Podobno „numer na Oczki” nie jest już tak popularny w Lublinie jak jeszcze kilka lat temu. Ale nadal zdarzają się sprytni taksówkarze, którzy gdy „świeżak” z zagranicy prosi o kurs do akademików na ul. Chodźki, wiozą go na ul. Oczki – adres wymawiany jest w łamanej polszczyźnie, więc można się pomylić. A że Oczki to drugi koniec miasta, to potem kasują jeszcze za odwiezienie już we właściwe miejsce. Jednak dziś znacznie częściej można spotkać taksówkarzy, którzy pilnują rozkładów jazdy pociągów oraz kursów lotów i całymi grupami podjeżdżają na dworzec oraz lotnisko, gdy przybywa kolejna grupa studentów z zagranicy.

A jeszcze powszechniejsi są lubelscy biznesmeni, którzy w knajpach dbają o to, by było w nich polsko-angielskie menu, którzy prowadzą agencje wynajmu oraz sprzedaży mieszkań po angielsku, i tacy, którzy wymagają, by obsługa umiała mówić nie tylko po angielsku, lecz także po rosyjsku czy ukraińsku.

Przełom września i października – zazwyczaj martwy czas, bo już po sezonie turystycznym – jest w Lublinie tak naprawdę najgorętszym momentem w całym roku. Miasto budzi się z letargu i czeka na cudzoziemskich studentów z aż 53 państw świata i ich pieniądze. Ale czy budzi się także po to, by stać się miejscem naprawdę wielokulturowym?

Kebaby nie dla Turków

1250 studentów z zagranicy na Uniwersytecie Marii Skłodowskiej-Curie, ponad 800 na Politechnice Lubelskiej, 1225 na Uniwersytecie Medycznym, kilkuset na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, kolejni na Uniwersytecie Przyrodniczym i wcale nie mało na uczelniach prywatnych, choćby w Wyższej Szkole Społeczno-Przyrodniczej im. Wincentego Pola. Naukę w nowym roku akademickim zaczęła w Lublinie rekordowa liczba studentów z zagranicy.

– Szacujemy, że łącznie przybędzie ich nawet 6 tys., w ubiegłym roku było 4,5 tys. To już wtedy stanowiło 1/10 wszystkich cudzoziemskich studentów w Polsce, a teraz będzie bliżej 12–13 proc. – mówi Mariusz Sagan, dyrektor wydziału strategii i obsługi inwestorów w urzędzie miasta. – Więcej zagranicznych studentów ma tylko Warszawa, ale to miasto kilka razy większe od Lublina. My zaś mamy najwyższy stosunek studentów z zagranicy wśród ogółu studiujących. Jesteśmy pod tym względem ewenementem. Ale to nie jest tylko kwestia uczelni, to zmienia całe miasto – dodaje.

Rzeczywiście zmienia. Tuż przed rozpoczęciem roku akademickiego niemal w każdej kawiarni siedzą dziewczyny w hidżabach lub pewni siebie Amerykanie. Grupkami chodzą młode studentki z Tajwanu, w centrach handlowych Turcy zagadują ekspedientki, w siłowni ćwiczą obok siebie Hindus i Arab. Mniej w oczy rzucają się oczywiście Białorusini i Ukraińcy, choć ci drudzy to aż połowa wszystkich zagranicznych studentów w tym mieście. Za to gdy wpadnie się na kampus UMCS, to polski powszechnie przeplata się z ukraińskim.

Po egzaminie z języka polskiego w Centrum Języka i Kultury Polskiej na UMCS siedzi 250 pierwszoroczniaków zza wschodniej granicy. Bohdan Skromnyi z punktu obsługi studentów zagranicznych odczytuje nazwiska wybranych i ostro wypytuje o to, dlaczego nie chodzili na obowiązkowe lekcje języka polskiego: – 12 godzin nieobecnych, na badaniach lekarskich byłaś? Na Ukrainie? W Polsce się badania robi w 45 minut. 55 nieobecności? Nie ma go na sali? Może i dobrze! 30 godzin? Chory byłeś? A masz zwolnienie?

