Świeżutki wspólny raport z badania CATI przeprowadzonego przez badaczki i badaczy z Laboratorium Badań Medioznawczych Uniwersytetu Warszawskiego i Instytut Dziennikarstwa, Mediów i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego - „Stosunek Polaków do mediów społecznościowych” – pokazuje, że nasza wiara w to, iż cyfrowy świat ureguluje się sam, wyparowała. Zwolennicy wolnej amerykanki/Dzikiego Internetu – są w mniejszości i w odwrocie. Na cenzurowanym znalazły się zwłaszcza media społecznościowe, które ja konsekwentnie nazywam mendiami aspołecznymi.
Zmiany w powszechnym podejściu do sm są głębokie. Weźmy zjawisko, które było przez lata kluczową cechą, albo nawet istotą wszystkich mendiów, czyli publikację prywatnych zdjęć, w tym wizerunków własnych dzieci (tzw. sharenting). W badaniu UJ i UW aż dwie trzecie badanych wskazało, że należy PRAWNIE ograniczyć ten proceder. Czyli de facto odebrać rodzicom swobodę w decydowaniu o tym, co wrzucą do sieci. Widać więc rosnącą nieufność nie tylko do samych platform cyfrowych, ale też do (odpowiedzialności) ich użytkowników. Zdaliśmy sobie sprawę, że krzywda wyrządzona w sieci – także przez brak wyobraźni i nieodpowiedzialność – może być równie dotkliwa, albo nawet dotkliwsza, niż ta w realu. Zresztą te dwa światy stały się dla wielu jednym światem – tym bardziej niezrozumiałe wydaje się większości z nas odmienne traktowanie zachowań w realu i w sieci.
Polacy korzystają z social mediów, ale niekoniecznie chcą sami pilnować porządku
Arcyciekawy wniosek pojawia się już na samym początku raportu i wcale nie dotyczy zakazów, lecz odpowiedzialności za to, co robimy z treściami znalezionymi w sieci. Badanych zapytano, czy zdarza im się blokować lub usuwać w sm treści, które uważają za szkodliwe. Okazuje się, że 15 proc. robi to często, 30 proc. czasami, 14 proc. rzadko, a 17 proc. nigdy (zarazem 21 proc. osób deklaruje, że w ogóle nie korzysta z mediów społecznościowych).
Inaczej mówiąc, spośród użytkowników social mediów mniej więcej połowa rzeczywiście aktywnie reaguje na treści uznawane za szkodliwe, przynajmniej często albo czasami. Istnieje zarazem spora grupa, która korzysta z platform, ale nie używa dostępnych narzędzi do reagowania.
Co BARDZO WAŻNE: ci sami Polacy są jednocześnie więcej niż skłonni poprzeć rozwiązania systemowe. Na czele postulowanych regulacji znalazły się:
- podwyższenie minimalnego wieku korzystania z platform
- ograniczanie możliwości korzystania ze smartfonów w szkołach
- karanie za publiczne poniżanie innych
- ograniczenie publikowania przez rodziców zdjęć i filmów z dziećmi.
Widać tu interesujące napięcie: jako użytkownicy jesteśmy relatywnie powściągliwi, ale jako obywatele oczekujemy działania państwa i jego instytucji.
Prof. Agnieszka Hess interpretuje ten rozdźwięk jako sygnał oczekiwania, że bezpieczeństwo przestrzeni cyfrowej powinno być gwarantowane przede wszystkim systemowo, a nie pozostawione indywidualnemu użytkownikowi. Jeżeli blokowanie użytkowników czy zgłaszanie wpisów jest niewystarczające albo nieskuteczne, obywatele zwracają się w kierunku twardszych regulacji.
