Politycy polskiej (i nie tylko) prawicy przyznają od jakiegoś czasu, że marzy im się świat bez tradycyjnych mediów - przeważnie im nieprzychylnych, czyli ogólnie „lewackich” (czytaj: krytycznych wobec głupot i demaskujących kłamstwa). Stawiają na tzw. media społecznościowe, bo te ponoć zapewniają „prawdziwą wolność słowa”, mimo że – jak przekonująco udowodnili autorzy licznych już publikacji, na czele z Sylwią Czubkowską i jej „Bóg techami”- tzw. social media to nie są ani media, ani tym bardziej nie służą społeczności.
Powiedzmy to wprost: rzekomo ultrapatriotyczni politycy chcą się z nami komunikować wyłącznie za pośrednictwem maszynek do zarabiania pieniędzy należących do garstki amerykańskich miliarderów oraz chińskiej maszynki do mięsa armatniego zaprogramowanej ewidentnie na (samo)zniszczenie Zachodu. Wszystkie treści w amerykańskich maszynkach są kontrolowane przez administrację USA. Wszystkie treści w chińskiej maszynce są kontrolowane przez rząd Chin. Przyznacie, że wizja budowania narodowej demokracji, a co dopiero „Korony Polskiej” (!), na fundamencie mendiów sterowanych przez Komunistyczną Partię Chin, wygląda niedorzecznie. A jest to, niestety, nasza polska (i nie tylko) codzienność. Warto wreszcie PRZEJRZEĆ NA OCZY.
Internet i „wolność”: Rafał Brzoska i miliard ludzi na łasce właścicieli złodziejskich algorytmów
Jest kilka przerażających faktów o obecnym świecie, które każdy powinien znać. Na początek taki, że większość treści udostępnianych w internecie – będącym głównym, jeśli nie jedynym źródłem (nie)wiedzy dla 95 proc. ludzi – to dzieło nieludzkie, tworzone przez boty, komputerowe algorytmy – PO COŚ. Zazwyczaj dla pieniędzy lub w celach politycznych – żeby siać zamęt w krajach demokracji i wolności słowa, bo przecież nie w stuprocentowo cenzurowanych cyberprzestrzeniach Rosji, Białorusi, Iranu czy Chin.
O pieniądzach zarabianych w wątpliwy sposób przez właścicieli mendiów aspołecznych pisze się ostatnio bardzo dużo w związku z głośnym sporem Rafała Brzoski z Metą, właścicielką Facebooka (ale też Instagrama, WhatsAppa, Messengera czy Threads). Konflikt trwa od wielu miesięcy, a zaognił się niedawno po opublikowaniu na FB kolejnej oszukańczej „reklamy” wykorzystującej spreparowany wizerunek miliardera. Twórca InPostu poczuł się najwyraźniej bezsilny – bo mimo wygranych spraw sądowych nie jest w stanie skutecznie wymusić na właścicielach i zarządzających platformą blokowania treści godzących w jego dobre imię i siejących niepokój wśród jego bliskich. Dlatego zareagował mocno emocjonalnym wpisem, w którym wymienił z imienia i nazwiska topowych menedżerów Meta w Polsce. Meta odpowiedziała, że się stara, na co dowodem jest, iż jej systemy wychwytują grubo ponad 90 proc. oszukańczych treści zanim je ktoś zgłosi. Problem w tym, że wedle wewnętrznych raportów korporacji, mimo to użytkownicy FB są narażeni na „15 miliardów ryzykownych wyświetleń DZIENNIE”. Wszystkie te świństwa przynoszą bógtechowi niemałe zyski.
Ba, korzyść z wyświetlania reklamy oszusta jest z punktu widzenia księgowych Mety o wiele większa niż zarobek z wyświetlenia nie budzącej kontrowersji reklamy krakowskiego piekarza. A nikt już nie ma chyba żadnych wątpliwości, że w Mecie i innych bógtechach rządzą księgowi – a nie pięknoduchowi technoentuzjaści budowania wolnych i demokratycznych społeczności, ani tym bardziej – etycy biznesu.
