Forsal logo

Czy słyszymy, kiedy mówi do nas państwo?

Ten tekst przeczytasz w 10 minut
36 minut temu
Jak ochronić obywatela przed fakenewsem i zagwarantować dostęp do informacji prawdziwej?
Jak ochronić obywatela przed fakenewsem i zagwarantować dostęp do informacji prawdziwej?/Shutterstock
Rok 2027 ma być Rokiem Świadomości i Bezpieczeństwa Informacyjnego. To dobry moment, żeby zapytać, co właściwie chcemy chronić. Dezinformacja, wojna kognitywna, deepfake, trolle, operacje wpływu. Od 2022 roku pojęcia, które wcześniej funkcjonowały przede wszystkim w debacie eksperckiej i akademickiej, weszły do języka codziennej polityki i mediów. Niemal każdego dnia ktoś ostrzega nas przed fałszywymi informacjami, manipulacją albo kolejną operacją dezinformacyjną. To zagrożenia realne. Ale skupiając na nich niemal całą uwagę, możemy przeoczyć drugą stronę bezpieczeństwa informacyjnego.

Co z informacją prawdziwą?

A dokładniej: co dzieje się z komunikatem polskiego państwa od chwili, kiedy ministerstwo, Rządowe Centrum Bezpieczeństwa czy inna instytucja naciska przycisk „opublikuj”, do momentu, kiedy informacja pojawia się – albo nie pojawia – na ekranie telefonu obywatela? Jaką drogę przebywa informacja, zanim dotrze do odbiorcy? Kto decyduje o jej widoczności? I czy państwo, które jest nadawcą komunikatu, ma jeszcze kontrolę nad tym, kto ten komunikat zobaczy?

Problem nie jest marginalny. Krajowy Instytut Mediów podaje, że w 2024 roku dostęp do internetu miało 84,2 proc. polskich gospodarstw domowych, a w gospodarstwach z dziećmi do 15. roku życia – 99,7 proc. Nie oznacza to, że tradycyjne media zniknęły. Oznacza natomiast, że żyjemy w hybrydowym środowisku informacyjnym, w którym telewizor, smartfon, wyszukiwarka i platforma społecznościowa prowadzą nas do informacji różnymi drogami. I właśnie droga informacji staje się jednym z problemów bezpieczeństwa państwa.

Państwo mówi. Ale kto słyszy?

Przez dziesięciolecia relacja między państwem, mediami i obywatelem była stosunkowo łatwa do opisania. W systemie niedemokratycznym państwo mogło kontrolować media i za ich pomocą komunikować się ze społeczeństwem. W systemie demokratycznym pomiędzy państwem a obywatelem pojawiły się redakcje, które wybierały informacje, ustalały ich hierarchię, interpretowały je i poddawały działania władzy krytycznej ocenie lub nie, w zależności czy sprzyjały aktualnie rządzącym czy też nie.

Nie był to system doskonały. Był jednak systemem, w którym role uczestników procesu komunikowania pozostawały stosunkowo czytelne. Wiadomo było, kto wydał komunikat, kto zdecydował o jego publikacji i kto odpowiadał za sposób jego przedstawienia. Internet miał tę drogę skrócić.

Instytucje państwa otrzymały możliwość komunikowania się z obywatelem bez konieczności korzystania z pośrednictwa redakcji. Ministerstwo może opublikować informację na własnej stronie. Premier, minister, urząd czy Rządowe Centrum Bezpieczeństwa mogą przekazać ją za pośrednictwem własnego profilu w mediach społecznościowych. Teoretycznie nigdy wcześniej państwo nie dysponowało tak łatwym i szybkim dostępem do obywatela. Tyle że publikacja nie oznacza dotarcia. Pomiędzy nadawcą a odbiorcą pojawił się bowiem nowy rodzaj pośrednika.