Choć sam Skromnyi jest jeszcze (niedługo broni pracy magisterskiej) studentem ekonomii na UMCS, to dla młodszych kolegów jest bardzo surowy. – Jak się nie nauczą polskiego, nie dadzą sobie rady. W tym roku uczelnia zorganizowała im bezpłatny kurs, a potem jeszcze fakultety, a im się chodzić nie chce. To po co tu przyjechali? Po co za naukę płacą ciężkie pieniądze? – mówi. I tłumaczy, że uczyliby się jeszcze szybciej języka, gdyby lepiej integrowali się z Polakami, szczególnie gdyby razem z nimi mieszkali w akademikach. – Ale z tym jest problem, bo i oni wolą we własnym gronie, i polscy studenci niespecjalnie chętnie mieszkają z Ukraińcami. Gdy trafiają do takiego pokoju, to chodzą, skarżą się, piszą wnioski. W efekcie są całe akademiki lub przynajmniej piętra ukraińskie – opowiada.

Sam też na początku trzymał się tylko z Ukraińcami, a do Lublina przyjechał tylko dlatego, że tu zaczęła studiować jego dziewczyna. Związek szybko się rozpadł, ale Bohdan został i skupił się na studiach. Dziś pracuje na uczelni i robi za starszego brata dla kolejnych setek Ukraińców i Białorusinów. Bardzo przydaje im się ktoś taki. Bo „świeżacy” mają po 16–17 lat – tam liceum kończy się wcześniej niż u nas – i choć w większej części znają trochę polski, to i tak między sobą mówią po ukraińsku czy białorusku i nie bardzo mają ochotę wejść mocniej w życie studenckie poza akademikiem. – Jestem w Lublinie od września, ale jeszcze nie zwiedziłam miasta, siedziałam głównie w akademiku, bo miałam dużo nauki – tłumaczy Anja, studentka pierwszego roku. – Ale jak się będzie już miało więcej znajomych, to może zaczniemy na miasto częściej wychodzić, może jakieś koncerty będą, muzea, galerie – rozmarza się.

Władze UMCS zapewniają, że robią wiele – choć to nie jest obowiązek uczelni – by przyjezdnych studentów zachęcić do integracji. – Staramy się, by mieszkańcy akademików pochodzili z różnych stron świata, unikamy tworzenia złożonych z samych Polaków czy samych Ukraińców grup wykładowych. Co więcej, w tym roku uruchomiliśmy stosunki międzynarodowe z wykładowym angielskim, by przyciągnąwszy studentów ze Wschodu, zachęcać ich do tego, by uczyli się razem z Polakami – opowiada Marcin Gołębiowski, dyrektor biura promocji UMCS. Znalazł dla mnie trochę czasu, choć jest mocno zajęty. Właśnie przygotowuje się do wyjazdu do Odessy, podczas którego będzie starał się pozyskać nowych studentów.

Podobnie o zagranicznych studentów dba Politechnika Lubelska: w tym roku będzie kształcić ponad pół tysiąca osób ze Wschodu, a do tego jeszcze 300 w ramach programu Erasmus (unijny program wymiany studentów). Na teren tej uczelni wchodzi się od ul. Nadburzańskiej, którą teraz nazywa się Kebabową. Bo jeden obok drugiego wyrastają tu kolejne bary z kebabami.

– To dla waszych studentów z Turcji?

– Nie, jeszcze zanim zaczęliśmy ich sprowadzać, kebabowni było tu prawdziwe zatrzęsienie – śmieje się Marcin Żuk z biura wymiany międzynarodowej PL. – Ale nasi zagraniczni studenci mocno zmienili okolicę. Odkąd jest ich coraz więcej, to i więcej jest infrastruktury dla młodych: siłowni, pubów, kawiarni.

„Ich zagraniczni” to też w większości studenci ze Wschodu. – Razem z Polakami mieszkają w akademikach, grillują, bawią się, na juwenalia ściągnęliśmy dla nich znany ukraiński zespół. Wiadomo, na początku jest im trudno, ale myślę, że szybko wciągają się w nasze życie studenckie – zapewnia inżynier Wiesław Sikora, kanclerz PL.