W roku 2025 Meta Platforms osiągnęła rekordowy przychód w wysokości 200,97 miliarda dolarów. To wzrost o 22 proc. rok do roku. Zysk operacyjny wzrósł o jedną piątą – do 83,28 mld USD. Zysk netto wyniósł 60,46 mld USD, co oznacza spadek o 3 proc. i – jak spekuluje część analityków - mogło skłonić władze firmy do bardziej agresywnej polityki sprzedażowej. Czyli czego? Byli topowi menedżerowie Mety twierdzą, że firma doskonale wie nie tylko o algorytmach mających na celu uzależnienie dzieci od swoich mendiów oraz służących rozsiewaniu ohydnych i potencjalnie krzywdzących treści, ale też o oszukańczych „reklamach”. Nie może nie wiedzieć, bo na nich zarabia. Ile? Eksperci szacują, że może to być kilkanaście miliardów dolarów rocznie.
Na fali ożywionej dyskusji o ostrym poście Rafał Brzoska komentatorzy zwykle zwracają uwagę na:
- bezradność wpływowego miliardera (który wygrywa w sądach, ale codziennie przegrywa w sieci - bo bógtechy bezkarnie publikują kolejne obrzydliwe materiały wykorzystujące jego wizerunek); ta bezradność szokuje, choć ja i wielu innych już lata temu zwracaliśmy uwagę, że skoro bógtech może bez żadnego (prawnego) trybu zablokować konto prezydentowi USA, to z każdym innym kontem może robić, co mu się podoba - łącznie z wyświetlaniem tam przestępczych reklam oraz proponowaniem 12-letniemu dziecku, aby skorzystało z programu pozwalającego rozebrać koleżankę; skargi możesz pisać do botów od regulaminów w USA lub Chinach, czyli na Berdyczów.
- skalę procederu - czyli owe 15 miliardów ryzykownych wyświetleń DZIENNIE, na których bógtech zarabia krocie.
Mnie osobiście najbliższe są obserwacje i wnioski zawarte z znakomitej analizie, jaką zamieścił w tym tygodniu na Linkedinie Matthew Halaba. Moim zdaniem, powinni ją przeczytać od deski do deski dosłownie WSZYSCY. Autor zwraca uwagę, że w całej sprawie „najciekawszy jest nie rozmiar, tylko mechanizm". Meta działa bowiem tak:
- "Kiedy wewnętrzny klasyfikator [Mety] uznaje, że konto reklamowe jest oszukańcze z pewnością poniżej 95 procent, konto nie zostaje zablokowane. Zostaje obciążone wyższą stawką w aukcji".
- "Meta zarabia więcej na przestępcy niż na uczciwym reklamodawcy, a jednocześnie ten przestępca podbija stawkę CPM w aukcji, w której licytuje polska piekarnia". Uczciwy biznes płaci więcej, bo Meta dopuszcza nieuczciwy, podbijający ceny reklam.
- "Kierownictwo miało ustalić wewnętrzny limit strat przychodowych dopuszczalnych w wyniku działań antyfraudowych: 0,15 procent przychodów, około 135 milionów dolarów. Skuteczność moderacji nie była więc parametrem bezpieczeństwa. Była pozycją kosztową z zamkniętym budżetem".
Jak Meta blokuje konta naruszające zasady?
- "Małe konto leci po ośmiu naruszeniach. Duże konta agencyjne - te z kategorii High Value Accounts - miały gromadzić ponad 500 udokumentowanych ostrzeżeń dotyczących bezpieczeństwa finansowego bez utraty dostępu do emisji".