Władza platform

Profesor Jan Kreft autor książek „Władza algorytmów” i „Władza platform”, w swoich publikacjach opisywał mechanizm w jakim platformy i algorytmy zarządzają naszym życiem i dostępem do informacji. Dzisiaj zwroty „władza algorytmów” czy „władza platform” nabierają szczególnego znaczenia. Facebook, Instagram, X, TikTok, YouTube czy Google nie są jedynie cyfrowymi tablicami, na których jeden podmiot umieszcza informację, a drugi ją odczytuje. Platformy organizują dostęp do treści. Ustalają ich kolejność, rekomendują je, klasyfikują i personalizują. Nie widzimy wszystkiego, co zostało opublikowane przez obserwowane przez nas osoby i instytucje. Widzimy wybór dokonany przez system.

Oczywiście nie oznacza to, że za każdym razem ktoś w siedzibie technologicznej korporacji decyduje, że obywatel Polski ma nie zobaczyć komunikatu ministra czy RCB. Mechanizm jest znacznie bardziej złożony – i właśnie dlatego stanowi problem. O widoczności decydują systemy zaprojektowane przede wszystkim do realizowania celów platformy. Uwzględniają zachowania użytkownika, jego wcześniejszą aktywność, popularność treści, prawdopodobieństwo interakcji i szereg innych parametrów. Państwo może kontrolować treść komunikatu i moment jego publikacji. Nie kontroluje jednak całej infrastruktury jego dystrybucji.

Medioznawca profesor Stanisław Jędrzejewski, analizując przemiany mediów publicznych, posługuje się bardzo trafnym pojęciem „widoczności publicznej” – zdolności docierania do odbiorców mimo algorytmicznego pośrednictwa. Problem ten wykracza jednak poza media publiczne. Dotyczy również samego państwa. Ministerstwo może opublikować komunikat. RCB może umieścić ostrzeżenie w mediach społecznościowych. Policja może poinformować o zagrożeniu. Sanepid może wydać zalecenie. Ale państwo nie ma gwarancji, że użytkownik platformy tę informację zobaczy. Publikacja nie jest tym samym co dystrybucja. Dystrybucja nie jest tym samym co dostęp. A dostęp nie oznacza jeszcze odbioru.

Dwie różne logiki

Najlepiej widać to na przykładzie komunikowania kryzysowego. Jeżeli państwo uznaje określoną informację za wystarczająco ważną, może wykorzystać mechanizmy stworzone specjalnie po to, aby ominąć zwykłą logikę rynku informacyjnego. Przykładem jest Alert RCB. Kiedy na określonym obszarze pojawia się zagrożenie, wiadomość może zostać skierowana do znajdujących się tam użytkowników telefonów komórkowych. Operator nie analizuje, czy odbiorca wcześniej interesował się bezpieczeństwem, pogodą albo sytuacją kryzysową. Nie konkuruje też ona o uwagę z filmem znajomego, reklamą butów i najnowszym politycznym sporem. W środowisku platformowym logika jest inna. Państwo może opublikować komunikat na Facebooku, X czy Instagramie, ale sama publikacja nie tworzy analogicznej gwarancji jego ekspozycji.

I tutaj pojawia się asymetria prawna, o której w debacie o bezpieczeństwie informacyjnym mówi się zdecydowanie za mało.

Prawo przez dziesięciolecia rozwijało instrumenty odnoszące się do nadawców, wydawców, operatorów telekomunikacyjnych czy sytuacji kryzysowych. Tymczasem platforma nie jest po prostu kolejnym wydawcą. Funkcjonuje w innym modelu prawnym, mimo że w praktyce może odgrywać ogromną rolę w określaniu widoczności informacji.

Unijny Akt o usługach cyfrowych – DSA – wprowadził wobec największych platform m.in. obowiązki związane z przejrzystością systemów rekomendacyjnych i ryzykami systemowymi. To istotna zmiana. Tylko, że przejrzystość nie jest gwarancją widoczności.

Nie istnieje prosty odpowiednik Alertu RCB nakazujący platformie umieszczenie zwykłego komunikatu instytucji państwa na ekranie użytkownika tylko dlatego, że polskie państwo uważa tę informację za istotną.