To rewolucyjna wręcz zmiana perspektywy, a wraz z nią społecznych oczekiwań: przez pierwsze dekady rozwoju internetu odpowiedzialność przerzucano przede wszystkim na użytkownika: Nie podoba ci się? Nie czytaj. Ktoś cię obraża? Zablokuj go. Widzisz szkodliwą treść? Zgłoś ją administratorowi. Nowe badanie UW i UJ dowodzi, że społeczna atrakcyjność takiego modelu wyraźnie się wyczerpuje – większość z nas oczekuje dziś w sieci takiej samej ochrony ze strony państwa, w tym policji, jak w realu.
Prof. Agnieszka Walecka-Rynduch z UJ wskazuje na jeszcze jeden aspekt: pogłębiającą się lukę w obszarze edukacji medialnej, szczególnie w kontekście reagowania na treści szkodliwe, czyli te, które mogą zagrażać dobrostanowi małoletnich w sieci:
- Ponad jedna trzecia badanych nie ma zwyczaju aktywnie reagować na treści o charakterze patologicznym w sieci, w tym 17 proc. deklaruje, że nigdy nie podejmuje takich działań, a 3 proc. badanych nie potrafiło odpowiedzieć na pytanie o reakcję na szkodliwe treści, wskazując na odpowiedź „trudno powiedzieć”. Dowodzi to zatem stosunkowo niskich umiejętności respondentów w obszarze kształtowania kompetencji medialnych i istnienie kategorii tzw. odporności własnej jednostki. Badani w warstwie deklaratywnej wskazywali na rozumienie problemów związanych ze szkodliwością przekazów w mediach społecznościowych, dezinformacją, fake newsami, treściami i zachowaniami patologicznymi w sieci, jednak ludzie nie zawsze podejmują działania zaradcze. Sądzę, że wyniki naszego badania staną się ważnym głosem w dyskusji nad społeczną potrzebą nieustannego uświadamiania wagi kompetencji medialnych i komunikacyjnych, szczególnie w nadchodzącym roku edukacji medialnej w Polsce.
Dziecko w social mediach? Polacy jasno stawiają granicę
Radykalizację postaw społecznych szczególnie mocno widać tam, gdzie chodzi o dobro dzieci. 31 proc. proc. ankietowanych uznało 16 lat za właściwy minimalny wiek posiadania własnego konta w mediach społecznościowych. 20 proc. chciałoby przesunąć granicę aż do pełnoletności. 23 proc. wskazało 15 lat, a tylko 11 proc. 13 lat. Braku jakiegokolwiek limitu życzy sobie zaledwie 4 proc. badanych.
Po zsumowaniu odpowiedzi obraz robi się jeszcze bardziej jednoznaczny: 51 proc. badanych opowiada się za minimalnym wiekiem wynoszącym co najmniej 16 lat, a 74 proc. za granicą co najmniej 15 lat.
Co ciekawe, nie jest to bunt jednej części Polski przeciw drugiej, np. wielkich miast przeciw prowincji, wschodu przeciwko zachodowi kraju, starych przeciwko młodym, albo rodziców przeciw bezdzietnym. Analiza statystyczna danych pokazuje wprawdzie różnice wynikające z wieku, wykształcenia, płci czy posiadania dzieci, ale ich siła jest niewielka lub wręcz śladowa. Województwo oraz typ miejscowości w ogóle nie różnicują w sposób statystycznie istotny opinii o progu wieku. To ważniejsze, niż może się wydawać: gdy w Polsce dyskutujemy o zmianach technologicznych, szybko włączamy je do codziennej plemiennej wojny (Młodzi przeciw starym. Metropolie przeciw powiatom. Liberalni przeciw konserwatystom). Tymczasem tutaj podział jest znacznie słabszy lub wcale go nie ma: badanie jednoznacznie wskazuje na powszechne wręcz oczekiwanie, że postulowane kwestie zostaną właściwie uregulowane na poziomie państwa czy UE.
Autorzy raportu konkludują wręcz, że wysokie poparcie dla podniesienia minimalnego wieku korzystania z social mediów jest stosunkowo powszechne w całym społeczeństwie, a cechy demograficzne wyjaśniają jedynie małą część różnic opinii. Powstaje więc coś w rodzaju społecznej normy: dziecko nie musi mieć dostępu do wszystkiego tylko dlatego, że technicznie taki dostęp jest możliwy.