- "Pierwszorzędny problem polega na tym, że w wielu przypadkach klasyfikator wie {o oszustwie}, a decyzja biznesowa brzmi „zostawiamy i obciążamy wyższą stawką" - to kluczowy fragment znakomitej analizy Matthew Halaba.
Zwracam uwagę, że dokładnie to samo mówiła mi ponad rok temu w wywiadzie dla DGP prof. Agnieszka Gryszczyńska, szefowa wydziału ds. cyberprzestępczości w Prokuraturze Krajowej
Kilka fragmentów a propos:
- Z niezrozumiałych powodów zasady postępowania w sieci mocno różnią się od tych w realnej przestrzeni i jesteśmy przez to mocno nieskuteczni w ściganiu przestępców. (…) Najwyższy czas zauważyć, że wykorzystując opacznie rozumianą „wolność w sieci” cyberprzestępcy wykupują w czołowych serwisach przestrzeń na reklamy służące oszustwom. Płacą domom mediowym nie tylko za miejsce, ale i pozycjonowanie swoich stron internetowych w wyszukiwarkach. (…) W mojej opinii, potrzebne są tutaj jednolite, spójne przepisy, które nakładałyby obowiązek nie tylko usuwania nielegalnych treści zgłoszonych przez użytkownika, ale również proaktywnego weryfikowania treści pod kątem naruszania prawa. Owszem, w odróżnieniu do tradycyjnych publikacji w przeszłości dziś wszystko dzieje się niezwykle szybko, publikacje są zamieszczane błyskawicznie, treści się zmieniają, trwa walka o uwagę odbiorcy. Ale to wszystko nie może zwalniać z odpowiedzialności za publikowane treści.
- Niechaj każdy spróbuje uczciwie odpowiedzieć na podstawowe pytanie: jak powinniśmy traktować podmiot, który na swojej platformie publikuje reklamy oszustów wykorzystujące wizerunek innych osób i nie reaguje w sytuacji zgłoszenia, a jednocześnie monetyzuje to, że te reklamy się u niego pojawiają.
W tym sensie to nie jest „sprawa Rafała Brzoski”, tylko żywotna kwestia każdego – również tych wszystkich, którzy w ogóle nie korzystają z internetu. Nie musisz korzystać, żeby trafić do mendiów i być wykorzystywanym w najniecniejszy sposób – właściciele platform dotąd wcale za to nie odpowiadali. Mogą to zmienić dopiero wyroki zapadające właśnie w sądach. Przede wszystkim – amerykańskich.
Wolność w internecie: polska prawica mówi naprawdę po chińsku
Przywołana przeze mnie wcześniej Sylwia Czubkowska, a także Piotr Mieczkowski, Maciej Kossowski czy Magdalena Bigaj, od dłuższego czasu zwracają uwagę, że wszechwładza właścicieli mendiów aspołecznych wynikająca z monopolizacji przestrzeni, w której demokratyczne i wolne społeczeństwa toczą debatę publiczną i z której czerpią wiedzę o świecie, ma szerszy kontekst: polityczny, gospodarczy i społeczny. W naszej części świata (wartości Zachodu) najbardziej niepokoi oligarchizacja USA, czyli piekielnie niebezpieczne zbliżenie rządzących elit politycznych z właścicielami najważniejszych korporacji technologicznych kontrolujących jednocześnie kluczowe me(n)dia.
Mówiąc najprościej: mamy tu władzę polityczną, topowy biznes i wszystkie znaczące kanały informacyjne w rękach wąskiej grupy ludzi. W Polsce i wielu innych krajach jedyną realną alternatywą dla mendiów kontrolowanych przez tę grupkę jest chiński TikTok. No, ale jeśli ktokolwiek wierzy, że jest to platforma stworzona w celu krzewienia wolności i demokracji, albo chociaż swobodnej wymiany myśli lub checheszków, niechże się zapozna z podstawowymi treściami programowymi i ideowymi Komunistycznej Partii Chin (KPCh).
