Jego zdaniem w głosowaniu ustalono nie tylko nowe zasady delegowania pracowników, ale również symbolicznie nowe zasady konkurowania na rynku wewnętrznym. "A te zasady są czytelne. Grupa najbogatszych państw ustala, kto, czy i na jakich zasadach może konkurować z nimi na rynku wewnętrznym" - powiedział PAP.

Jak podkreślił, znamienne jest to, że przeciwko ograniczeniu delegowania pracowników poniżej 24 miesięcy była nawet sama Komisja Europejska oraz Europejska Konfederacja Związków Zawodowych. W jego opinii w kontekście wprowadzenia równych zasad wynagradzania pracowników delegowanych ograniczenia czasu świadczenia usługi do 12 miesięcy nie można uzasadnić ochroną praw pracowników czy uczciwej konkurencji. "Ta decyzja była więc czysto polityczną emanacją siły bogatej Europy z prezydentem Macronem na czele wobec jej biedniejszych peryferii" - zauważył.

Rada UE ustaliła, że okres delegowania wyniesie 12 miesięcy, z możliwością przedłużenia o 6 miesięcy. Delegowanie rozumiane jest jako wykonywanie tych samych usług w tym samym miejscu przez jednego pracodawcę delegującego, nawet jeśli zmieniają się pracownicy. "Już teraz można przewidzieć, że zgody na przedłużenie polskim firmom nie będą przyznawane" - mówi jednak Schwarz.

Jego zdaniem sukcesem Polski w poniedziałkowych negocjacjach ws. dyrektywy jest "odłożenie wyroku o 4 lata (okres przejściowy dla nowych przepisów) oraz kilka istotnych doprecyzowań dotyczących zasad wypłaty diet oraz zwrotu kosztów za transport, zakwaterowanie i wyżywienie".

Rada Unii Europejskiej przyjęła we wtorek stanowisko ws. pracowników delegowanych. Państwa UE próbowały znaleźć kompromis w sprawie jej zapisów przez kilkanaście godzin. Ostatecznie dokumentu nie poparły Polska, Węgry, Litwa i Łotwa. Od głosu wstrzymały się Wielka Brytania, Irlandia i Chorwacja.

Przegłosowane przy sprzeciwie m.in. Warszawy porozumienie przewiduje ograniczenie okresu delegowania do 12 miesięcy, przy czym będzie można wystąpić w określonych przypadkach o dodatkowe 6 miesięcy. KE proponowała 24 miesiące, co było również krytykowane przez Polskę. Ostatecznie państwa członkowskie zaakceptowały jeszcze bardziej niekorzystną dla nas propozycję Francji, by delegowanie wynosiło maksymalnie rok. Polska, której firmy transportowe są potęgą na europejskich drogach, domagała się też wyłączenia z zakresu stosowania przepisów kierowców. Takich zapisów nie udało się jednak uzyskać.

Szefowa MRPiPS Elżbieta Rafalska powiedziała w poniedziałek, że w negocjacjach między państwami członkowskimi UE Polsce nie udało się osiągnąć kompromisu w takim wymiarze, jakiego oczekiwaliśmy. Zwróciła jednak uwagę, że z punktu widzenia Polski korzystne jest wprowadzenie czteroletniego okresu przejściowego na dostosowanie się firm do nowych przepisów.

Poniedziałkowe porozumienie (przyjęcie podejścia ogólnego przez państwa członkowskie) nie kończy prac nad przepisami, ale otwiera drogę do dalszych negocjacji z Parlamentem Europejskim. Sprawy, co do których i europosłowie, i Rada UE się zgadzają (czyli m.in. pozostawienie w zakresie dyrektywy transportu), są w zasadzie już nie do zmiany. Komisja zatrudnienia i spraw socjalnych PE proponuje jednak dłuższy niż Rada UE, bo 24-miesięczny okres delegowania, co daje szanse na lepsze z punktu widzenia polskich firm rozwiązania.

Odnosząc się do wyników głosowania na forum Rady UE, minister ds. europejskich Konrad Szymański podkreślił, że "to nie koniec walki o zasady delegowania w Europie". Wiceminister wskazał jednocześnie, że koalicja z udziałem Polski "skutecznie zablokowała przyjęcie francuskich rozwiązań w sprawie transportu międzynarodowego i przeniosła spór o zasady dotyczące transportu do negocjacji pakietu mobilności, które będą prowadzone na forum Rady ds. Transportu".

>>> Polecamy: Jeśli rezydent wyjedzie za granicę, będzie musiał zwrócić stypendium?