W tym tygodniu media społecznościowe obiegło zdjęcie kartki wywieszonej w jednym ze szpitali, informującej, że z powodu braku personelu nocna pomoc lekarska (NPL) jest nieczynna. Dyrektor wyjaśnił DGP, że lekarz nie przyjechał, ponieważ zatrzymały go nagłe sprawy rodzinne. Niestety, nie miał go kto zastąpić.

– Problemy kadrowe są wszędzie i mają niespotykaną dotychczas skalę. Placówki powiatowe robią bokami. Jak daję ogłoszenie bez kwoty wynagrodzenia, to nikt nawet nie dzwoni, by zapytać, ile płacimy – mówi Wojciech Glinka, dyrektor szpitala w Kętrzynie. I dodaje, że w okolicy dotyczy to również Bartoszyc, Mrągowa, Piszu. – Wystarczy, by jeden anestezjolog miał wypadek i cała placówka jest unieruchomiona – przekonuje.

Sytuacji nie poprawi zwiększenie liczby miejsc na studiach lekarskich, bo brakuje medyków określonych specjalności. Najczęściej tych, na których pozostają nieobsadzone miejsca rezydenckie: internistów, chirurgów czy właśnie anestezjologów. W tej chwili zawieszone są np. oddziały internistyczny w Strzelinie, chirurgii dziecięcej we Włocławku, ale też ginekologiczno-położnicze w Prudniku i Kluczborku.

– Sami nie znajdziemy rozwiązania, musi zareagować państwo – uważa Waldemar Malinowski, prezes Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych.

Dyrektorzy szpitali coraz częściej mówią o potrzebie zreformowania systemu kształcenia rezydentów – tak, by przyciągnąć ich na prowincję. Pierwszym krokiem może być projekt ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty, w którym resort proponuje, by pół roku specjalizacji robić w szpitalu powiatowym.

Problem nie dotyczy jednak tylko lecznic powiatowych. Pod koniec maja dramatyczny apel wystosowała prof. Alicja Chybicka, która kieruje wrocławską kliniką Przylądek Nadziei, gdzie leczy dzieci chore na raka. „Brakuje pielęgniarek i stoimy przed zagrożeniem zamknięcia jednego z oddziałów” – alarmowała. Grafik na czerwiec udało się ułożyć. Ale groźba zawieszenia działalności placówki wciąż nad nią wisi.

>>> Czytaj też: Koszt demencji osiągnie 2 bln dol. do 2030 r. Może ją wykryć badanie krwi

Młodzi lekarze trafią również na prowincję

Uczący się medycy nie chcą się szkolić w szpitalach powiatowych. Tym zaś brakuje rąk do pracy. Ma to zmienić projekt ustawy resortu zdrowia.

Interna w Strzelnie, chirurgia dziecięca we Włocławku, ginekologia i neonatologia w Prudniku i Kluczborku – to tylko niektóre przykłady oddziałów, które zawiesiły działalność w związku z brakiem medyków. Przed tym, że prędzej czy później dojdzie do zamykania oddziałów, dyrektorzy mniejszych szpitali ostrzegają od co najmniej kilku miesięcy. Teraz ten czarny scenariusz zaczyna się realizować.

Kłopoty nie tylko w wakacje

W sezonie letnim problem narasta, bo często już nieobecność jednej osoby uniemożliwia spięcie grafików. Do wojewody kujawsko-pomorskiego wpłynął w ostatnim czasie wniosek od placówki w Mogilnie o czasowe zaprzestanie działalności oddziału chorób wewnętrznych (filia w Strzelnie) – od 20 czerwca do 7 lipca. Powód podano wprost – urlopy lekarzy i pielęgniarek. Są jednak placówki, które muszą zrobić przerwę na dłużej i w tym czasie intensywnie – choć często bezskutecznie – szukają lekarzy.

Do przychodni albo kliniki

– Problemy dotyczą głównie oddziałów internistycznych i ginekologiczno-położniczych, przede wszystkim ze względu na brak neonatologów. Jednak jeżeli oddział ginekologiczno-położniczy zawiesi działalność, to lecznica może dalej funkcjonować, bez internistów – nie da się. Bo są potrzebni na oddziale chorób wewnętrznych, na SOR i izbie przyjęć – wylicza Waldemar Malinowski, prezes Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych (OZPSP).

Szpital w Kluczborku na swojej stronie informuje, że od kilku miesięcy szuka pediatry lub neonatologa, jednak lekarze nie chcą podjąć pracy w oddziale szpitalnym, wolą przyjmować pacjentów w przychodniach. Widać to także po najbardziej obleganych specjalizacjach – najwięcej chętnych jest na te, po których pracuje się w poradniach.

Wojciech Glinka, dyrektor szpitala w Kętrzynie, zwraca też uwagę, że młodzi lekarze chcą specjalizować się w dużych, wielkomiejskich klinikach. – W szpitalu w Olsztynie rezydentów jest 21, w placówce takiej jak w Kętrzynie nie ma żadnego. Teraz właściwie wszyscy idą do klinik, nie ma czegoś takiego jak praca w terenie, która pozwoliłaby poznać medycynę w takim powiatowym wymiarze – podkreśla.

Waldemar Malinowski ocenia, że zachęty finansowe już nie wystarczają, potrzebne są zmiany systemowe. – Być może musimy wrócić do starego systemu specjalizacji, kiedy były cztery podstawowe, a potem podspecjalizacje. Dziś lekarze, którzy robią specjalizacje zachowawcze, mają moduł interny przez trzy lata, najczęściej uczą się jej w klinikach. Później bardzo trudno postawić takiego specjalistę na dyżurze, żeby diagnozował zawał czy bóle brzucha – mówi szef OZPSP.

Specjalizacja w regionie

Postulaty dyrektorów częściowo spełnić ma nowelizacja ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty, której projekt jest w konsultacjach. Zapisano w nim, że moduł z interny, pediatrii lub chirurgii ogólnej będzie trzeba robić przez pół roku w szpitalu I stopnia zabezpieczenia – najczęściej to placówki powiatowe lub miejskie. Minister zdrowia Łukasz Szumowski przekonuje, że dzięki temu rezydenci wyjdą poza macierzystą klinikę. – To jest konieczne, bo ile operacji wyrostka może zobaczyć lekarz robiący specjalizację w klinice onkologii, a ile w szpitalu powiatowym? – pyta retorycznie.

Pomysł nie jest niczym wyjątkowym – system odbywania części specjalizacji w mniejszych ośrodkach czy obowiązkowej pracy na prowincji przez jakiś czas obowiązuje m.in. w Skandynawii, Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych. W modelu brytyjskim szkolący się lekarze są w każdym szpitalu. Po pierwszych dwóch latach, kiedy to uczą się w miarę ogólnych podstaw, stają się jakby starszymi rezydentami i kierowani są do wszystkich typów lecznic. Czy w Polsce rezydenci powinni być w każdym szpitalu? – Współpraca w tym zakresie placówek powiatowych z lecznicami wyższego stopnia wydaje się niezbędna – przekonuje Jarosław Federowski, prezes Polskiej Federacji Szpitali i wykładowca akademicki. 

opinia

Wsłuchać się w głos samorządów

Roman Kolek, wicemarszałek województwa opolskiego

Trzeba wziąć pod uwagę specyfikę pracy w szpitalach – lekarze dyżurują całodobowo, co wiąże się z dużym obciążeniem i odpowiedzialnością – znacznie większą niż w przychodni. Weźmy chociażby sytuację, gdy przychodzi pacjent skierowany do szpitala, a tam – ze względu na ograniczoną liczbę miejsc – nie można go przyjąć, trzeba odesłać i lekarz musi wziąć na siebie związane z tym ryzyko. Dlatego też specjaliści nie chcą dyżurować, coraz częściej zwalniają się ze szpitali i przychodzą do opieki ambulatoryjnej. To praca zupełnie innej kategorii. Rozwiązaniem, w mojej ocenie, jest tworzenie kompleksów szpitalnych połączonych z opieką ambulatoryjną, na które byłyby przeznaczane większe pieniądze. Wówczas poradnia przyszpitalna brałaby większą odpowiedzialność za pacjentów, a lekarz, który pracuje w szpitalu, pracowałby także w opiece ambulatoryjnej, u tego samego pracodawcy. Taki system byłoby o wiele łatwiej zorganizować niż ten, z którym mamy obecnie do czynienia. Dlatego apelujemy, by wsłuchać się w głos samorządów, a nie tylko zrzucać na nas coraz większą odpowiedzialność.

>>> Czytaj też: Młody na wsi w cenie. Lekarze rodzinni mogą liczyć na większe pieniądze