I być może właśnie tutaj dokonuje się najważniejsza zmiana naszego stosunku do technologii. Przez lata cyfryzacja była utożsamiana niemal automatycznie z postępem, a każda bariera z ograniczaniem innowacyjności. Teraz coraz częściej pytamy nie o to, czy można korzystać z technologii, lecz na jakich zasadach i od jakiego wieku powinno być to dopuszczalne.
Smartfon w szkole: 94 proc. badanych Polek i Polaków za ograniczeniami, tylko 1 proc. chce pełnej swobody
Jeszcze mocniejsze wyniki pojawiają się przy pytaniu o telefony w szkole. 44 proc. ankietowanych chce ich całkowitego zakazu zarówno podczas lekcji, jak i przerw. Kolejne 18 proc. opowiada się za zakazem ograniczonym do lekcji. 32 proc. wolałoby pozostawić szkołom możliwość zastosowania rozwiązań pośrednich, takich jak odkładanie telefonów podczas niektórych zajęć. A ilu Polaków chce pełnej swobody używania smartfonów w szkole? Zaledwie około 1 proc.!
W praktyce 62 proc. ankietowanych popiera systemowy zakaz korzystania ze smartfonów podczas lekcji, przy czym 44 proc. rozciągnęłoby go także na przerwy. Jeśli doliczyć zwolenników innych ograniczeń ustalanych przez szkoły, jakąś formę ograniczenia używania telefonów popiera 94 proc. respondentów. Mamy więc społeczny konsensus – ponad wszelkimi podziałami.
Autorzy badania zwracają zresztą uwagę, że rzeczywisty spór nie przebiega dziś pomiędzy zwolennikami regulacji i pełnej swobody. Jest raczej sporem o stopień restrykcji. I tu pojawia się różnica w stosunku do pytania o sam dostęp do sm: rodzice i starsi badani częściej opowiadają się za restrykcyjnymi rozwiązaniami niż bezdzietni i młodsi. Trudno być tu zaskoczonym: abstrakcyjna dyskusja o wolności w internecie wygląda inaczej, gdy smartfon leży w kieszeni własnego dziecka, a nauczyciel konkuruje o jego uwagę z TikTokiem, Instagramem czy komunikatorami. Platforma może wówczas przestać być postrzegana wyłącznie jako neutralne narzędzie komunikacji i rozrywki, a staje się konkurentem o ograniczony zasób, jakim jest czas i uwaga.
A uwaga ma dziś wartość ekonomiczną. Na niej w znacznej mierze opiera się biznes cyfrowych platform. Z perspektywy rodzica i szkoły jest jednocześnie zasobem koniecznym, by dziecko mogło się uczyć. Te dwa interesy bywają ze sobą radykalnie sprzeczne.
Hejt w sieci: Polacy chcą, żeby sprawca słono płacił
Najsilniejszy wynik całego sondażu pojawia się przy odpowiedziach na pytanie: czy popierasz wprowadzenie kar finansowych, czyli mandatów, za publiczne poniżanie innych ludzi w mediach społecznościowych? Aż 63 proc. respondentów (-ek) odpowiedziało zdecydowanie „tak”. Kolejne 13 proc. wybrało „raczej tak”. Po uwzględnieniu dokładnych danych procentowych raport podaje łączne poparcie na poziomie 77 proc. Przeciwnych jest 12 proc. ankietowanych, a 11 proc. nie ma zdania.
Jeszcze ciekawsza od samego poziomu poparcia jest jego intensywność. Najwięcej osób nie mówi „raczej tak”, ale po prostu „tak”. Zdecydowaną odpowiedź wybrało 63,4 proc. badanych wobec 13,2 proc. wybierających wariant umiarkowany. To mówi dużo o zmianie społecznego klimatu wokół internetu.