W efekcie dochodzimy do paradoksu: państwo może mieć większą kontrolę nad dotarciem alarmowego SMS-a do telefonu obywatela niż nad widocznością własnego komunikatu opublikowanego na oficjalnym profilu obserwowanym przez tego samego obywatela.

Nie zdobywamy informacji tak jak kiedyś

Problem staje się istotniejszy wraz ze zmianą naszych przyzwyczajeń. Jeszcze kilkanaście lat temu naturalną drogą do informacji w internecie było wejście na stronę konkretnego medium, portalu albo instytucji. Dziś informacja coraz częściej sama „przychodzi” do użytkownika: w feedzie platformy społecznościowej, rekomendacji, wynikach wyszukiwania albo powiadomieniu. To kolosalna zmiana. W pierwszym modelu użytkownik wybierał źródło i szukał w nim informacji. W drugim najpierw otrzymuje informację wybraną przez pośrednika, a dopiero później – czasami – dociera do źródła.

Dlatego tak interesujące będą dane o zmianach ruchu na stronach serwisów informacyjnych. Jeżeli coraz mniejsza część odbiorców wchodzi bezpośrednio na strony wydawców, nie jest to wyłącznie problem ich modeli biznesowych. Z perspektywy bezpieczeństwa informacyjnego oznacza to rosnącą rolę infrastruktury znajdującej się pomiędzy źródłem informacji a odbiorcą. A właśnie teraz następuje kolejna zmiana.

Google nie musi już prowadzić nas do odpowiedzi. Może odpowiedzieć sam

Przez lata wyszukiwarka była pośrednikiem specyficznym. Zadawaliśmy pytanie, a Google przedstawiał listę stron, na których mogliśmy znaleźć odpowiedź. Układ linków był kształtowany przez najbardziej znany algorytm - Page Rank. Ostateczny wybór źródła pozostawał po naszej stronie. Rozwój generatywnej sztucznej inteligencji zaczyna zmieniać także ten model.

Google AI Overviews może umieścić nad tradycyjnymi wynikami gotową odpowiedź syntetyzującą informacje pochodzące z różnych źródeł. Użytkownik nie musi już przechodzić do strony, z której pochodzi informacja. Skala zmiany zaczyna być mierzalna. W badaniu Pew Research Center obejmującym niemal 69 tys. wyszukiwań Google użytkownicy, którym pokazano AI Overview, klikali w link znajdujący się w takim podsumowaniu w około jednym przypadku na sto. Jeszcze raz: jeden na sto.

To nie jest wyłącznie problem wydawców martwiących się o ruch na swoich stronach. Wyobraźmy sobie obywatela, który nie szuka informacji o wyniku meczu, przepisie na kolację czy nowym telefonie. Chce wiedzieć, co państwo mówi o konkretnym zagrożeniu, zmianie przepisów albo zdarzeniu kryzysowym. W klasycznym modelu wyszukiwarka mogła skierować go do gov.pl, RCB, ministerstwa czy innego źródła publicznego. W modelu generatywnym może najpierw otrzymać syntezę tego, co – według systemu – wynika z dostępnych źródeł. To fundamentalna różnica. Platforma społecznościowa współdecyduje o tym, czy zobaczymy komunikat. Generatywny pośrednik może dodatkowo współdecydować o tym, w jakiej formie poznamy jego treść.

A co, jeśli pośrednik się pomyli?

To pytanie przestaje być czysto hipotetyczne. Badania porównujące tradycyjne wyszukiwanie z generatywnymi narzędziami pokazują, że systemy AI mogą inaczej rozpoznawać kontekst zapytania i hierarchizować źródła. W jednym z eksperymentów dotyczących bieżącego tragicznego zdarzenia w Lizbonie ChatGPT i Gemini potrafiły potraktować zapytanie jako dotyczące atrakcji turystycznej, podczas gdy klasyczna wyszukiwarka prawidłowo rozpoznawała aktualny kontekst informacyjny.

