Indie

Indie

źródło: Bloomberg

Gdy w 1993 r., po wyjściu wówczas już rosyjskich wojsk z Polski, ówczesny szef dyplomacji Krzysztof Skubiszewski definiował polską rację stanu, ani on, ani polskie elity nie miały wątpliwości, od czego zaczynać. Nadrzędnym celem i interesem Polski było „zakotwiczenie w zachodnim systemie instytucjonalnym”.

Podążyć za zmianą świata

Tak pozostało do dziś, chociaż świat mocno się w minionym ćwierćwieczu zmienił. Kryzys 2008 r. podminował amerykańską supremację, przynajmniej w wymiarze ekonomicznym i finansowym, wewnątrz Unii Europejskiej wywołał problemy na wielu płaszczyznach, ciągle jeszcze dalekie od rozwiązania, a na scenę światową wprowadził nową kategorię państw nazwanych wspólnie rynkami wschodzącymi, chociaż przed 2008 r. najczęściej stosowano wobec nich inny termin – Trzeci Świat.

Już ta zmiana nazewnictwa jest symboliczna, a przecież popierają ją dostępne statystyki: po 2008 r. nieco ponad 80 proc. całego globalnego wzrostu wypracowały właśnie owe rynki wschodzące, na czele z największymi z nich, skupionymi w utworzonym – co też znaczące – w czerwcu 2009 r. ugrupowaniu BRIC(S).

Do tego trzeba dodać drugą istotną cezurę, jaką było podważenie dotychczasowego pozimnowojennego systemu bezpieczeństwa – i to w podwójnym sensie: interwencji rosyjskiej na Ukrainie oraz pojawienia się Państwa Islamskiego (ISIS) na Bliskim Wschodzie.

Wszystko to razem prowadzi do jednego strategicznego wniosku: czas przemyśleć na nowo polską rację stanu, odejść od dotychczas jedynego, zachodniego azymutu i głęboko rozważyć, gdzie, z kim i jak się na nowo gospodarczo ułożyć.

>>> Czytaj też: Biznes w Rosji. Małe i średnie firmy są znacznie słabsze niż na Zachodzie

Początek w Chinach

Oczywiście logika nakazuje, byśmy zaczęli od państw BRIC, czyli Brazylii, Chin, Indii i Rosji, a przede wszystkim od Chin, bo one same ważą gospodarczo więcej niż wszyscy pozostali członkowie tego ugrupowanie razem wzięci (to właśnie z ich woli dodano do niego RPA, zmieniając przy okazji jego nazwę na BRICS).

Formalnie tak jest, szczególnie po wizycie prezydenta Bronisława Komorowskiego w Chinach w grudniu 2011 r., gdy podpisano mocno forsowane przez naszych partnerów porozumienie o strategicznym partnerstwie. Na jego mocy przybył do Warszawy, jako pierwszy od czasu zmiany systemu, ówczesny chiński premier Wen Jiabao i zaproponował nową formułę współpracy 16 + 1, a więc gospodarczego zaangażowania Chin (na wstępne projekty przeznaczono 10 mld dol.) w starannie rozpisanych aż 12 krokach w naszym regionie (od państw bałtyckich po postjugosłowiańskie).

Zaproponowano m.in. współpracę inwestycyjną, wspólne przedsięwzięcia i misje handlowe, spotkania eksperckie, wymianę stypendialną, a nawet wzajemną promocję turystyki. Chiny chciały też, by koordynatorem tej współpracy po europejskiej stronie była Polska, co szło jednak u nas opornie, bowiem, nie bez uzasadnienia, obawiano się w Warszawie, że inni będą na nas patrzeć podejrzliwie jako na narzucającego warunki.

Ostatecznie tak się stało, ale brak premier Ewy Kopacz na trzecim szczycie w Belgradzie w listopadzie 2014 r., podczas gdy wszystkie inne kraje reprezentowali premierzy, potraktowano po stronie chińskiej jako policzek (m.in. o nieobecności na szczycie i relacjach gospodarczych Polska – Chiny pisaliśmy w Obserwatorze Finansowym).