Oficjalna doktryna KPCh autorstwa Xi Jinpinga zakłada:
- kluczową rolę partii we wszystkich aspektach życia państwa i obywateli.
- kluczową rolę marksizmu-leninizmu i wierność leninowskiej dyscyplinie partyjnej, przy jednoczesnym odrzuceniu zachodnich modeli demokratycznych.
- przywrócenie Chinom statusu globalnego supermocarstwa do 2049 roku (na stulecie ChRL).
- prymat partii nad państwem: KPCh kontroluje administrację rządową, sądownictwo, wojsko oraz kluczowe sektory gospodarki.
- zasadę centralizmu demokratycznego: ścisła hierarchia, w której decyzje najwyższych organów (zwłaszcza Stałego Komitetu Biura Politycznego) są bezwzględnie wiążące dla niższych szczebli.
- jednoosobowe przywództwo: odejście od dawnych rządów kolegialnych na rzecz pełnej koncentracji władzy w rękach Sekretarza Generalnego.
- państwowy kapitalizm pod kontrolą: pozwolenie na istnienie sektora prywatnego przy jednoczesnym wzmacnianiu pozycji przedsiębiorstw państwowych i zakładaniu komórek partyjnych w prywatnych firmach.
- cyfrowy autorytaryzm: wykorzystanie nowoczesnych technologii (np. System Zaufania Społecznego, cenzura internetu) DO ŚCISŁEJ KONTROLI SPOŁECZEŃSTWA I ELIMINOWANIA PRZEJAWÓW OPOZYCJI.
Jeśli kupujesz polityka z TikToka, to z całym tym anturażem. Znaczy: w pakiecie z ideami Xi, Marksa i Lenina wcielonymi w Twoje życie. Tak: Twoje.
Wolność w internecie po amerykańsku: „Nerdzia Rzesza”
Gil Durán, uznany dziennikarz z San Francisco, który przez lata pracował w kluczowych kalifornijskich redakcjach (m.in. The Sacramento Bee, San Francisco Examiner), a potem był doradcą czołowych amerykańskich polityków (w tym Jerry'ego Browna i Kamali Harris), postanowił w końcu wykorzystać swoją rozległą wiedzę zakulisową o tym, jak technomiliarderzy korumpowali system polityczny w USA. Efektem jest opublikowana właśnie książka "The Nerd Reich: Silicon Valley Fascism and the War on Democracy".
Trudno o mocniejsze, oparte na faktach, ostrzeżenie wskazujące wprost, że współczesna demokracja jest niszczona nie przez czołgi czy zamachy stanu, ale za pomocą kodu, kapitału i iluzji technologicznego postępu. Durán pokazuje krok po kroku, jak elita miliarderów z Doliny Krzemowej prowadzi globalną kampanię na rzecz demontażu demokracji i zastąpienia jej autorytarnymi rządami korporacyjnymi (tzw. technofaszyzmem lub cyfrowym feudalizmem). Zwraca przy tym uwagę, że głośne i efektowne hasło Doliny Krzemowej „idź szybko i rozbijaj rzeczy” (move fast and break things) nie mówi o samych tylko kosztach innowacji, ponieważ za działaniami najbogatszych ludzi świata kryje się przemyślany, wieloletni plan zastąpienia demokratycznie wybranych rządów władzą algorytmów i kapitału.
Książka skupia się na „apostołach cyfrowego autorytaryzmu”, czyli znanych liderach technologicznych, jak Elon Musk, Peter Thiel, Marc Andreessen czy Balaji Srinivasan. Autor analizuje, jak ci dawni „libertarianie” po zdobyciu gigantycznych majątków i wpływów politycznych ujawnili swoje autorytarne, a wręcz faszyzujące ciągoty. Opisuje, jak miliarderzy z Doliny Krzemowej manipulują wyborami (zaczynając od lokalnej polityki w San Francisco, aż po poziom Białego Domu), finansując konkretnych polityków, np. JD Vance'a. W książce znajdziemy też przekonujące wyjaśnienie, w jaki sposób AI i algorytmiczna propaganda w mediach społecznościowych oraz kryptowaluty, prywatna infrastruktura satelitarna i obronna (jak SpaceX czy Palantir) stały się narzędziami do budowania nowego, dystopijnego porządku świata, od którego państwa stają się strukturalnie zależne.
