Unia Europejska dokręca śrubę. Skala importu wymknęła się spod kontroli
5,8 mld paczek rocznie, z czego 93 proc. pochodzi z Chin. Taka jest gigantyczna skala napływu tanich przesyłek do Unii Europejskiej. Bruksela uznała, że dotychczasowe zasady przestały odpowiadać rzeczywistości i postanowiła przykręcić śrubę, którą wcześniej sama poluzowała.
Sukces takich platform jak Temu, Shein czy AliExpress nie wziął się znikąd. Jednym z jego fundamentów było obowiązujące w UE zwolnienie z cła dla przesyłek o wartości do 150 euro. Rozwiązanie miało pierwotnie ograniczać formalności i ułatwiać handel międzynarodowy. Z czasem stało się jednak jednym z filarów modelu biznesowego chińskich platform. Zamiast sprowadzać towary w dużych partiach, firmy mogły wysyłać do europejskich klientów miliony pojedynczych paczek o niewielkiej wartości.
Na tym problem się nie kończy. Produkcja w Azji odbywa się przy znacznie niższych kosztach pracy, a przedsiębiorstwa działają często w mniej restrykcyjnym otoczeniu regulacyjnym. Europejscy sprzedawcy muszą natomiast przestrzegać wymagań dotyczących bezpieczeństwa produktów, ochrony konsumentów, podatków i prawa pracy. W takich warunkach konkurowanie ceną z towarami kosztującymi zaledwie kilka złotych staje się dla lokalnych firm wyjątkowo trudne.
Bruksela zaczęła więc zmieniać reguły gry. Pierwsze uderzenie nastąpiło z początkiem lipca tego roku, kiedy wprowadzono cło w wysokości 3 euro na objęte nowymi zasadami małe przesyłki. To właśnie ta kwota zapisała się w świadomości konsumentów jako dodatkowy koszt zakupów z Chin. Rzeczywistość jest jednak bardziej skomplikowana. Jak wskazywał serwis next.gazeta.pl, sprowadzanie całej zmiany do 3 euro może być daleko idącym uproszczeniem.
„Ceny całkowicie odleciały”. Klienci już widzą różnicę
Zmiany w cenach nie umknęły uwadze kupujących. Na platformie Pepper pojawiły się komentarze osób, które zauważyły, że zakupy na chińskich serwisach przestały być tak atrakcyjne jak wcześniej.
„Co się stało z cenami? Całkowicie odleciały. Produkty na Ali nie podrożały o 3 euro, a często o kilkadziesiąt złotych, niezależnie czy kupujesz 1, 2 czy 6 sztuk. Fakt, druga sztuka kosztuje zazwyczaj mniej, ale są to kosmetyczne różnice” – narzeka jeden z użytkowników portalu Pepper, cytowany przez next.gazeta.pl.
Trudno się dziwić, że konsumenci zwracają uwagę przede wszystkim na rachunek. Jeśli produkt kosztował wcześniej kilka złotych, nawet stosunkowo niewielka dodatkowa należność może wyraźnie zmienić opłacalność zakupu. W przypadku części zamówień wzrost końcowej ceny może być też większy, niż sugerowałaby sama kwota 3 euro.
Pytanie brzmi jednak, czy zmiany rzeczywiście ograniczyły napływ przesyłek do Europy. Pierwsze dane wskazują, że po wprowadzeniu nowych zasad nastąpiło wyraźne hamowanie.
Mniej paczek z Chin. Ministerstwo Finansów pokazuje liczby
Jak informował resort finansów, w czerwcu odnotowano 4,24 mln zgłoszeń celnych dotyczących tego rodzaju przesyłek. W lipcu liczba spadła do około 2,1 mln.„Oznacza to spadek o 2 124 813 zgłoszeń, czyli o około 50,1 proc. w ujęciu miesiąc do miesiąca” – przytacza next.gazeta.pl, powołując się na odpowiedzi Ministerstwa Finansów udzielone Polskiej Agencji Prasowej.
Dla porównania, jeszcze w 2025 roku liczba zgłoszeń celnych dotyczących towarów z handlu elektronicznego wynosiła około 2 mln miesięcznie. Później nastąpił gwałtowny wzrost. Od początku 2026 roku każdego miesiąca rejestrowano już około 4 mln zgłoszeń.
Polacy sprowadzali coraz więcej, a część konsumentów mogła próbować zrobić zapasy przed wejściem nowych opłat. Lipiec przyniósł jednak wyraźne załamanie dotychczasowego trendu.
Nie oznacza to jeszcze, że zakupy na Temu czy Shein przestaną się opłacać. Pokazuje natomiast, że zmiany regulacyjne mogą wpływać na zachowania konsumentów, szczególnie gdy dodatkowe koszty zaczynają być odczuwalne przy niewielkich zamówieniach. A to dopiero początek. Od listopada dojdzie kolejna należność.
Od 1 listopada 2026 kolejna opłata. Ile zapłacą kupujący?
Unia Europejska przygotowała następny krok wymierzony w masowy napływ małych przesyłek spoza Wspólnoty. Państwa członkowskie zaczną pobierać nową opłatę manipulacyjną, która ma pokrywać koszty obsługi i kontroli ogromnej liczby paczek.
21 września 2026 roku Komisja Europejska przyjęła akt delegowany ustalający wysokość tej opłaty. Parlament Europejski i Rada UE miały trzydzieści dni na zgłoszenie ewentualnego sprzeciwu. Termin upłynął 21 października, a nowe rozwiązanie będzie stosowane od 1 listopada 2026 roku.
Nowa opłata będzie nakładana obok cła w wysokości 3 euro obowiązującego od 1 lipca 2026 roku. Choć pojedyncza należność może wydawać się niewielka, w przypadku towarów kosztujących zaledwie kilka euro może stanowić znaczną część wartości zamówienia.
Istotne jest również to, że cło nie musi być naliczane od całej paczki jako jednej całości. Znaczenie ma klasyfikacja taryfowa produktów. Jeśli zamówienie obejmuje towary należące do różnych podpozycji taryfowych, na przykład odzież i elektronikę, należność może objąć każdą z tych grup. W takim przypadku samo cło w wysokości 3 euro od każdej odpowiedniej kategorii oznaczałoby dodatkowe 6 euro.
Nowe rozwiązanie ma charakter przejściowy. Zgodnie z przyjętymi założeniami będzie obowiązywać do 1 lipca 2028 roku, z możliwością przedłużenia. Docelowo ma zostać zastąpione zwykłymi stawkami celnymi, naliczanymi po uruchomieniu unijnego centrum danych celnych.
Co to oznacza dla rynku? Chińskie platformy będą musiały szukać sposobów na ograniczenie dodatkowych kosztów i utrzymanie atrakcyjności cenowej. Jednym z najbardziej oczywistych kierunków jest zmiana logistyki i przenoszenie części operacji bliżej europejskich klientów.
– Nowe opłaty nie zakończą obecności azjatyckich platform w Europie, ale mogą przyspieszyć zmianę ich modelu logistycznego - wskazuje Adam Zając, dyrektor ds. rozwoju międzynarodowego w Alsendo, polskiej firmie technologicznej specjalizującej się w rozwiązaniach logistycznych dla e-commerce. - Wraz ze zmniejszaniem się przewagi cenowej coraz większego znaczenia nabiera cała obsługa po zakupie: szybkość i przewidywalność dostawy, wybór metody odbioru, śledzenie przesyłki i prosty zwrot. Dla europejskich sprzedawców oznacza to, że nie wystarczy już konkurować wyłącznie ceną – dodaje Adam Zając.
Chińskie platformy stawiają na europejskie magazyny
Dodatkowe opłaty nie oznaczają, że platformy spoza UE zamierzają wycofać się z europejskiego rynku. Przeciwnie, coraz większe znaczenie ma dla nich rozwój sieci magazynów na terenie Wspólnoty. Towary trafiające do takich centrów są odprawiane wcześniej, w ramach importu zbiorczego, zgodnie ze zwykłymi zasadami celnymi. Paczki wysyłane następnie z magazynów znajdujących się w UE nie podlegają już przejściowemu cłu w wysokości 3 euro, które dotyczy małych przesyłek nadawanych bezpośrednio spoza Unii.
Nie oznacza to, że towary sprowadzane do europejskich magazynów są wolne od należności celnych. Zmienia się przede wszystkim sposób ich rozliczania. Import zbiorczy pozwala inaczej zorganizować odprawę i ograniczyć zależność od modelu, w którym każdy pojedynczy zakup wysyłany jest bezpośrednio z Azji.
Korzyści są szersze niż tylko kwestie celne. Magazyn na terenie UE może oznaczać krótszy czas dostawy, bardziej przewidywalne terminy i łatwiejszą obsługę zwrotów. W ten sposób azjatyckie platformy mogą zbliżyć się do standardów, do których europejskich klientów przyzwyczaili lokalni sprzedawcy. Na znaczeniu może zyskać również planowany w Polsce podatek od wybranych usług cyfrowych.