Chiny są ważne, coraz ważniejsze, a na dodatek chcą z nami współpracować gospodarczo, czemu dają wyraz na wiele sposobów (nawet niesławnej pamięci firma COVEC gotowa jest płacić zadośćuczynienie za niepowodzenia na naszym rynku). Podstawowy problem jest taki, że Chiny są dla nas za duże, a po drugie są trudnym, odmiennym kulturowo partnerem (to na tym sparzył się COVEC) wymagającym staranie wypracowanej strategii, której po naszej stronie brak. Po trzecie ze względu na swą masę i potencjał nie nadają się do działań dorywczych i ad hoc, tak chętnie promowanych przez naszą stronę i – jak to nazywam – dyplomacji wycieczkowej.

Owszem, polskie Ministerstwo Gospodarki (MG) zaangażowało się, opracowało specjalny program Go China, aktywnie implementowany także przez Polską Agencję Informacji i Inwestycji Zagranicznych (PAIiIZ), ale odnosi się nieodparte wrażenie, że para poszła w gwizdek i nie ma jej więcej, a realizacja tego „strategicznego partnerstwa” kuleje.

Wydaje się, że należytym wyjściem byłaby współpraca nie tyle z całymi Chinami, które są dla nas zbyt duże – i rozmiarem, i potencjałem gospodarczym, ile postawienie na poszczególne ich prowincje, często zbieżne co do potencjału i możliwości do Polski (np. Sichuan, skąd zaczęły odchodzić do Łodzi specjalne pociągi, czy prowincje na północnym wschodzie tego kolosa).

>>> Czytaj też: Polska, Rosja, Niemcy - wielkie starcie gospodarek

Indie gonią Chiny

W ślad za Chinami coraz szybciej idą Indie, które w ostatnim roku, pod charyzmatycznym przywództwem premiera Narendry Modiego jeszcze przyspieszyły. One, w przeciwieństwie do Chin, naszym regionem się jeszcze na dużą skalę nie zainteresowały, ale potencjał do współpracy jest tam przeogromny.

Indie są z jednej strony partnerem łatwiejszym, bo z mniejszą penetracją rynku przez obce kapitały i firmy niż w Chinach, ale z drugiej strony trudniejszym – ze względu na biurokratyczne bariery i blokady. Premier Modi zapowiada, że to zmieni. Oby!

To dobrze, że niedawno była w Indiach polska misja gospodarcza pod wodzą wicepremiera Janusza Piechocińskiego. Jeszcze lepiej, że przywiózł on od tamtejszych władz zaproszenie dla polskiego prezydenta. Niech jedzie, najlepiej tuż po wyborach i jeszcze w tym roku, bo rynek jest chłonny i mało dotąd spenetrowany! A już marzeniem byłoby porozumienie o strategicznym partnerstwie (oby lepiej implementowane po naszej stronie niż to z Chinami).

Afrykańskie wyzwania

Tak się składa, że trzecim partnerem, a zarazem kierunkiem naszego zaangażowania staje się RPA, w zestawieniu z powyższymi partnerami gospodarka wręcz lilipucia. Chodzi tu jednak o coś znacznie szerszego niż jedno państwo. Ostatnio pod kierownictwem Janusza Piechocińskiego, który nie ma takiej empatii i zrozumienia wobec Chin, jakie miał jego poprzednik Waldemar Pawlak, nasze MG zaczęło mocno promować projekt Go Africa, widoczny np. podczas obrad katowickiego Europejskiego Kongresu Gospodarczego.

Oprócz RPA wskazuje się w nim m.in. na Ghanę i Senegal, ale nadal można odnieść wrażenie, że trwa faza deklaracji, a nie wykonania. Wypada sobie tylko życzyć, by program nie podzielił dotychczasowych losów projektu Go China – istniejącego, ale nieco chromego.

Swój własny program Go Africa, ze sporym zaangażowaniem środków i pierwszymi sukcesami, prowadzi Jan Kulczyk, najbogatszy Polak. On z kolei idzie szeroka ławą, właśnie inicjuje w warszawskiej SWPS pierwsze w naszym regionie studia podyplomowe przygotowujące do prowadzenia biznesu w Afryce i powołuje się na argument, że według danych MFW za pięć lat z 20 najszybciej rozwijających się rynków na świecie aż 10 będzie zlokalizowanych w Afryce Subsaharyjskiej.

Jan Kulczyk koncentruje się jak dotąd na nieco niebezpiecznej (Boko Haram!), ale największej i bogatej w surowce Nigerii, ale nie stroni też od Etiopii, Angoli, Kenii czy Mozambiku. To dobry, interesujący kierunek i warto go nie tylko śledzić, lecz także należycie eksploatować.

Nieco inaczej jest z Ameryką Południową. Po 2008 r. sytuacja wyraźnie zmienia się także i tam, czego dowodem włączenie do grupy G-20, w grupie rynków wschodzących, aż trzech dużych państw tamtego regionu: Brazylii, Argentyny i Meksyku.

Polska nigdy na dużą skalę nie była tam obecna, bo było „za daleko”. Niewiele wskazuje na to, że coś się pod tym względem zasadniczo zmieni. Ameryka Łacińska, to nadal dla nas partner egzotyczny i daleki – geograficznie, ale chyba też mentalnie. W przeciwieństwie do Azji i Afryki, nikt poważny projektów szerokiej współpracy z tamtym kontynentem u nas nie forsuje, co chyba zrozumiałe. To nie znaczy, że nie powinniśmy przynajmniej uważniej niż dotąd śledzić, co się tam dzieje – a dzieje się wiele – i w sprzyjających okolicznościach, o ile by takie nastąpiły, także i tam się zaangażować.

Do grupy BRICS należy też Rosja, bardziej z racji potencjału niż charakteru. Jak wiemy, po Euromajdanie w Kijowie, aneksji Krymu i krwawych bojach w Donbasie ze zrozumiałych przyczyn pozaekonomicznych ten intratny rynek jeszcze na jakiś (trudny do sprecyzowania) czas jest dla nas stracony.

A gdyby zacząć od Turcji?

Jednakże zarówno Okręg Kaliningradzki, jak przede wszystkim wybrane państwa poradzieckie, a szczególnie Ukraina, Mołdawia i państwa kaukaskie mogą, a nawet powinny być przedmiotem naszego zainteresowana, mimo czasami bardziej, czasami mniej oczywistych trudności w biznesowych i gospodarczych kontaktach z nimi.

Kiedyś, przed „zakotwiczeniem” na Zachodzie, dość istotne – i intratne – były dla nas niektóre rynki na Bliskim Wschodzie, np. Libia czy Irak (oba państwa mocno teraz zdestabilizowane). Niespodziewane postanie i okrutne działanie ISIS, które przyniosło już także polskie ofiary w Tunezji, na pewno zmodyfikuje nasze afrykańskie projekty(zarówno ten MG, jak też pewnie Jana Kulczyka), w których całkiem słusznie do ciekawych kierunków zaliczano także Maroko czy Algierię. Trudno przypuszczać, by w obecnych warunkach te założenia zostały podtrzymane. Trudno też, niestety, spodziewać się, że bezlitosny i anachroniczny, ale zasobny ISIS nagle zniknie ze sceny, co stawia współpracę z całym obszarem Bliskiego Wschodu pod znakiem zapytania.

Tuż obok leży jednak jeszcze jeden jakże dynamicznie wschodzący rynek, jakim jest Turcja, z którą zaledwie w 2014 r. hucznie obchodziliśmy niebywałą rocznicę 600-lecia nawiązania stosunków dyplomatycznych. Przy tej okazji prezydent Bronisław Komorowski był w Turcji, a jej premier Ahmet Davutoglu w Polsce.

Cieszy bardzo, że w ślad za tym pod koniec marca 2015 r. do Ankary udał się szef naszej dyplomacji w towarzystwie niesłychanie licznej (ponad 150 osób) delegacji ekspertów, biznesmenów i przedsiębiorców. Licząca około 80 mln mieszkańców, tradycyjnie pozytywnie do nas nastawiona Turcja, to – jak wykazują wszelkie statystyki – jeden z najdynamiczniejszych wschodzących rynków w ogóle. A przecież leży tuż u europejskich bram i nie tak daleko od nas. Może to właśnie są te wrota, które powinniśmy otworzyć na początek?

Jedna kwestia pozostaje poza dyskusją: kurczowe trzymanie się dotychczasowego, wyłącznie prozachodniego azymutu, przy widocznych i odczuwalnych turbulencjach w łonie UE oraz relatywnym spadku ekonomicznego znaczenia Zachodu, to nic innego niż samodzielne skazywanie się na rolę do odgrywania na peryferiach. Czy tego chcemy? Czy taki stan rzeczy odpowiada naszym ambicjom? Oczywiście, że nie, ale stąd prosty wniosek: stawiajmy – wreszcie! – na wschodzące rynki.