Czeka nas prawdziwy zalew fałszywych informacji?
Ekspert tego amerykańskiego ośrodka spodziewa się „prawdziwego zalewu” fałszywych i wprowadzających w błąd informacji w amerykańskiej przestrzeni publicznej przed zaplanowanymi na 3 listopada wyborami do Kongresu USA. Obie partie polityczne i ich zwolennicy robią wszystko, co mogą, aby przechylić szalę na swoją korzyść — podkreślił w rozmowie z PAP.
Lindsay ocenił, że środowisko informacyjne w Stanach Zjednoczonych, podobnie jak w innych demokracjach, jeszcze nigdy nie było bardziej zanieczyszczone dezinformacją i treściami wprowadzającymi w błąd w sposób niezamierzony (misinformacją).
Ekspert: Nieprawdziwe informacje próbują rozpowszechniać Rosja, Chiny i Iran.
Za oba te zjawiska odpowiadają zarówno sami Amerykanie, jak i podmioty zewnętrzne - zaznaczył ekspert. Podkreślił, że w przypadku USA „wyraźnie widać”, iż od kilku cykli wyborczych nieprawdziwe informacje próbują rozpowszechniać Rosja, Chiny i Iran.
Cel? Podsycanie podziałów
Rosyjskie działania w tej dziedzinie polegają przede wszystkim na wykorzystywaniu podziałów istniejących w Stanach Zjednoczonych.
- Chodzi o to, by wszystkich nastawić przeciwko sobie i wzbudzić powszechne niezadowolenie. Wybierają określoną grupę - na przykład ze względu na kolor skóry, wyznanie lub miejsce zamieszkania - a następnie publikują materiały, które wykorzystują istniejące podziały i pogłębiają je - tłumaczył Lindsay.
Celem Rosji jest więc, zasadniczo, „wrzucenie piachu w tryby demokracji poprzez skłanianie Amerykanów do wzajemnej wrogości”.
Natomiast chińskie operacje są w dużej mierze ukierunkowane przeciwko kandydatom szczególnie krytycznym wobec Pekinu.
Lindsay zwrócił jednocześnie uwagę na konieczność rozróżnienia zagranicznych operacji wpływu, polegających na rozpowszechnianiu dezinformacji, od faktycznej ingerencji w przebieg głosowania.
- Na przykład prezydent (USA Donald) Trump właśnie ogłosił, że popiera (premiera) Benjamina Netanjahu w Izraelu. Nie jest to dezinformacja. Wyobrażam sobie jednak, że izraelscy wyborcy, którzy nie popierają Netanjahu, mogliby uznać to za ingerencję w wybory - podkreślił ekspert.
Obce operacje wpływu
Jak zaznaczył, „jasne jest, że Rosja, Chiny i Iran prowadzą operacje wpływu”. - Oznacza to, że próbują wprowadzać określone treści do przestrzeni publicznej, wierząc, że w jakiś sposób wpłyną one na to, czy ludzie pójdą głosować albo na kogo oddadzą głos. To coś zupełnie innego niż zakłócanie wyborów poprzez uniemożliwianie ludziom głosowania albo ingerowanie w liczenie głosów czy zmienianie wyników wyborów — kontynuował.
- Mamy wyraźne dowody na prowadzenie operacji wpływu przez Rosję, Chiny i Iran. Nie mamy natomiast dowodów na to, że Rosjanie, Chińczycy, Irańczycy lub ktokolwiek inny zdołali ingerować w wybory poprzez manipulowanie liczeniem głosów - zauważył ekspert.
Lindsay zaznaczył, że w ostatnich latach amerykańskie władze podejmowały działania, by ograniczać lub powstrzymywać zagraniczne operacje wpływu. - W FBI powstały specjalne ośrodki, utworzono również specjalną instytucję zajmującą się bezpieczeństwem wyborów. Organy ścigania ściśle współpracowały z największymi firmami technologicznymi, aby identyfikować tzw. farmy trolli i farmy botów - wyliczał.
Administracja Trumpa ograniczyła działania ochronne
Administracja Trumpa zakończyła jednak część tych działań lub ograniczyła ich zakres; chodzi o inicjatywy mające przeciwdziałać temu, co określa się jako wroga ingerencja zagraniczna — dodał Lindsay.
- Pytanie brzmi: jak istotne okażą się decyzje administracji Trumpa? - zastanawiał się rozmówca PAP. Podkreślił, że niezwykle trudno jest ustalić, w jakim stopniu dezinformacja zmienia decyzje ludzi o udziale w głosowaniu albo wpływa na wybór przez nich kandydata.
Ekspert zaznaczył, że jednym z powodów, dla których druga administracja Trumpa wycofała się z niektórych inicjatyw w tym obszarze, był argument, że ograniczają one prawo obywateli do wolności słowa.
Wyraził przekonanie, że wyborcy muszą kierować się zasadą ograniczonego zaufania. - Powinni myśleć w krytyczny sposób i zadawać sobie pytanie, czy to, co widzą lub słyszą, jest prawdziwe - zaznaczył ekspert.
Lindsay podkreślił też, że rozpowszechnianie treści wprowadzających w błąd nie jest niczym nowym w polityce. Jednak „zjawisko to przekroczyło granicę, za którą - jak sądzę - większość ludzi uznałaby je już nie tylko za nieuczciwe, lecz także za obłudne” - podkreślił.
- Trudno jednak jednoznacznie określić, gdzie przebiega ta granica, a próby jej wyznaczenia budzą wiele kontrowersji - podsumował rozmówca PAP.
Z Waszyngtonu Natalia Dziurdzińska
Redaktor i wydawca strony głównej, z redakcjami Grupy Infor (Forsal.pl, Dziennik.pl, GazetaPrawna.pl, Infor.pl, ZdrowieGO.pl) związany od 2010 roku. Zajmuje się tematyką stosunków międzynarodowych, polityki gospodarczej i technologicznej, bezpieczeństwa, a także psychologią, zarządzaniem i pracą. Wcześniej zajmował się naukowo teoriami społeczeństwa sieci.