Można się z wieloma tezami i wnioskami autora nie zgadzać, ale z pewnością trzeba je znać. Opisane przez dziennikarza fakty i zjawiska pozwalają lepiej rozumieć świat, w którym próbujemy odnaleźć wolność i pielęgnować demokrację. Warto sobie zadać trumpistowskie pytanie: jakie właściwie karty pozostały nam w ręku?
Internet i śmierć czwartej władzy
Politycy prawicy przyznają, że chętnie zobaczą zgon mediów opartych na tradycyjnej pracy dziennikarskiej, w której podstawą jest uczciwe informowanie o wydarzeniach, patrzenie władzy na ręce, tropienie nadużyć. Szczerze mówiąc – ten zgon już się właściwie w większości miejsc na świecie dokonał. W ciągu ostatnich kilkunastu lat, w wyniku cyfryzacji, odpływu budżetów reklamowych do bigtechów (Google’a, Mety) oraz rozwoju sztucznej inteligencji, na całym globie pracę w tradycyjnie rozumianych redakcjach straciło nawet milion osób, w tym kilkaset tysięcy dziennikarzy. „Czwarta władza”, będąca fundamentem każdej demokracji, przestała poprawnie funkcjonować, a właściwie istnieć. Wedle danych z rynku amerykańskiego, który wyznacza globalne trendy na Zachodzie, przejście z tradycyjnego papieru na model cyfrowy (a obecnie cięcia związane z AI) dosłownie spustoszyło tradycyjne newsroomy.
Według raportów, m.in. Georgetown University i Muck Rack, od 2002 roku zniknęło blisko 80 proc. tradycyjnych etatów dziennikarskich obsadzonych przez ponad 50 tys. reporterów, zamknięto przy tym ponad 2500 lokalnych gazet, co stworzyło tzw. "pustynie informacyjne", czyli obszary bez lokalnego dziennikarstwa. Co więcej, ostatnio globalna fala zwolnień przyspieszyła: w samych mediach anglosaskich (USA/Wielka Brytania) w roku 2023 pracę straciło ok. 2,6 tys. dziennikarzy, w 2024 r. ponad 3,8 tys., a w 2025 r. kolejne 3,2 tys. Pierwsza połowa 2026 roku przyniosła już kolejne 2,3 tys. zwolnień w newsroomach. Masowe redukcje dotknęły gigantów, jak Washington Post, Los Angeles Times, BuzzFeed czy Vice Media.
W Europie sytuacja wygląda dwojako – silne media publiczne w niektórych krajach amortyzowały wstrząs, jednak kraje z silnym rynkiem prasy prywatnej ucierpiały dramatycznie. Wedle Eurostatu, w całej Unii Europejskiej grono dziennikarzy topnieje w tempie 2,5 proc. rocznie. W ciągu ćwierćwiecza ubyło nawet 150 tys. etatów. Trzeba do tego doliczyć kilka razy więcej osób pracujących wcześniej na umowach cywilnoprawnych lub bez umów. W niektórych krajach to już hekatomba: w Portugalii liczba etatów dziennikarskich i pokrewnych spadła o 28 proc., w Słowenii o 23,4 proc., a w Holandii o 17,1 proc.