Projekt ustawy o podatku rekompensującym od niektórych usług (UD385) przewiduje objęcie największych podmiotów cyfrowych, w tym operatorów wielostronnych platform, podatkiem w wysokości 3 proc. Projekt zakłada możliwość pomniejszenia należności między innymi o zapłacony CIT oraz wydatki na aktywa trwałe poniesione w Polsce.
W praktyce inwestycje w lokalną infrastrukturę, na przykład magazyny, mogłyby obniżyć zobowiązanie nawet do zera. To oznacza, że rozwijanie zaplecza logistycznego w Polsce mogłoby przynieść platformom korzyści nie tylko operacyjne.
Na razie nie ma jednak przesądzonego finału prac nad ustawą. Projekt pozostaje na etapie rządowym, a konsultacje zakończyły się pod koniec września. Rada Ministrów jeszcze go nie przyjęła. Obecne brzmienie przewiduje wejście przepisów w życie 1 stycznia 2027 roku, ale ten termin nie jest ostateczny.
Cena przestaje wystarczać. Klient chce też szybkiej dostawy
Przez lata chińskie platformy przyzwyczajały europejskich konsumentów do bardzo tanich zakupów zagranicznych. Wielu klientów akceptowało dłuższe oczekiwanie na przesyłkę, bo niska cena rekompensowała niedogodności. Teraz ta kalkulacja może się zmieniać. Im mniejsza różnica cenowa między ofertą chińskich platform a produktami dostępnymi w Europie, tym większego znaczenia nabierają kwestie, które wcześniej często schodziły na drugi plan.
Liczy się już nie tylko cena, lecz także szybkość i przewidywalność dostawy, dostępność lokalnych metod odbioru, możliwość śledzenia przesyłki i łatwość zwrotu. To właśnie w tych obszarach europejscy sprzedawcy mogą wykorzystać przewagę wynikającą ze znajomości lokalnych przewoźników, sieci punktów odbioru i preferencji klientów.
Nie oznacza to jednak, że mogą spokojnie czekać na osłabienie konkurencji z Azji. Rozbudowa europejskich magazynów przez chińskie platformy sprawia, że również one będą coraz częściej oferować krótsze terminy dostaw i lokalną obsługę posprzedażową.
Konkurencja będzie więc stopniowo przenosić się z poziomu samej ceny na jakość całego doświadczenia zakupowego. Wygrywać mogą ci sprzedawcy, którzy nie tylko przyciągną klienta ofertą, lecz także dotrzymają obietnicy złożonej w momencie zakupu.
– Im mniejsza będzie różnica cenowa, tym większą wagę klient przywiąże do całego doświadczenia zakupowego. Dostawa do wybranego automatu w ciągu jednego lub dwóch dni, bieżące śledzenie przesyłki i prosty zwrot mogą przesądzić o zakupie w lokalnym sklepie. Warunkiem jest jednak powtarzalność tych procesów, także przy sprzedaży na kilku rynkach jednocześnie – podkreśla Adam Zając.
Same bariery dla importu nie wystarczą. Europejski e-commerce ma własny problem
Ograniczanie przewagi cenowej platform spoza UE może otworzyć nowe możliwości przed europejskimi sprzedawcami. Nie oznacza to jednak, że samo podnoszenie kosztów importu rozwiąże wszystkie problemy rodzimego e-commerce. Równie ważne jest usuwanie barier utrudniających sprzedaż między państwami członkowskimi. W przeciwnym razie europejskie firmy mogą nie wykorzystać szansy, jaką stwarza zmiana zasad dotyczących przesyłek z Azji.
Sama Komisja Europejska w strategii jednolitego rynku zaliczyła do dziesięciu najbardziej dotkliwych barier między innymi skomplikowane zasady prowadzenia działalności w innych państwach członkowskich, rozdrobnione wymagania dotyczące opakowań oraz brak wspólnych standardów.
Dla mniejszych sklepów internetowych wejście na kolejny rynek oznacza znacznie więcej niż przetłumaczenie strony i uruchomienie reklam. Trzeba jeszcze poznać lokalne obowiązki, preferowane metody płatności, sieci przewoźników i zasady obsługi zwrotów. Każdy z tych elementów generuje koszty i wymaga czasu.