Nie oznacza to, że tradycyjne wyszukiwarki są nieomylne ani że generatywna AI zawsze udziela błędnych odpowiedzi. Pomiędzy źródłem a odbiorcą pojawia się system, który nie tylko przekazuje lub szereguje informacje, ale może je interpretować, łączyć i syntetyzować. Z punktu widzenia państwa oznacza to kolejny stopień utraty kontroli nad drogą własnego komunikatu. Najpierw państwo przestało kontrolować całą jego dystrybucję. Następnie algorytmy zaczęły współdecydować o jego widoczności. Teraz system generatywny może wpływać również na formę, w której obywatel pozna jego treść.

Bezpieczna informacja to nie tylko informacja prawdziwa

Dlatego Rok Świadomości i Bezpieczeństwa Informacyjnego nie powinien sprowadzać się do kolejnej kampanii przeciwko fake newsom. Oczywiście musimy zwiększać odporność społeczeństwa na dezinformację. Musimy rozpoznawać operacje wpływu, przeciwdziałać manipulacji, rozwijać edukację medialną i uczyć się funkcjonowania w świecie generatywnej sztucznej inteligencji. Ale bezpieczeństwo informacyjne ma również drugą stronę. Państwo musi być zdolne nie tylko do wytworzenia prawdziwej i wiarygodnej informacji. Musi posiadać zdolność skutecznego dotarcia z nią do obywatela. Wydaje się, że dzisiaj te dwie zdolności nie są tym samym.

fakenews, dezinformacja

Możemy mieć znakomicie przygotowany komunikat, opublikowany we właściwym czasie na oficjalnej stronie i oficjalnym profilu. Jeżeli jednak jego droga do odbiorcy prowadzi przez infrastrukturę, której zasad działania państwo nie ustala, nie możemy zakładać, że publikacja oznacza skuteczne poinformowanie społeczeństwa.

Nie oznacza to, że państwo powinno decydować o tym, co każdy obywatel ma widzieć w mediach społecznościowych. Taka odpowiedź byłaby groźniejsza od problemu, który próbujemy rozwiązać. Oznacza natomiast, że potrzebujemy poważnej rozmowy o statusie komunikatu publicznego w cyfrowym środowisku informacyjnym, szczególnie w sytuacjach istotnych dla bezpieczeństwa, zdrowia i funkcjonowania państwa.

Musimy również wiedzieć, jakie zasady powinny obowiązywać wtedy, gdy komunikat instytucji publicznej zostaje nie tylko rozpowszechniony przez prywatnego pośrednika, lecz także streszczony lub zsyntetyzowany przez system generatywny. W 2027 roku pytanie o bezpieczeństwo informacyjne nie może brzmieć wyłącznie: jak ochronić obywatela przed fakenewsem? Powinniśmy zadać także drugie pytanie: jak zagwarantować obywatelowi dostęp do informacji prawdziwej, kiedy mówi do niego państwo? Państwo może mówić. Może nawet mówić bardzo głośno. Pozostaje pytanie, czy jeszcze je słyszymy.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Źródło zewnętrzne
oprac. Iga Leszczyńska

Doktor nauk społecznych w dyscyplinie nauk o bezpieczeństwie, absolwentka Wojskowej Akademii Technicznej. Stopień doktora uzyskała na podstawie rozprawy pt. "Koncepcja systemu bezpieczeństwa socjalnego Polski z uwzględnieniem zjawiska prekariatu", poświęconej wyzwaniom współczesnej polityki społecznej i rynku pracy. Specjalizuje się w zagadnieniach dotyczących polityki rodzinnej, rynku pracy oraz systemu zabezpieczenia społecznego.

Zobacz wszystkie artykuły tego autoraW epoce AI każdy prawnik może zostać Napoleonem »
Zapisz się na newsletter
Zapisz się na newsletter Forsal.pl „Bezpieczeństwo” i otrzymuj najważniejsze informacje dotyczące bezpieczeństwa w Polsce i na świecie.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj