W ocenie Tomasza Wróblewskiego, współczesnego kryzysu Zachodu nie można sprowadzać do pojedynczych problemów: napięć międzynarodowych, skutków globalizacji, migracji czy narastających konfliktów społecznych. Zjawiska te łączy głębszy proces – osłabienie systemu wartości, na którym opierał się dotychczasowy porządek polityczny i gospodarczy.
- Każdy porządek polityczny w historii ludzkości opierał się na określonym systemie wartości. To one spajały społeczeństwa i pozwalały im funkcjonować w ramach systemu ekonomicznego i politycznego - wskazuje autor.
Liberalna demokracja miała być wspólnym fundamentem Zachodu. Jej stabilność opierała się na kilku filarach: amerykańskich gwarancjach bezpieczeństwa, rozwoju globalnego wolnego rynku oraz społecznej otwartości i tolerancji. Współdziałanie tych elementów pozwalało utrzymywać równowagę między interesami gospodarczymi, bezpieczeństwem i przemianami społecznymi.
Problem pojawił się wtedy, gdy poszczególne filary zaczęły działać wbrew oczekiwaniom części społeczeństwa. Globalizacja przyczyniła się do narastania nierówności i deindustrializacji w takich państwach jak Stany Zjednoczone, Niemcy, Francja czy Wielka Brytania. Jednocześnie rosły napięcia między zwolennikami kosmopolitycznej otwartości a ludźmi przywiązanymi do lokalnych wspólnot, tradycji i dotychczasowego stylu życia.
Wróblewski porównuje tę sytuację do „perfekcyjnej burzy”, w której kilka niekorzystnych zjawisk nakłada się na siebie, prowadząc do gwałtownego kryzysu. Jego zdaniem, właśnie z taką kumulacją problemów mamy dziś do czynienia.
Liberalizm stracił równowagę
Tomasz Wróblewski podkreśla, że sam pozostaje przywiązany do tradycji liberalnej. Wskazuje na dorobek Johna Locke’a, Adama Smitha i Johna Stuarta Milla, którego znaczenie dla rozwoju indywidualizmu, praw człowieka i wolności gospodarczych uważa za fundamentalne dla zachodniej cywilizacji.
Jego zdaniem, kryzys nie wynika jednak z tego, że społeczeństwa nagle odrzuciły liberalne wartości. Problem polega na tym, że sam liberalizm przestał odpowiadać na ich potrzeby.
- To nie ludzie zaczęli odwracać się od liberalizmu, tylko liberalizm zaczął odwracać się od ludzi. Utracił pewne normy i wartości - mówi. Jak przypomina, po II wojnie światowej próbowano budować porządek, w którym rozwój gospodarczy miał iść w parze z poprawą sytuacji mniej zamożnych grup społecznych. Otwartość i tolerancja miały uwzględniać prawa zarówno osób wierzących, jak i niewierzących, a globalizacja pozostawiać miejsce dla rodzimego przemysłu i tradycyjnego rolnictwa.
Ta równowaga zaczęła zanikać po zakończeniu zimnej wojny. Zachód uznał, że liberalna demokracja zwyciężyła w konfrontacji z komunizmem i może stanowić uniwersalny model ustrojowy. Krytyczne głosy coraz częściej traktowano jako przejaw niezrozumienia systemu, a pojawiające się problemy - jako przejściowe trudności.
Według Wróblewskiego, w ten sposób ograniczano możliwość rzeczowej dyskusji o słabościach liberalnego porządku. Osoby domagające się zmian i większego wpływu na politykę zaczęto określać mianem populistów.
Instytucje ograniczyły przestrzeń demokracji
Jednym z paradoksów liberalnej demokracji było, zdaniem rozmówcy DGP, stopniowe wzmacnianie instytucji, które miały chronić system przed autorytaryzmem, ale z czasem same ograniczały przestrzeń bezpośredniego wpływu obywateli na decyzje polityczne.
Po II wojnie światowej rozwijano instytucje krajowe i międzynarodowe, które miały stabilizować porządek, chronić prawa obywateli i zapobiegać powrotowi totalitaryzmu. Wśród nich znalazły się sądy, instytucje regulacyjne i finansowe, a także organizacje międzynarodowe, takie jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy, ONZ czy Światowa Organizacja Handlu.
W ocenie Wróblewskiego, z czasem instytucje te przejmowały coraz więcej kompetencji, a kolejne obszary polityki wyłączano z publicznej debaty. Proces ten określa się mianem depolityzacji.
Skutkiem było narastające poczucie, że zmiana rządu nie oznacza rzeczywistej zmiany kierunku polityki. Partie i przywódcy mogli się zmieniać, ale podstawowy konsensus pozostawał podobny. Obywatele coraz częściej tracili więc przekonanie, że ich głos ma znaczenie.
- Coraz więcej ludzi traciło nadzieję, że oddając głos, uczestnicząc w procesie demokratycznym i debacie politycznej, jesteśmy cokolwiek w stanie zmienić - podkreśla Wróblewski.
W tym kontekście populizm staje się nie tylko polityczną etykietą, lecz także wyrazem społecznej frustracji. Rozmówca zwraca uwagę, że określenie „populista” ma zwykle charakter pejoratywny i służy marginalizowaniu przeciwników. - W rzeczywistości populizm to nic innego, tylko oczekiwania ludzi, żeby móc także mieć udział i wpływ na rządzenie państwem i być wysłuchanym - mówi.
Rewolucja cyfrowa przyspieszyła zmiany
Ważną rolę w kryzysie dotychczasowego porządku odgrywają również platformy cyfrowe i media społecznościowe. Wróblewski wpisuje ich rozwój w szerszą prawidłowość historyczną: wielkim przemianom politycznym i społecznym często towarzyszą przełomy technologiczne, które zmieniają sposób rozpowszechniania idei.
Taką rolę odgrywała niegdyś prasa drukarska, która ułatwiła szerzenie treści religijnych i przyczyniła się do przemian związanych z reformacją. Rozwój technologii druku wspierał również rozpowszechnianie idei narodowych. Współcześnie podobnym narzędziem stał się internet.
Zdaniem Wróblewskiego, tradycyjne media, mimo zachowania niezależności dziennikarskiej, funkcjonowały w ramach określonego liberalnego konsensusu. Osoby kwestionujące dominujący model nie zawsze miały możliwość dotarcia do szerokiej publiczności. Media społecznościowe zmieniły tę sytuację, umożliwiając komunikację bez tradycyjnych pośredników. - Media społecznościowe otworzyły zupełnie nowe możliwości. Bez pośredników, bez kontroli otworzyły nowe źródła - mówi.
Dzięki temu grupy, które uważały się za pomijane w debacie publicznej, mogły budować własne kanały komunikacji i wywierać presję na elity polityczne oraz medialne. Rewolucja cyfrowa stała się w ten sposób katalizatorem przemian, które wcześniej narastały z innych powodów.
Czy bez niej obecny kryzys przybrałby taką skalę? Wróblewski uważa, że byłoby to znacznie trudniejsze. Nowe technologie nie wyjaśniają wszystkich źródeł rozpadu liberalnego porządku, ale umożliwiły szybsze rozpowszechnianie poglądów i mobilizowanie ludzi niezadowolonych z dotychczasowego systemu.
„Rozpad. Koniec świata liberalnego” to pierwszy tom dyptyku - druga część ukazać się ma początku przyszłego roku. „Sukcesja” będzie dotyczyć tego, na czym można oprzeć nowy porządek. Z diagnozy przedstawionej przez Wróblewskiego wynika, że jednym z kluczowych wyzwań będzie odbudowanie równowagi między instytucjami a demokratyczną kontrolą, między globalizacją a interesami lokalnych wspólnot oraz między wolnościami jednostki a potrzebą społecznej spójności.
Krzysztof Ratnicyn