Duopol traci siłę, ale układ wciąż jest trwały
Polska polityka nadal obraca się wokół Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości, jednak – w ocenie Jarosława Flisa - fundament tego układu wyraźnie słabnie. Partie, które kiedyś wspólnie skupiały około 70 proc. poparcia, dziś w sondażach nie zawsze przekraczają 50 proc. To pierwszy sygnał, że scena polityczna może wejść w okres znacznie większej nieprzewidywalności.
Prof. Flis zwrócił uwagę, że pozorna ciągłość personalna przesłania skalę zmian. Donald Tusk pozostaje centralną postacią polityki, ale role pełnione dziś przez Włodzimierza Czarzastego czy Krzysztofa Bosaka jeszcze kilkanaście lat temu trudno byłoby sobie wyobrazić. Jednocześnie po obu stronach głównego sporu widać erozję: koalicja rządząca mocno osłabiła mniejszych partnerów, a PiS rozpadł się de facto na dwa ugrupowania i wciąż mierzy się z napięciami i ambicjami wewnętrznymi.
Przyszłe wybory ekspert porównuje do gry w brakujące krzesła. Na polskiej scenie jest miejsce dla pięciu, najwyżej sześciu liczących się ugrupowań, tymczasem realnych pretendentów jest więcej. Dwie lub trzy partie mogą znaleźć się pod progiem, a o większości zdecyduje nie tylko wynik największych graczy, lecz przede wszystkim los ich potencjalnych koalicjantów. To właśnie rozkład „zmarnowanych” głosów może przesądzić, kto utworzy rząd.
Konfederacja między protestem a odpowiedzialnością
Największym beneficjentem słabnięcia duopolu może być Konfederacja, lecz wejście do współrządzenia byłoby dla niej testem spójności i politycznej tożsamości. Różnice programowe - choćby w podejściu do świadczeń społecznych - są bardzo widoczne, ale prof. Flis jako poważniejsze wskazał napięcie między rolą partii protestu a udziałem w stabilnej koalicji. Ugrupowanie zbudowało siłę na obietnicy „wywrócenia stolika”; związanie się z jednym z jego filarów zasadniczo zaburza ten obraz i mogłoby zniechęcić część wyborców.
Profesor przypomniał doświadczenie kampanii z 2023 r. Gdy rywale zgodnie zaczęli przedstawiać Konfederację jako przyszłego partnera PiS, część wahających się wyborców od konfederatów odpłynęła. - Podobny mechanizm może zadziałać ponownie: partia protestu, zbyt wcześnie przypisana do konkretnego obozu, traci wiarygodność wśród tych, którzy chcą odrzucić zarówno PiS, jak i Platformę – zauważył nasz rozmówca.
Dodatkowym problemem jest (nie)trwałość organizacyjna: Konfederacja dzieliła się w obu kadencjach swojej obecności w Sejmie, a odejście Grzegorza Brauna stworzyło kolejny ośrodek buntu. Braun sam może okazać się jednak zjawiskiem ograniczonym w czasie. Flis przypomina, że poprzednie TUP – Tymczasowe Ugrupowania Protestu, czyli ruchy Palikota, Kukiza, Nowoczesnej czy Hołowni, potrafiły szybko przyciągać uwagę, ale równie szybko traciły impet. - Polityczne „tupnięcie” nie jest gongiem — jego dźwięk nie niesie się długo – zaznaczył komentator.
Dlatego powstanie kolejnej, całkowicie nowej siły przed wyborami ekspert uważa za mało prawdopodobne. Popularny lider i społeczny gniew nie wystarczą. Potrzebni są kandydaci, struktury, rozpoznawalna emocja i wiarygodna opowieść o tym, co ma nastąpić po proteście. W wyborach parlamentarnych nie da się też „sklonować” lidera i umieścić go na każdej liście. Nawet Polska 2050, przedstawiana jako nowa jakość, potrzebowała oparcia w doświadczonych strukturach PSL.
Prezydent, premier i ryzyko przewidywalności
Ważnym elementem przyszłej kampanii będzie rola prezydenta Karola Nawrockiego. Jarosław Flis podkreślił, że wygranie wyborów prezydenckich jest łatwiejsze niż sprawowanie skutecznej prezydentury. Głowa państwa, która chce stale poganiać rząd i wetować jego projekty, może szybko stać się przewidywalna. A przewidywalnego przeciwnika łatwiej politycznie ograć, podsuwając mu ustawy lub tematy, przy których odruchowy sprzeciw okaże się kosztowny. Tak było z ustawą ograniczającą ceny paliw, tak może być z projektem liberalizującym przepisy aborcyjne.
Ekspert zauważył, że po stronie opozycji brakuje dziś wyraźnego podziału na „dobrego” i „złego policjanta”. Wielu polityków próbuje zagospodarować ostrzejsze emocje, podczas gdy umiarkowany ton reprezentuje nieliczna grupa. Tymczasem jedna osoba nie może wiarygodnie grać obu ról naraz (w ocenie profesora, próbuje tego zwłaszcza Mateusz Morawiecki). Dotyczy to także prób łączenia twardej retoryki z wizerunkiem sprawnego, koncyliacyjnego menedżera.
Po stronie zwolenników strony rządzącej paradoks polega na rozdźwięku między oceną własnego poziomu życia a oceną gabinetu. Polacy mogą postrzegać swoją sytuację materialną stosunkowo dobrze, a jednocześnie być rozczarowani rządem. Dla Donalda Tuska może to oznaczać konieczność rozważenia manewru sukcesyjnego w stylu premiera Trudeau w Kanadzie: ustąpienia na rzecz nowego lidera lub liderki, zanim wyborcy zrobią to za niego.
Jarosław Flis podkreślił, że udane przekazanie przywództwa byłoby osiągnięciem trudniejszym niż samo utrzymanie władzy. – Premier Tusk, decydując się na taki gambit i doprowadzając swój obóz do zwycięstwa, mógłby wejść do grona polityków ocenianych jako mężowie stanu. Zaniechanie zmiany i późniejsza porażka sprawiłyby natomiast, że obecna kadencja nie zapisałaby się jako jego sukces – ocenił socjolog.
Najbliższe wybory nie muszą więc przynieść końca świata polityki, jaką znamy, ale mogą zakończyć jej najbardziej stabilny etap. O wyniku zdecydują progi wyborcze, zdolność partii protestu do przejścia od buntu do odpowiedzialności oraz gotowość największych ugrupowań do wymiany liderów i budowania nowych koalicji. W scenariuszu Jarosława Flisa „zwycięży niekoniecznie najsilniejszy gracz, lecz ten, który zachowa najwięcej krzeseł, gdy ucichnie muzyka”.
ZB