Zupełnie inaczej jest o kilka przystanków linii trolejbusowej 26 dalej, na stacji Chodźki.

>>> Czytaj też: Ile pieniędzy w Polsce dostanie uchodźca z Syrii

Miasteczko Chodźki

Witold Chodźko, dziś trochę zapomniany, na początku XX w. był sławny. Kładł podwaliny pod psychiatrię kliniczną, szefował Ministerstwu Zdrowia, działał w komitetach zajmujących się zdrowiem w Lidze Narodów i nie mniej aktywnie w loży masońskiej. Podobno z tego ostatniego powodu środowisko lekarskie blokowało jego kandydaturę do Nagrody Nobla. Za to po latach dostał ulicę w Lublinie. Ulicę, przy której funkcjonuje kampus Uniwersytetu Medycznego, i to tak funkcjonuje, że cała okolica zyskała miano Chodźki. Trudno o lepszego patrona dzielnicy, która dziś staje się symbolem kosmopolitycznego Lublina.

Alfa, Delta i Omega – tak nazywają się tutejsze akademiki. Wszystkie w pudełkowym stylu z lat 80. Owszem, odmalowane, lecz nie da się ukryć, że nie są to apartamentowce. W trochę lepszych blokach z lat 90. tuż obok wiszą więc wielkie ogłoszenia „Apartments FOR RENT”. A jeszcze lepsze miejsca do mieszkania zapewniają liczne anglojęzyczne agencje nieruchomości. Obok akademików i stancji, ledwie kilka minut drogi na piechotę, mieszczą się główny gmach Uniwersytetu Medycznego, Uniwersytecki Szpital Dziecięcy i wszelkie możliwe poradnie lekarskie.

Po tym, jak widziałam w centrum miasta ślicznie i drogo ubrane studentki w hidżabach uczące się w kawiarni, wyobrażałam sobie miasteczko akademickie jako bliższe amerykańskim czy brytyjskim kampusom. W końcu studenci z USA, Arabii Saudyjskiej, Skandynawii czy nawet ci ze Wschodu, by opłacić naukę na akademii medycznej nawet w Polsce, muszą mieć zasobne portfele. A więc pewnie chcą mieszkać w stanowczo niestudenckich warunkach. A tu zadbane, ale jednak bez luksusów klasyczne domy studenckie. – Tak, przyjeżdżają do nas dzieci z zamożnych rodzin albo młodzi ludzie, którzy by opłacić studia, musieli wziąć spore kredyty studenckie – zapewnia prof. dr hab. Wojciech Załuska, prodziekan Wydziału Lekarskiego. – Tym zamożniejszym rodzice kupują mieszkania w Lublinie. Ale nie wszyscy inwestują aż tyle, większość wybiera życie na kampusie. Mają tu wszystko: uczelnie, praktyki w szpitalu, sklepy, trochę knajp, ośrodek sportowy. Jest bezpiecznie, mogą w ogóle z Chodźków nie wybywać, tak im to zorganizowaliśmy – dodaje.

To, co prof. Załuskiego tak zachwyca, dla urzędników w Lublinie i ekspertów od cudzoziemców nie jest już powodem do zadowolenia. – Oni mogą całe sześć lat studiów spędzić tylko na Chodźki, w ogóle nie interesując się resztą miasta. Są, a jakby ich nie było – zauważa Marta Sienkiewicz ze stowarzyszenia Homo Faber, która od siedmiu lat zajmuje się integracją cudzoziemców w tym mieście.

I tak się rzeczywiście dzieje. Uczelnia w końcu nie ukrywa, że jej nie zależy na tym, by studenci stawali się częścią miasta, tylko by pilnie się uczyli, kończyli studia. Oraz płacili. Praktycznie nie zdarza się, by ci studenci zostawali w Polsce. – To pojedyncze przypadki. Zazwyczaj gdy pojawia się miłość – opowiada Załuski. Sam szykuje ślub córki ze swoim studentem ze Stanów, ale zapewnia, że to wcale nie są powszechne sytuacje. – W innych wypadkach nasi studenci w ogóle nie myślą o zostaniu w Polsce. Oni mają jasno sprecyzowane umowy kredytowe. Uczą się u nas, kończą studia, ale już rezydentury robią np. u siebie, bo na tej podstawie następuje spłacanie pożyczki – opowiada.

I to najlepiej pokazuje, że studenci z zagranicy dzielą się na dwie grupy: będących przejazdem i tych, którzy zaczynają myśleć o zostaniu. Anglojęzyczni nie czują potrzeby uczenia się polskiego, głębszego poznawania miasta, kraju. Studenci ze Wschodu o wiele częściej naukę łączą właśnie z zapuszczaniem korzeni. – Z naszych badań wynika, że ogromna część studentów z Ukrainy choć za domem tęskni, to nastawia się albo na zostanie w Polsce, najchętniej w Lublinie, albo na wyjazd za granicę – opowiada Gołębiowski z UMCS.

Ilu z nich rzeczywiście zostało, uczelnie nie wiedzą. Co prawda mają obowiązek śledzenia losów absolwentów, tyle że, jak tłumaczy kanclerz Sikora, zagraniczni studenci nie bardzo chcą mówić, co robią po studiach. – Może obawiają się problemów z urzędnikami – zastanawia się.

>>> Czytaj też: Niemcy mają dość napływu uchodźców. "Imigracja przynosi więcej szkody niż pożytku"

Oslo–Lublin–Oslo

Wszyscy jak mantrę powtarzają, że Lublin jest miastem wielokulturowym, że od wieków leży na styku Wschodu i Zachodu, a więc dzisiejszy boom studencki nie jest niczym zaskakującym. Ale też wszyscy zapytani, od czego się zaczął ten ruch, wskazują na UMLub. Uniwersytet Medyczny.

– To prawda, że zaczęło się od nas. To moja uczelnia jako pierwsza w Lublinie zauważyła, jaka siłą są zagraniczni studenci – opowiada prof. Załuska. – Zaczęło się to niemal 20 lat temu, całkowicie przypadkowo. Jedna z węgierskich uczelni nie mogła przyjąć grupy hinduskich studentów, a my zgodziliśmy się nimi zająć. To było dla nas spore wyzwanie, bo trzeba było przygotować dla nich zajęcia po angielsku. Pierwsze dziesięć lat to był taki spokojny, powolny wzrost liczby tych studentów. Kiedy jednak w 2005 r. przejąłem odpowiedzialność za wydział anglojęzyczny i gdy widać już było coraz poważniejsze problemy z pojawiającym się niżem demograficznym, postanowiłem spróbować zacząć szukać nam uczniów spoza Polski, a nawet Europy. Zaczęliśmy od głębokiej wody, czyli rynku amerykańskiego – wspomina.

Po pierwszych studentów z USA wybrali się w 2005 r. do Nowego Orleanu, tuż przed huraganem „Katrina”. Potem zespół UMLub zaczął objeżdżać kolejne stany, bo w każdym z osobna trzeba było negocjować zasady studiowania: ułożenie programu, by dyplomy mogły być nostryfikowane i, co ważne, by studenci mogli rezydentury odbywać już u siebie. Do dziś UMLub ma takie umowy ze stanami Nowy Jork, Illinois, Teksas i Kalifornia. Potem ruszyli po kolejne rynki. Od pięciu lat ściągają studentów z Arabii Saudyjskiej, Europy Zachodniej – głównie z Norwegii i Szwecji – oraz ostatnio z Azji – w większości z Tajwanu oraz Tajlandii. Azjatyckich studentów mają już wręcz nadmiar i uczelnia musi ich mocno selekcjonować. – Mamy dla nich wszystkich dużo atutów. Jesteśmy dla nich po pierwsze o wiele tańsi niż lokalne uczelnie, ale zapewniamy wysoką jakość kształcenia. Miasto jest przyjazne, dobrze skomunikowane, wygodnie zorganizowane, podobnie jak nasz cały kampus, i bardzo bezpieczne – zachwala Załuska.

W ślady medyków poszły kilka lat temu inne uczelnie. Spora w tym zasługa urzędu miasta, który uruchomił program „Study in Lublin” – zaczął namawiać uczelnie do otwarcia się na międzynarodowe rynki, a jego przedstawiciele jeździli razem z profesorami po świecie w poszukiwaniu chętnych do studiowania na wschodzie Polski. Każda uczelnia w tym czasie wypracowała własny system rekrutowania. UMCS i uczelnie prywatne korzystają z agencji rekrutacyjnych, które wyszukują chętnych. Politechnika sama wydeptała odpowiednie ścieżki. – Mieliśmy kilkadziesiąt partnerskich umów z uczelniami na Ukrainie i po prostu zaczęliśmy sprawdzać, co możemy z tym zrobić. Na początku okazało się, że niewiele, bo tam nie ma automatycznej uznawalności wykształcenia z Unii Europejskiej. Dlatego opracowaliśmy specjalny program podwójnego polsko-ukraińskiego dyplomu – tłumaczy kanclerz Sikora.

To, że studencki boom w Lublinie to zasługa UMLub, przyznają wszyscy. I właściwie wszystkie uczelnie, choć nikt się do tego nie przyzna, zazdroszczą medykom. Zazdroszczą, bo to oni zgarniają studencką śmietankę: najbogatszą i najbardziej umiędzynarodowioną. Pokazują to także badania urzędu miasta. Wiktoria Herun, która w całym Lublinie wie najwięcej o jego cudzoziemskich mieszkańcach (w końcu sama z Ukrainy przyjechała ponad dziesięć lat temu na studia, a potem została i pracuje właśnie z cudzoziemcami i dla nich w urzędzie miasta), podaje wyliczenia, z których wynika, że ci studenci miastu finansowo dają najwięcej. – Polscy studenci wydają co miesiąc ok. 550 zł na życie. Ukraińcy, Białorusini, Kazachowie już sporo więcej, bo ponad 1000 zł, ale najwięcej anglojęzyczni studenci Uniwersytetu Medycznego – u nich jest to średnio 3060 zł, a w rzeczywistości wielu z nich ma jeszcze większe budżety. Oni są naprawdę dla lokalnego biznesu darem losu – opowiada.

Takim darem, że lublińscy deweloperzy budują tyle co w o wiele większej Łodzi, że w centrach handlowych działają butiki z produktami z wyższej półki, że działa kilka korporacji taksówkarskich. I że na tamtejsze lotnisko coś zarabia. Port otwarty w 2012 r. według głośnego ubiegłorocznego tekstu Reutersa jest jednym z „lotnisk duchów”, na których pasażerów jest o wiele za mało, by mogły być rentowne. Gdyby nie studenci ze Skandynawii, byłoby znacznie gorzej, a tak specjalnie dla nich uruchomiono połączenia z Oslo i ze Sztokholmem i zwiększono ruch z Frankfurtem.

Ale największym zastrzykiem dla samych uczelni są zagraniczni studenci. Dzięki nim UMLub wyremontował akademiki, buduje kolejny i rozpoczął budowę Zintegrowanego Interdyscyplinarnego Centrum Symulacji Medycznej. Jakby tego było mało, w 2014 r. uczelnia miała 6 mln zł zysku. Także politechnika miała świetny wynik: 4,5 mln zł, co w dużej części było zasługą właśnie zagranicznych studentów (bo płacą za studia i podnoszą wyniki uczelni w ministerialnym algorytmie umiędzynarodowienia, na podstawie którego między innymi wypłacane są dotacje). Od trzech lat również KUL zamyka budżety z zyskami. Nawet UMCS, który jest w najtrudniejszej sytuacji, bo wciąż zmaga się z długami, zmniejszył je z ponad 3 mln do 1,3 mln zł.

– Ale to nie jest tak, że zyski dla nas są tylko finansowe. Nie mniej ważne jest to, że otwieramy się na inne kultury, na inne sposoby uczenia. Przecież to w nauce akademickiej jest niezwykle ważne – zapewnia kanclerz Sikora.

A meczet?