W Polsce proces ten nałożył się na transformację ustrojową lat 90., przez co tąpnięcie w XXI wieku było bardzo odczuwalne, zwłaszcza w mediach regionalnych. Zgodnie z badaniami Eurostatu, w szeroko pojętym sektorze twórców tekstów, lingwistów i dziennikarzy pracuje u nas obecnie ok. 69 600 osób. Liczba ta systematycznie spada (w tempie 7,8 proc. rocznie po pandemii). Polska Press, największy wydawca prasy regionalnej nad Wisłą, w XXI wieku sukcesywnie zmniejszał zatrudnienie z kilkunastu tysięcy pracowników do ułamka tej liczby. Likwidacja lokalnych drukarni i łączenie redakcji (np. przenoszenie składu gazet do centrów regionalnych) kosztowało pracę kilka tysięcy osób na przestrzeni lat (w samych tylko ostatnich restrukturyzacjach zwalniano jednorazowo po kilkadziesiąt osób). Agora (Gazeta Wyborcza) i Ringier Axel Springer Polska (Onet, Fakt) regularnie od 2010 roku przeprowadzają zwolnienia grupowe uzasadniane "restrukturyzacją i optymalizacją procesów cyfrowych". Korekta i edycja niemal zniknęły z newsroomów w Polsce: funkcje korektorskie w większości redakcji przejęły systemy CMS i automatyczne filtry językowe.
Największa grupa zwolnionych dziennikarzy przeszła do branży PR, marketingu oraz tzw. brand journalismu (tworzenia treści bezpośrednio dla marek korporacyjnych – w tym… bógtechów), część została freelancerami, niewielka część działa w systemie subskrypcji na Substack, Patronite, YouTube - tworząc własne media niszowe.
Kluczowe zjawisko: niemal wszystkie istniejące media są w ogromnym stopniu uzależnione od bógtechów i ich mendiów. Jak to się stało? Poczytajcie u Sylwii Czubkowskiej i Gila Durmana. Czy taki świat was przeraża? Chcecie innego? Lepszego? To zacznijmy od powszechnej świadomości, jak działają mechanizmy tego świata. Dziś mam wrażenie, że większość z nas żyje w jakimś matriksie – bez elementarnej wiedzy.
Ostrzeżenie w internecie: Uważaj na deep fake. Polak pyta: A co to?
Wydaje się, że wszyscy, którzy pracują przy komputerze i surfują w sieci – zawodowo czy prywatnie – powinni znać podstawowe zagrożenia oraz techniki wykorzystywane przez złoczyńców. Tymczasem z najnowszego raportu „Cyberportret polskiego biznesu 2026” (autorstwa ESET i DAGMA Bezpieczeństwo IT), wynika, że 57 proc. badanych Polek i Polaków pracujących na co dzień przy komputerach (sic!) nie wie nawet, co oznacza pojęcie „deep fake”. Ba, mimo medialnego wrzasku na ten temat, wiedza obywateli w tym obszarze praktycznie stoi w miejscu: rok wcześniej o takiej technice wprowadzania w błąd nie miało zielonego pojęcia 58 proc. badanych. Jednocześnie 70 proc. ludzi wyraża przekonanie, że potrafiłoby odróżnić materiał wygenerowany przez AI od prawdziwego.
Jak wskazuje raport, nie jest to już problem wyłącznie miliarderów, gwiazd i osób publicznych – niemal co czwarty ankietowany twierdzi, że został oszukany przez sfałszowane materiały, a 9 proc. spotkało się na SŁUŻBOWYM SPRZĘCIE z próbą oszustwa wykorzystującą cyfrowo sklonowany głos lub wizerunek współpracownika, bądź kontrahenta. 57 proc. osób pracujących przy komputerach obawia się również kradzieży tożsamości z wykorzystaniem ataków wspieranych przez AI.