Przez lata wolność wypowiedzi w sieci bywała interpretowana niezwykle szeroko, a część zachowań akceptowano dlatego, że odbywały się „w świecie wirtualnym” (czytaj: nierzeczywistym). W tym realnym liczne zachowania zostałyby uznane za niedopuszczalne. Tymczasem w internecie zaczynały wręcz funkcjonować jako element rzekomo specyficznej kultury. Z badania wynika, że ogromna część Polaków już tego rozróżnienia nie akceptuje.
Prof. Tomasz Gackowski porównuje w raporcie proponowaną sankcję do znanych z życia codziennego mechanizmów egzekwowania reguł: mandatu za przekroczenie prędkości czy konsekwencji jazdy bez biletu. Z tej perspektywy naruszenie zasad w social mendiach również powinno wiązać się nie tylko z usunięciem treści albo blokadą konta, lecz także z odczuwalną sankcją finansową.
To otwiera cały zestaw trudnych pytań prawnych:
- Gdzie przebiega granica między brutalną krytyką a publicznym poniżaniem?
- Kto miałby kwalifikować zachowanie i wymierzać sankcję?
- Jak zapewnić ochronę wolności słowa i jednocześnie skutecznie chronić godność?
- Jakie powinny być procedury odwoławcze?
Sondaż nie rozstrzyga tych dylematów, ale akcentuje wyraźne społeczne zapotrzebowanie na regulacje i ich skuteczne egzekwowanie.
Dziecko nie jest contentem. Sharenting też chcemy ograniczać
Rodzice od lat publikują pierwsze kroki, urodziny, wakacje, szkolne uroczystości i codzienne sceny z życia swoich dzieci. Dla dorosłego jest to tylko zdjęcie przekazane znajomym, tymczasem dla dziecka może być elementem cyfrowej biografii tworzonej jeszcze zanim samo zacznie decydować o obecności w internecie. Świadomość tego rośnie. Ograniczenia prawne tej praktyki zdecydowanie popiera aż 49 proc. badanych zdecydowanie. Kolejnych 16 proc. „raczej” popiera. Czyli łącznie 65 proc. Polaków chciałoby przepisów ograniczających publikowanie przez rodziców zdjęć oraz filmów przedstawiających osoby poniżej 16. roku życia. Przeciw jest tylko 19 proc. ankietowanych, a 16 proc. nie zajmuje stanowiska.
Tutaj także mamy do czynienia z wielką zmianą. Można byłoby się spodziewać, że rodzice wystąpią w obronie własnej autonomii i odpowiedzą inaczej niż osoby bezdzietne. Tymczasem posiadanie dzieci nie różnicuje odpowiedzi w sposób statystycznie istotny. Podobnie jest z miejscem zamieszkania i województwem. To jeden z najmocniejszych kulturowo wniosków raportu.
Ochrona cyfrowego wizerunku dziecka zaczyna być najwyraźniej postrzegana nie jako prywatna preferencja konkretnej rodziny, lecz jako wartość wymagająca ochrony niezależnie od tego, czy sami jesteśmy rodzicami.
Zmienia się bowiem również samo rozumienie prywatności. Jeszcze niedawno chodziło przede wszystkim o pytanie: „co internet wie o mnie?”. Teraz coraz istotniejsze staje się inne: kto ma prawo zdecydować, co internet będzie wiedział o człowieku, który jest jeszcze zbyt mały, by sam się na to zgodzić?
Z dyskusji sm zrobiła się więc z tego wielka debata o granicach władzy rodzicielskiej, prawie do wizerunku, autonomii przyszłego dorosłego i trwałości cyfrowej przeszłości. TO KOLEJNY ARCYWAŻNY MOMENT W DZIEJACH!