– Tylko szkoda, że tak na cudzoziemców nie otwierają się mieszkańcy miasta i że ci obcokrajowcy nie są mocniej wciągani w życie miasta, by stać się jego częścią – wzdycha Anna Dąbrowska, prezeska Fundacji Homo Faber. – Sytuacja wygląda tak, że oni często przed przyjazdem do Lublina nawet nie wiedzą, gdzie jadą, jaki u nas jest klimat, jakie panują zasady. A potem następuje zderzenie z odmienną rzeczywistością. Mieliśmy studentkę z Kalifornii, która zimą miała taką depresję, że praktycznie dzień w dzień wpadała do nas, by posiedzieć z ludźmi, z kimś po angielsku pogadać. Z drugiej strony Ukraińcy i Białorusini będący w gorszej sytuacji finansowej nie korzystają z życia kulturalnego, bo często o nim nie wiedzą, brakuje im informacji, gdzie można by taniej czy nawet bezpłatnie włączyć się w to miejskie życie – dodaje.

Dziewczyny z Homo Faber są właśnie pełne energii, bo okazało się, że po kilku miesiącach czekania ich wniosek o grant z Funduszu Azylu, Migracji i Integracji został pozytywnie rozstrzygnięty i fundacja będzie mogła przygotować kolejną edycję programu „Witamy w Lublinie” – kapownika, czyli specjalnego poradnika dla cudzoziemców, jak odnaleźć się w nowym świecie. W miarę rozmowy wskazują jednak na kolejne problemy. – Owszem, miasto korzysta finansowo na studentach, uczelnie bez nich byłyby w dużo gorszej kondycji. Ale czy dzięki temu, że mamy taki napływ młodych cudzoziemców, jakoś mocno zmienili się sami mieszkańcy? Czy jest dla tych cudzoziemców jakaś kompleksowa oferta? Śmiem wątpić – mówi Marta Sienkiewicz.

Te wątpliwości to efekt wydarzeń z ubiegłego roku akademickiego. Najpierw okazało się, że dla niektórych studentów z Ukrainy zabrakło miejsc w akademikach. Ktoś źle policzył i kilkanaście osób, które jeszcze we wrześniu miało noclegi, nagle na początku października zostało bez dachu nad głową. – Zostali skierowani do nas. Zakwaterowaliśmy ich, kilka osób zostało na cały rok – wspomina kanclerz Sikora z Politechniki Lubelskiej. I poszła fama, że Ukraińcy zajmują miejsca polskim studentom.

– W lokalnej gazecie ukazał się tekst pełen takich właśnie animozji, wypowiedzi studentów, że Ukraińcy są lepiej traktowani, że nie muszą się tyle uczyć, że wszędzie słychać ukraiński zamiast polskiego. To ewidentnie był sygnał, że dużo negatywnych emocji się uzbierało, emocji, które nie były odpowiednio rozładowywane – wspomina Anna Dąbrowska.

Kiedy po tym tekście udzieliła wywiadu lokalnej „Gazecie Wyborczej”, mówiła tak: „W pogoni za studentem i za zyskiem lubelskie uczelnie publiczne trochę się pozapominały. Niby są lekcje języka polskiego dla obcokrajowców, ale są to fikcyjne zajęcia. Środowisko, w którym mają pojawić się osoby z innego kręgu kulturowego, nie jest na to przygotowane. »Gettyzuje się« studentów z jednej grupy narodowej w jednym akademiku, to samo dzieje się na zajęciach. Nie ma też zachęt do tego, żeby włączyć ich w życie uczelni”.

Choć nie wymieniła żadnej konkretnej uczelni, najbardziej dotknięty poczuł się UMCS i wkrótce potem wypowiedział Homo Faber lokal w tzw. chatce żaka na terenie kampusu.

Ot, taki lokalny konflikt. W tym roku uczelnie już odrobiły lekcje i problemów z akademikami zarówno dla polskich, jak i zagranicznych studentów już nie ma. Właściwie żadnych innych większych problemów też nie.

