Jednak w gruncie rzeczy ważniejsze są inne powody, dla których o obniżeniu podatków w Polsce możemy zapomnieć na długo, niezależnie od tego czy po wyborach dalej będzie reguły prawne ustalał w Polsce obecny czy nowy rząd. Jest to przede wszystkim trudny do opanowania deficyt w budżecie państwa, rosnące koszty obsługi zadłużenia i konieczność ponoszenia wysokich wydatków na politykę obronną.
Dodajmy, że narastający od lat problem niewydolności systemu emerytalnego w Polsce, choć może okazać się kluczowy, obecnie wypada blado.
Miało być podwojenie kwoty wolnej w PIT z 30 000 zł do 60 000 zł.
Tej obietnicy wyborczej rząd jednak nie ma zamiaru spełniać. Jako wariant pocieszenia w obietnicy niższych podatków rząd zapowiada podwyższenie drugiego progu podatkowego ze 120 tys. zł do 130 tys. zł oraz wprowadzenie progu pośredniego ze stawką podatku 24 proc.
Rewolucja w PIT: podwojenie kwoty wolnej w podatku dochodowym co by dało
Tak, tylko podwojenie kwoty wolnej oznacza obniżenie podatków w Polsce – wszelkie inne korekty, nowelizacje zmiany – nie tylko ze względów na aktualny układ polityczny – nie mają szans na realizację. Zresztą nie rozwiązują żadnych problemów, a już na pewno nie mogą być traktowane jako liczący się bonus w wyborach do polskiego parlamentu.
Podwojenie kwoty wolnej to kwestia, która pojawiła się w kampanii przed poprzednimi wyborami do polskiego parlamentu i co do korzyści jest klarowna. Zwalniając miesięczny dochód w wysokości do 5 tys. zł średnio miesięcznie praktycznie zwalnia z podatku większość emerytów – w tym wszystkich o najniższych świadczeniach.
W przypadku zarobkujących z własnej pracy jest uzupełnieniem dynamicznie rosnącego w ostatnich latach najniższego wynagrodzenia. Wiadomo już, że wyniesie ono od 1 stycznia 2027 r. 4 950 zł. Przy podwojonej kwocie wolnej oznaczałoby to że 2,3 mln pracujących na etacie czy zleceniu nie płaciłoby także w ogóle podatku dochodowego.
Oczywiście 600 zł miesięcznie zamiast obecnych 300 zł odjęte od podatku jest konkretną korzyścią także dla osób uzyskujących obecnie dochody wyższe od 5 000 zł średnio miesięcznie.
Warto przy tym zweryfikować pogląd, iż to strata dla budżetu państwa. To nie bajki liberałów, że niższe podatki napędzają gospodarkę co powoduje, że ubytek z niższego podatku jest kompensowany wyższymi wpływami do budżetu. Prosty przykład – każda złotówka, która zostaje w portfelu jest natychmiast opodatkowana przy robieniu z niej użytku: przy zakupach nawet 23 proc. VAT.
Nie licząc innych podatków i opłat, których w ostatnim czasie namnożyło się bez liku. Gdy zaś jest inwestowana jako oszczędności czy nadwyżka w domowym budżecie, 19 proc. zysku zabiera podatek Belki. Gospodarka zaś przy zwiększonym popycie zwiększa produkcję towarów i usług, a oszczędności zasilają biznes w formie kredytów.
To najprostszy schemat bilansu zysków i strat dla budżetu i gospodarki w związku z obniżeniem podatku dochodowego – w tym przypadku podwojeniem kwoty wolnej w PIT.
Zamiast rewolucji korekta w PIT: rząd ulży niewielu za cenę komplikacji w podatku dochodowym
Ostateczny projekt rządowych zmian w PIT od 2027 r. jest już ogólnie znany. Podobnie jak graniczące z pewnością przypuszczenie, że nie stanie się on obowiązującym prawem bowiem ustawa nowelizacyjna, nawet jeśli przejdzie całą ścieżkę legislacyjną zostanie zastopowana brakiem podpisu prezydenta.
To sprawia, że analizowanie deklarowanych przez rząd zmian sprowadza się do warstwy teoretycznej.
Zmiany zapowiedziane przez rząd w gruncie rzeczy miałyby poprawić sytuację finansową ok. 3,5 mln podatników z klasy średniej, którzy wskutek wysokiej inflacji głównie stali się ofiarami tak zwanej gilotyny podatkowej – ich dochody przekraczające średnio miesięcznie 10 tys. zł objęte są od nadwyżki rocznej 120 tys. zł stawką podatku PIT 32 proc.
Mając na względzie, że dodatkowo poza obowiązkowymi składkami na ubezpieczenia społeczne trzeba zapłacić 9 proc. składki na ubezpieczenie zdrowotne, podwyżki wynagrodzeń dla tej grupy są równoznaczne z oddaniem połowy już na wstępie w formie danin publicznych.
Tym osobom chciałby ulżyć rząd, rozbudowując tabelę podatkową. Miałby się w niej pojawić nowy próg objęty stawką PIT 24 proc. (dla dochodów przekraczających 130 tys. zł co w praktyce oznacza też, że podstawowa stawka 12 proc. obejmowałaby dochody nie do 120 tys., ale 130 tys. zł rocznie), a granica rocznych dochodów objętych podatkiem 32 proc. zostałaby przesunięta jeszcze dalej – do 150 tys. zł rocznie.
Dodać należy, że spośród tego grona 3,5 mln podatników, którzy zyskaliby na zmianach grupa uzyskująca największe korzyści (według szacunku mniej niż połowa wszystkich beneficjentów) zapłaciłaby rocznie mniejszy PIT o 3 600 zł (300 zł miesięcznie).
Nawet więc gdyby były realne szanse na takie zmiany w ustawie o podatku dochodowym od osób fizycznych można by bez żadnej przesady stwierdzić, iż obiecana rewolucja przybrała postać nieśmiałej korekty.
Takiej, która z określeniem niższe podatki nie ma praktycznie nic wspólnego.
Rewolucja w PIT: na niższe podatki trzeba poczekać. I to znacznie dłużej niż do 2027 roku – dlaczego?
Sprawiedliwszy system podatkowy – praca musi się opłacać: takim hasłem rząd promuje zapowiadane korekty w PIT. Trochę to absurdalne, bo dlaczego ma się opłacać tylko 3,5 mln podatników, nawet jeśli to elita wśród pracujących mająca kluczowe znaczenie dla wzrostu gospodarczego.
Brzmi to tak jakby dla rządu obojętne były realne dochody reszty podatników, lekko licząc grubo ponad 20 mln Polaków. Tymczasem dla nich priorytetem jest związanie końca z końcem przy upływie kolejnych miesięcy, bo nawet 12 proc. – plus oczywiście także 9 proc. składki na ubezpieczenie zdrowotne to ogromny ubytek od każdej dodatkowo zarobionej złotówki.
Dlatego nawet z politycznego punktu widzenia proponowana aktualnie korekta w PIT dla 3,5 mln podatników nie ma sensu.
Tym razem odmowa podpisu ze strony prezydenta zyska bowiem najprawdopodobniej poklask większości wyborców.
Ale to nie jedyna okoliczność, która sprawia, że nawet jeśli w kampanii wyborczej wrócą hasła podwojenia kwoty wolnej, zwolnienia z podatku emerytów czy zarabiających najniższą krajową, to ich realizacja – niezależnie od tego kto wybory wygra – jest wątpliwa.
Kiepski stan finansów publicznych, który zniechęcił obecny rząd do realizacji sztandarowej obietnicy podwojenia kwoty wolnej, roku na rok będzie coraz gorszy. W najbliższych latach więc można się spodziewać podnoszenia podatków a nie ich obniżki.
W praktyce może więc się okazać, że z rządowego projektu wejdzie w życie tylko jedna zmiana – stawka 24 proc., ale nie dla dodatkowego pośredniego progu podatkowego, ale zastępując obecną podstawową stawkę 12 proc.
Dziennikarz i redaktor od 1978 r. Z marką INFOR związany od 1995 r. z przerwą w latach 2011-2023. Najpierw był autorem artykułów i redaktorem papierowych czasopism m.in. naczelnym Prawa i Życia, Adwokata Domowego oraz I zastępcą redaktora naczelnego Dziennika Gazety Prawnej. Teraz, od października 2023 r. już jako dziennikarz i redaktor internetowy przygotowuje i publikuje artykuły na portalu INFOR.pl.