Jeżeli organizacyjne przeszkody związane z ekspansją zagraniczną pozostaną wysokie, nawet sprawnie działający sklep może nie wykorzystać osłabienia przewagi cenowej importu spoza UE. Chińskie platformy dysponują bowiem skalą, która pozwala im inwestować w logistykę, technologię i obsługę na wielu rynkach jednocześnie.
– Europejscy sprzedawcy mogą wykorzystać ten moment, ale potrzebują warunków pozwalających szybko uruchamiać sprzedaż na kolejnych rynkach. Każdy kraj ma własne preferencje klientów, sieci dostaw i wymagania formalne. Im więcej tych elementów uda się uprościć na poziomie regulacji i technologii, tym łatwiej lokalnym firmom będzie konkurować skalą i jakością obsługi – mówi ekspert Alsendo.
Bruksela patrzy nie tylko na paczki, ale też na wielkie przejęcia
Unia Europejska przygląda się chińskiej ekspansji nie tylko w kontekście tanich przesyłek. Przedmiotem zainteresowania Komisji są również inwestycje, które mogą zmienić układ sił na europejskim rynku handlu detalicznego.
Jednym z przykładów jest próba przejęcia przez chiński JD.com spółki Ceconomy, właściciela sieci MediaMarkt i Saturn. Komisja Europejska podejrzewa, że preferencyjne finansowanie, zachęty podatkowe lub dotacje otrzymane przez firmę w Chinach mogły wpłynąć na warunki transakcji i przyszłą pozycję połączonego podmiotu na unijnym rynku.
Dlatego 28 maja 2026 roku Komisja wszczęła pogłębione dochodzenie w tej sprawie. Spór nabrał dodatkowego wymiaru w sierpniu, gdy chińskie władze zakazały krajowym organizacjom i osobom współpracy przy wybranych działaniach dochodzeniowych UE. Jednocześnie JD.com zaproponował Komisji zobowiązania, co wydłużyło postępowanie.
Zgodnie z oficjalną kartą sprawy termin podjęcia decyzji przypada na 4 listopada 2026 roku. Komisja może zaakceptować zaproponowane zobowiązania, zakazać koncentracji albo uznać, że nie ma podstaw do zgłoszenia zastrzeżeń. Sprawa pokazuje, że Bruksela chce przyglądać się nie tylko temu, jak towary trafiają do europejskich klientów, ale też temu, na jakich warunkach zagraniczne podmioty rozwijają działalność i budują pozycję na unijnym rynku.
Koniec ultratanich zakupów? Raczej nowa rozgrywka
Ograniczenie przewagi cenowej platform spoza UE nie oznacza końca tanich zakupów z Chin. Bardziej prawdopodobny jest scenariusz, w którym zmieni się sposób organizacji całego handlu. Zamiast milionów pojedynczych paczek nadawanych bezpośrednio z Azji coraz większą rolę mogą odgrywać europejskie magazyny, szybsze dostawy i lokalna obsługa klienta.
Dla europejskich sklepów internetowych to szansa, ale nie gwarancja sukcesu. Samo podniesienie kosztów importu nie sprawi, że klienci automatycznie wrócą do lokalnych sprzedawców. Ci ostatni muszą jeszcze zadbać o konkurencyjne ceny, sprawną logistykę i wygodę zakupów.
Najbliższe miesiące pokażą, jak mocno nowe opłaty wpłyną na zachowania konsumentów i strategie chińskich platform. Jedno jest jednak pewne: przewaga oparta wyłącznie na bardzo niskiej cenie może przestać wystarczać.
Najwięcej zyskają te firmy, które już teraz uporządkują procesy dostaw i zwrotów, zainwestują w technologię oraz przygotują się do sprzedaży na kolejnych rynkach. Bez równoczesnego upraszczania handlu wewnątrz Unii europejskie przedsiębiorstwa mogą jednak nie zdążyć zająć miejsca, które zwolni się po ultratanich paczkach z Chin. Bruksela zmienia zasady gry. Teraz pytanie brzmi, kto najlepiej się do nich dostosuje.
Absolwentka politologii i dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim, także PR-owiec. Przez blisko dziesięć lat jej pasją było radio, gdzie prowadziła audycje i robiła reportaże, ostatecznie zwyciężyła magia mediów internetowych. Bliskie są jej tematy związane z rynkiem pracy i przedsiębiorczością. Lubi rozmawiać z ludźmi i opisywać ich historie, także te biznesowe, prowadzące do sukcesu. Prywatnie wielbicielka psów i kotów, górskich wędrówek, jazdy na nartach i podróży w miejsca nieoczywiste.