Jak już, to największa awantura wokół cudzoziemców wybuchła w maju tego roku, także na UMCS. Ukraińscy studenci zorganizowali spotkanie z konsulem Wasylem Pawlukiem, na które przyszli narodowcy z Młodzieży Wszechpolskiej i Obozu Narodowo-Radykalnego. Usiedli na końcu auli i rozwiesili baner „Mordercom hańba, a nie chwała”. Po krótkiej szarpaninie z pracownikami uczelni opuścili uczelnię, specjalnej burdy nie było. Ale niesmak pozostał.

– Nie ma co ukrywać, że ostatnio atmosfera się psuje. Na fali ogólnej awantury wokół uchodźców i migrantów i u nas stało się trochę duszniej – przyznaje ze smutkiem Wiktoria Herun. – Ale żeby było jasne: nie dochodzi do żadnych ekscesów, po prostu ludzie są bardziej podejrzliwi. Jak to wygląda? Choć naprawdę ogromna większość studentów cudzoziemskich za studia płaci, i to spore pieniądze, to więcej mówi się o tym, że żerują na Polsce i polskim socjalu. Więcej jest obaw, że pracę będą Polakom odbierać, choć przecież duża ich część wcale nie planuje nawet zostać w Polsce – wzdycha Wiktoria.

– Wie pani, o co mnie dziennikarze ostatnio najczęściej pytają: czy będę moim studentom meczet budował? Meczet! Jakby to była najważniejsza sprawa dla młodych ludzi, którzy przyjechali się tu uczyć – rozkłada ręce prof. Załuski. – Ja sam pochodzę z konserwatywnej, ze szlacheckim rodowodem rodziny, lecz w życiu bym się nie skupiał na takich rzeczach. Co to ludziom teraz po głowach chodzi? – dodaje.

– Niestety zamiast iść do przodu pod względem świadomości i otwartości, awantura wokół uchodźców cofnęła ten dyskurs. Ale to nie tak, że to tylko polski czy lubelski problem – opowiada Anna Szadkowska-Ciężka, też z urzędu miasta, z referatu ds. współpracy z organizacjami pozarządowymi i partycypacji społecznej, gdzie tworzy program „antyplotkowy”. – Nasza akcja wzięła się z doświadczeń Barcelony. Tam, tak samo jak i u nas, pełno było emocji, także tych negatywnych, dotyczących cudzoziemców. No i plotek. Tak jest w całej Europie. W Irlandii mówiono, że Polacy zjadają łabędzie. Przecież to kuriozum, prawda? Ale wiadomo, że z niewiedzy biorą się głupoty – dodaje Szadkowska.

– A jakie są te lubelskie głupoty i plotki?

– Że ci zagraniczni studenci odbierają stypendia Polakom. A to nieprawda, bo zagraniczni studenci nie mają prawa pobierać stypendiów naukowych. Że nie muszą płacić podatków, że dostają nie wiadomo co z pomocy społecznej. Takie żale z ludzi się wylewają – tłumaczy. – A ci, co te plotki powtarzają, nie chcą widzieć, jak miasto rozkwitło, jak wygląda zadbana starówka, ile jest nowych kawiarni, że ludzie na świecie zaczynają w ogóle kojarzyć, gdzie jest ten Lublin – dodaje.

W kawiarni Velo w centrum miasta siedzi kilka dziewczyn w hidżabach z nosami nad anglojęzycznymi podręcznikami do farmacji. To podobno jedna z ulubionych miejscówek studentek z krajów arabskich. Zagaduję jedną z nich o to, dlaczego tak pilnie się uczy, bo przecież rok akademicki jeszcze się nie zaczął.

– Mamy kampanię wrześniową – śmieje się.

– O, znasz ten termin.

– Znam i wiem, że odnosi się do II wojny światowej. Oj, mam nadzieję, że cię nie uraziło to, że się śmiałam. Ale to chyba jest tak ironicznie używane, nie? – dziewczyna strasznie się czerwieni.

– Spoko, pewnie, że ironicznie – uspokajam ją.

– Ale to, że jacyś kolesie wołali dziś za mną „uchodźca”, też było ironicznie?

Wolę nie odpowiadać.