Zarobki trenerów piłkarskich nie budzą wprawdzie takich emocji jak stan kont ich zawodników, jednak media chętnie porównują, ile kolejni trenerzy otrzymują za prowadzenie kadry - zwłaszcza, jeżeli polskiej reprezentacji na boisku idzie kiepsko.

Już w latach 90. rozpisywano się o tym, ile na trenowaniu drużyny narodowej w 1994 i 1995 roku zarabiał Henryk Apostel. Jak dowiedział się "Super Express", za jeden punkt zdobyty przez polską reprezentację w eliminacjach do Mistrzostw Europy lub Mistrzostw Świata selekcjoner dostawał 62 tys. zł  Apostel zgromadził w sumie 13 punktów, do których trzeba doliczyć 35. tys zł miesięcznej pensji.

Co ciekawe, zarobki selekcjonerów nie rosły z biegiem lat - ich wysokość zależała raczej od pozycji danego trenera i jego zdolności negocjacyjnych. Antoni Piechniczek, który trenował kadrę od 1996 do 1997 roku, zdołał więc wywalczyć zaledwie 32,5 tys. zł za punkt, a zebrał ich 10. Do tego dochodziło w jego wypadku 25 tys. zł pensji.

To i tak nieźle. Paweł Janas dostał od PZPN tylko 25 tys. zł pensji i tyle samo za jeden punkt, ale ponieważ zdobył ich aż 34, prowadzenie kadry i tak mu się prawdopodobnie opłaciło. Wyrobił sobie tym samym zresztą opinię doświadczonego szkoleniowca, a o jego wysokich gażach zaczęły krążyć legendy. Wiadomo tylko, że z kasy łódzkiego Widzewa w latach 2009-2010 inkasował około 50 tysięcy złotych miesięcznie, a gdy przeszedł do Polonii Warszawa zarabiał już 100 tysięcy złotych. W 2011 roku dziennik "Fakt" napisał nawet, że poszukujący wtedy pracy Janas wycenia swoje usługi na 80 tysięcy złotych, szkoleniowiec zgodził się jednak w końcu pracować w GKS Bełchatów za "zaledwie" 35 tysięcy złotych.

"Kasa, misiu, kasa!"

Wyjątkową skutecznością, jeżeli chodzi o negocjacje z PZPN, wykazał się za to Janusz Wójcik, który przez dwa lata (1997-1999 rok) trenował naszą kadrę i przygotowywał ją do Euro 2000. Niebezpodstawnie sławę zyskało jego powiedzenie: "Kasa, misiu, kasa!", a do legendy przeszły jego kłótnie o pieniądze zarówno gdy pracował zarówno jako selekcjoner, jak i trener ligowy.

Wójcik dostał więc od Związku aż 103 tys. zł za punkt - a zdobył ich 13 - i do tego otrzymał 50 tys. zł pensji miesięcznie. Kilka lat wcześniej udało mu się ugrać podobną sumę od prezesa Janusza Romanowskiego - za trenowanie legionistów otrzymał 10 tys. dol. za miesiąc.

Trener z zagranicy

Wysokie zarobki trenerów nie przekładały się jednak na wyniki sportowe naszej kadry, dlatego PZPN zdecydował się na wypróbowany już w innych reprezentacjach krok i zatrudnił zagranicznego trenera.

To właśnie Leo Beenhakker przyćmił zarobkami innych trenerów w Polsce. Już przy podpisaniu kontraktu w lipcu 2006 roku z Polskim Związkiem Piłki Nożnej prezes Michał Listkiewicz zaoferował Holendrowi 100 tys. euro. Do tego dochodziło 680 tys. euro z tytułu pensji od lipca 2006 do listopada 2007 roku oraz 300 tys. euro z wypłat od grudnia 2007 do czerwca 2008 roku. I to nie wszystko. Za awans do finałów EURO 2008 Beenhakker dostał 600 tys. euro premii, a 20 tys. euro jako nagrodę za start w EURO 2008. A po mistrzostwach 1,2 mln euro, czyli zsumowane, rosnące pensje od lipca 2008 do listopada 2009. Do tego doszedł jeszcze dodatek mieszkaniowy w wysokości 2 tys. euro miesięcznie.

W sumie holenderski trener zarobił u nas prawie 3 mln euro, nie licząc wpływów za udział w kampaniach reklamowych. Co więcej, Beenhakker mógł dostać jeszcze więcej, bowiem za awans do Mistrzostw Świata 2010 miał obiecane prawie 800 tys. euro premii i przedłużenie kontaktu aż do mundialu plus wzrost miesięcznego wynagrodzenia do 85 tys. euro.

Smuda i Fornalik w tyle za Beenhakkerem

Beenhakker wysoko podniósł poprzeczkę, jeżeli chodzi o wysokość wynagrodzenia selekcjonera polskiej kadry. Franciszek Smuda, który trenował biało-czerwonych w latach 2009-20011 nie dorównał wprawdzie zarobkami Holendrowi, ale zdołał wywalczyć od PZPN aż 45 tys. euro miesięcznie (niemal 190 tys. zł). Skutecznie uzupełnił tą sumę dzięki reklamom - sieć Biedronka zapłaciła mu za promocje jej produktów około 1,5 mln zł.

O wynagrodzeniu kolejnego trenera kadry Waldemara Fornalika poinformował na swoim blogu paradoksalnie Janusz Wójcik. "To niesłychane, jak wysoką pensję dostał od poprzednich władz PZPN Waldemar Fornalik. Selekcjoner zagwarantował sobie zarobki w wysokości 130 tysięcy złotych miesięcznie" - zdradził rok temu Wójcik. "Takiej kasy jak ma Fornalik w Polsce to ja nie miałem nawet w Zjednoczonych Emiratach Arabskich" - dodał następnie i zapewnił przy okazji, że sam chętnie ponownie zostanie selekcjonerem.

W tym roku pojawiły się nowe informacje o zarobkach Fornalika - podobno za trenowanie kadry dostał nawet więcej niż pisał Wójcik, bo aż 160 tys. złotych miesięcznie. Jak wyliczono za każde "oczko" spośród trzynastu wywalczonych w eliminacjach do brazylijskiego mundialu Fornalik dostał po 222 tysiące złotych - w sumie blisko 3 miliony złotych, dokładnie 2 880 000 złotych.

Sam Fornalik nie rozumie szumu wokół ujawnionych sum. "Czy ja robię coś złego albo coś, czego musiałbym się wstydzić, żeby nie pobierać za świadczoną pracę odpowiednich apanaży? Przecież w drużynie, którą prowadzę, a zatem i zarządzam nią występują piłkarze, którzy zarabiają po kilkaset tysięcy euro, czyli naprawdę wielkie pieniądze." - tłumaczył "Piłce Nożnej" niezadowolony z nagłośnienia sprawy selekcjoner.

Sukcesów brak

Jednak dyskusji o pieniądzach trenerów nie byłoby prawdopodobnie, gdyby Polska drużyna odnosiła jakiekolwiek sukcesy, a tych pod wodzą Fornalika brak. I nie byłoby też tłumaczeń szefa PZPN Zbigniewa Bońka, który zadeklarował już, że gdyby miał kandydata dającego pewność awansu do mundialu, to wyrzuciłby Fornalika z dnia na dzień nie troszcząc się o odszkodowanie i koszty potrzebne na zatrudnienie nowego trenera.

Za awans Związek otrzymałby bowiem od FIFA około 7 milionów euro - byłoby więc z czego płacić nowemu selekcjonerowi.