Polki chcą mocniejszych regulacji w social mediach. Ale prawdziwy podział przebiega gdzie indziej
Autorzy raportu stworzyli także zbiorczy wskaźnik restrykcyjności postaw wobec regulacji mendiów aspołecznych. Zbudowali go na podstawie pytań dotyczących blokowania szkodliwych treści, karania publicznego poniżania oraz ograniczania publikowania wizerunku dzieci. Okazało się, że najsilniejszym demograficznym czynnikiem jest płeć: kobiety są w podejściu do sm bardziej restrykcyjne od mężczyzn. Rodzicielstwo także przesuwa postawy w stronę większej restrykcyjności. Natomiast wykształcenie, wiek i typ miejscowości nie wykazują w modelu istotnych efektów głównych.
Nie warto jednak na tej podstawie pisać kolejnej opowieści o „wojnie kobiet z mężczyznami” albo rodziców z bezdzietnymi. Zdecydowana większość rozpatrywanych regulacji cieszy się bowiem poparciem przekraczającym tradycyjne linie społecznych podziałów. Mieszkańcy metropolii nie tworzą tu jednego cyfrowego plemienia, a wieś drugiego. Rodzice nie tworzą jednolitego frontu przeciw bezdzietnym. Młodzi nie występują masowo przeciw starym. Prawdziwy spór przesuwa się z pytania „czy regulować?” na pytanie „jak daleko z regulacją pójść?”.
I chyba właśnie w tym tkwi najważniejsza wiadomość, jaka płynie z jakże potrzebnego badania UW i UJ: social media weszły do naszego życia jako symbol wolności (każdy może publikować, komentować, zakładać konto, budować własną publiczność), potem stały się elementem, a dla wielu wręcz fundamentem codziennej infrastruktury komunikacyjnej, ale dziś wchodzimy w trzeci etap: zaczęliśmy powszechnie traktować je jak przestrzeń, w której sama wolność uczestnictwa już nie wystarcza, a niezbędne są jasne reguły.
Nie oznacza to, że Polacy chcą internetu kontrolowanego przez państwo. Badanie czegoś takiego nie dowodzi. Pokazuje jednak bardzo wysokie poparcie dla konkretnych ograniczeń w obszarach uznawanych za szczególnie wrażliwe: ochrony dzieci, przemocy słownej, prywatności i funkcjonowania szkoły.
To ważne rozróżnienie. Bardzo łatwo przedstawiać spór o sm jako konflikt wolności z cenzurą, tym bardziej że dysponujące bilionami dolarów i trylionami lajków bóg techy mocno podsycają taką narrację. Tymczasem odpowiedzi zawarte w raporcie UJ i UW świadczą o tym, że zdecydowana większość użytkowników sieci już takiego prostego podziału nie kupuje. Duża część społeczeństwa pyta już nie tylko o prawo autora do publikowania treści, ale też o prawa człowieka, który staje się ich przedmiotem, adresatem lub ofiarą.
Polacy nie chcą całkowicie wyłączyć lub zakazać sm, domagają się natomiast, żeby cyfrowy Dziki Zachód dostał wreszcie swój kodeks.
Dr Karolina Brylska, LBM UW: - Z mojej perspektywy to najciekawszy wniosek z całego badania: w polskiej debacie publicznej wciąż za mało mówimy o destrukcyjnym wpływie platform społecznościowych na demokrację i kapitał społeczny. O algorytmach, które premiują treści skrajne, bo to one generują zaangażowanie. O modelach biznesowych opartych na monetyzowaniu uwagi nastolatków. Tymczasem wyniki naszego badania układają się w spójny obraz: Polacy w 2026 r. oczekują od państwa aktywnego porządkowania świata cyfrowego. Co istotne, w pytaniach o najbardziej dotkliwe regulacje (mandaty, zakazy w szkole) odpowiedzi „raczej nie" i „nie" sumują się do kilkunastu procent - mówimy więc o zdecydowanej, a nie niepewnej większości. Ten jednoznaczny głos polskich obywateli powinien być znacznie lepiej słyszalny i znacznie poważniej traktowany przez ustawodawcę.
Dziennikarz, publicysta, felietonista Forsal.pl i Dziennika Gazety Prawnej, laureat wielu nagród i wyróżnień dziennikarskich, m.in. Nagrody Grabskiego i Nagrody Kwiatkowskiego.

