności. Przestałem po czwartym razie" - tłumaczy "Newsweekowi" szef dużej firmy informatycznej.

Jednak Krauze podpisywał kolejne kontrakty, dbał bowiem o to, by mieć dobre kontakty z rządzącymi - i żeby nie kojarzono go z jedną opcją polityczną. Kupił i podarował krakowskiej kurii dom rodzinny Karola Wojtyły w Wadowicach, a część gruntu w Wilanowie, który okazyjnie kupił od SGGW, przekazał pod budowę Świątyni Opatrzności. Jednocześnie wspomógł dotacją budowę Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie.

Najbardziej jednak Krauze troszczył się o dobre układy z politykami. Z jednej strony bywał z Aleksandrem Kwaśniewskim na turniejach tenisowych sponsorowanych przez Prokom, ale miał też świetne stosunki z Lechem Kaczyńskim, który w latach 90. pisał mu ekspertyzy prawne. Kiedy Samoobrona zaczęła zyskiwać w sondażach, Krauze zaangażował się w akcje charytatywne chłopskich działaczy, nie tracąc przy tym świetnych układów z pomorską Platformą.

Krauze chętnie także zatrudniał w swoich spółkach byłych polityków - pracowali u niego Wiesław Walendziak, Waldemar Dąbrowski, Krzysztof Pusz czy Marek Król. Otaczał się również ludźmi ze służb, współpracował z nim między innymi Sławomir Petelicki.

Ropa w Kazachstanie jak Święty Graal

A miał gdzie ich zatrudniać, bo imperium Prokomu się rozrastało i powstawały kolejne spółki. Wiele wskazywało na to, że globalną firmą biotechnologiczną stanie się Bioton, producent polskiej insuliny. Krauze chwalił się też Polnordem, dużym graczem na rynku nieruchomości.

Wtedy jednak u Krauzego zjawił się inżynier Stefan Geroń, weteran poszukiwań surowców energetycznych ze swoją ofertą "wielkiej ropy" w Kazachstanie. Był już wcześniej u niemal wszystkich wielkich graczy - w PGiNG, Orlenie, Lotosie, a nawet u Aleksandra Gudzowatego - ale wszyscy mu odmawiali. Krauze jednak zdecydował zaangażować się w projekt - podobno w 2006 i 2007 roku w biurach Prokomu mówiło się tylko o ropie. 

Gdyński biznesmen, który trzymał się do tej pory z dala od tego biznesu, tłumacząc, że rządzą w nim interesy tajnych służb, państw i wielkich koncernów, w firmę wydobywczą Petrolinvest zainwestował podobno około miliarda złotych.

Krauze ostrzega Leppera

Decyzja o wejściu z kazachską ropę zbiegła się w czasie z aferą gruntową. Wybuchła w 2007 roku, kilka miesięcy po giełdowym debiucie Petrolinvestu. Była wprawdzie wymierzona w wicepremiera Andrzeja Leppera, zmiotła jednak przy okazji Krauzego. Oligarcha miał się dowiedzieć o planowanej prowokacji CBA od ówczesnego ministra MSWiA Janusza Kaczmarka, który poinformował go o akcji podczas wieczornej wizyty na 40 piętrze hotelu Marriott.

Film ze spotkania prokuratura wyemitowała na słynnej konferencji prasowej, a Krauze podczas nadchodzącej kampanii wyborczej stał się bohaterem negatywnym zarówno PO, jak i PiS, jako reprezentant zbyt bliskich związków biznesu z polityką. Prokuratura nic Krauzemu wprawdzie nie udowodniła (śledztwo umorzono po dwóch latach), jednak biznesmen już się po aferze gruntowej nie podniósł.

Krauze giełdowym spekulantem

Kiedy bowiem ruszyła polityczna nagonka, akcje jego notowanych na GPW spółek - które zarabiały głownie na państwowych kontraktach - zaczęły błyskawicznie tanieć, nawet 20 proc. w ciągu jednego dnia. W 2008 roku Asseco Poland przejęło pakiet kontrolny akcji Prokomu za 580 mln, czyli o 120 mln zł mniej, niż zakładała wcześniejsza umowa.

Krauze zaczął mieć problemy ze spłatą kredytów, które zaciągnął na niezwykle kosztowne wiercenia w Kazachstanie. Biznesmen zaczął dokonywać coraz więcej ryzykownych operacji na giełdzie, emitował kolejne akcje, często spółek zarejestrowanych w rajach podatkowych. Banki zaczęły żądać dodatkowych zastawów, których Krauze nie miał.

Gdyński biznesmen liczył jeszcze, że wszystko ucichnie, gdy do władzy dojdzie PO, jednak Donald Tusk zdecydowanie odciął się od dawnego znajomego. Kiedy Krauze się o tym dowiedział, podobno rzucił o podłogę albumem "Był sobie Gdańsk" z dedykacją "Mojemu przyjacielowi Donald Tusk", który wcześniej zawsze trzymał w swoim gabinecie na eksponowanym miejscu.

Z Marriotta do Miasteczka Wilanów

Od tamtego czasu sytuacja Krauzego jest coraz gorsza. Wartość Petrolinvestu spadła do 140 mln zł, a ropa w Kazachstanie ciągle nie trysnęła. Media donoszą, że biznesmen próbuje wprawdzie zdobyć pieniądze na spłatę kredytów i na kolejne poszukiwania gdzie tylko może, jednak już wszyscy wiedzą, że jest zadłużony, a majątek, który posiada, nawet w połowie nie pokrywa jego zobowiązań finansowych.

Duży Rycho - jak go kiedyś nazywano - wyprzedaje się więc, jak tylko może. Ostatnio pozbył się dużych pakietów akcji Petrolinvestu i Biotonu. Sprzedaje też prywatny majątek i nie chodzi tylko o wspomnianego już grilla ogrodowego. Poświęcił między innymi samolot i kolekcje obrazów, żeby tylko dalej wiercić. 

Biura przeniósł z Mariotta do tańszych lokalizacji, prawie nie pokazuje się już publicznie, chyba, że na meczu ulubionej drużyny koszykówki. Wokół niego robi się coraz bardzie pusto - odchodzą ochroniarze, menedżerowie, ostatnio z dnia na dzień Krauze pozbył się swoich najbliższych asystentek. Jednak, jak tłumaczy "Wprost" były urzędnik państwowy, Krauze na pewno ma coś odłożone na czarną godzinę: "Jeśli myślicie, że on zamieszka w wynajmowanym M2 w bloku w z wielkiej płyty, to się mylicie. Z pewnego poziomu nie upada się na bruk."

Ale w polskim biznesie jest już chyba stracony. Stał się swoistym punktem odniesienia, przestrogą, czego nie robić i jak firmy nie prowadzić.