Niestety, badanie to jasno dowodzi, że samo ostrzeżenie „uważaj na deep fake'i” nic nie da, skoro ponad połowa potencjalnych odbiorców fałszywych treści nie wie, co to deep fake. Potrzebujemy zatem intensywnej edukacji całego społeczeństwa: czym jest deepfake, jak działa takie oszustwo i w jakich sytuacjach możemy się z nim spotkać. Warto na początek wiedzieć, że deep fake nie musi oznaczać fałszywego filmu z celebrytą, a może przybrać formę sklonowanego głosu szefa, albo fałszywego nagrania współpracownika. Reklama wykorzystując wizerunek znanej osoby w taki sposób, aby zdobyć nasze zaufanie, to już wręcz klasyk internetu.
Od 2 sierpnia obowiązują kolejne przepisy AI Act dotyczące m.in. transparentności treści generowanych przez sztuczną inteligencję. Regulacje mogą zwiększać przejrzystość po stronie legalnie działających dostawców technologii, ale nie zastąpią wiedzy i czujności użytkownika – wszakże cyberprzestępcy z definicji nie będą oznaczać zmanipulowanych treści.
- Platformy muszą brać większą odpowiedzialność za to, kto i co reklamuje, ale ostatnią linią obrony pozostaje człowiek. Problem w tym, że bez podstawowej wiedzy o deep fake’ach, phishingu czy podszywaniu się pod znane osoby trudno dostrzec moment, w którym zaczyna się oszustwo. Dlatego obok regulacji i skuteczniejszej weryfikacji reklam potrzebujemy edukacji i świadomości w społeczeństwie: zanim klikniemy, zainwestujemy lub podamy dane, sprawdźmy źródło i nie podejmujmy decyzji pod presją. Prawo i technologia mogą ograniczyć skalę oszustw, ale to świadomość pozwala nam nie stać się ich ofiarą – komentuje Dawid Koziorowski, Offensive cybersecurity team leader, DAGMA Bezpieczeństwo IT.
Jak zmniejszyć ryzyko oszustwa z wykorzystaniem deepfake?
- Sprawdź źródło - zweryfikuj, czy nagranie, reklama lub wypowiedź rzeczywiście pojawiły się w oficjalnym kanale danej osoby lub organizacji.
- Nie ufaj samemu obrazowi ani głosowi - znajoma twarz i wiarygodnie brzmiący głos mogą zostać wygenerowane lub sklonowane przez AI.
- Uważaj na presję - szczególnie gdy ktoś zachęca do szybkiej inwestycji, przelewu, kliknięcia w link albo przekazania danych.
- Potwierdzaj ważne prośby innym kanałem - skontaktuj się z daną osobą lub instytucją za pomocą innej formy komunikacji.
To wszystko musi tworzyć harmonijną całość. Bógtechy i ich platformy muszą zostać skutecznie obarczone pełną odpowiedzialnością za publikowane treści; skoro mają narzędzia i mechanizmy pozwalające maksymalizować sprzedaż i zyski, to bezwzględnie – pod groźbą drakońskich kar – muszą uruchomić narzędzia i mechanizmy chroniące odbiorców przed „ryzykownymi wyświetleniami”. My, obywatele – jako zbiorowość i każdy z osobna – musimy rozumieć, jak działają platformy podające się za społecznościowe i komunikatory podające się za informacyjne. Musimy znać narzędzia i mechanizmy jawnych oszustw oraz bezczelnej dezinformacji i manipulacji.
Warto też, byśmy wszyscy świadomie bronili zasad, na jakich opiera się tradycyjne dziennikarstwo i stosowanych na co dzień przez tradycyjne redakcje. Media mają do odegrania fundamentalną dla wolności i demokracji rolę informacyjną i kontrolną. Na pewno roli takiej nie odegrają „media” w pełni zblatowane z władzą polityczną i ekonomiczną, ani tym bardziej algorytmy kontrolowane przez tę władzę.
Dziennikarz, publicysta, felietonista Forsal.pl i Dziennika Gazety Prawnej, laureat wielu nagród i wyróżnień dziennikarskich, m.in. Nagrody Grabskiego i Nagrody Kwiatkowskiego.
