Przez ponad trzy dekady, po zakończeniu zimnej wojny, strategia obronna NATO koncentrowała się przede wszystkim na powstrzymywaniu przeciwnika i niedopuszczeniu do zajęcia terytorium państw Sojuszu. Wojna w Ukrainie pokazała jednak, że samo zatrzymywanie wojsk na linii frontu nie wystarczy, by skutecznie osłabić potencjał militarny agresora.
NATO zmienia plany wojenne. Rosja nie będzie bezpieczna za frontem
O zmianie podejścia pisze "Wall Street Journal", opisując wnioski z pierwszego w historii NATO sympozjum poświęconego głębokim uderzeniom (ang. Deep Strike Symposium). Spotkanie odbyło się w połowie 2026 roku w belgijskim Mons. Wzięli w nim udział najważniejsi dowódcy Sojuszu, w tym Naczelny Dowódca Sojuszniczych Sił NATO w Europie gen. Alexus Grynkewich.
Nowa koncepcja zakłada, że w przypadku rosyjskiej agresji odpowiedź NATO nie ograniczy się do obrony własnego terytorium i niszczenia jednostek przeciwnika zaangażowanych bezpośrednio w walkę. Celem mają być również obiekty, które zapewniają rosyjskiej armii możliwość prowadzenia działań, czyli zakłady zbrojeniowe, centra dowodzenia, infrastruktura logistyczna i inne elementy zaplecza wojskowego.
Podobne stanowisko przedstawiła ambasadorka Ukrainy przy NATO Alona Hetmanczuk. Zwróciła uwagę, że obrona powietrzna może ograniczać skutki ataków, ale nie rozwiązuje problemu u jego źródła. – Obrona powietrzna jest jak środek przeciwbólowy. Może łagodzić objawy, ale musisz wziąć na cel źródło bólu – podkreśliła ukraińska dyplomatka.
Założenia nowej strategii są zbieżne z koncepcją przedstawioną przez gen. Grynkewicha podczas niedawnej wizyty w Warszawie. Dowódca mówił wówczas o tzw. teorii zwycięstwa, według której skuteczna odpowiedź na rosyjską agresję powinna obejmować nie tylko działania obronne, lecz także konwencjonalne uderzenia w zaplecze przeciwnika.
Chodzi o cele, które umożliwiają rosyjskim siłom zbrojnym prowadzenie wojny, nawet jeśli same nie znajdują się w bezpośrednim sąsiedztwie frontu. W praktyce oznacza to możliwość rażenia infrastruktury wojskowej, zakładów produkujących uzbrojenie, magazynów i systemów odpowiedzialnych za dowodzenie.
Rosyjskie zaplecze na celowniku. NATO chce mieć gotowe plany ataku
Istotnym elementem koncepcji ma być wcześniejsze przygotowanie planów operacyjnych. Jak donosi "Wall Street Journal", NATO chce uniknąć sytuacji, w której po rozpoczęciu rosyjskiego ataku dopiero rozpocznie się polityczna dyskusja nad możliwą odpowiedzią. Wojsko miałoby dysponować zatwierdzonymi wcześniej scenariuszami działania, które można uruchomić w odpowiednich warunkach.
Realizacja tych założeń wymaga jednak odpowiedniego uzbrojenia. Przez lata europejskie państwa NATO zaniedbywały rozwój konwencjonalnych systemów pozwalających razić cele na odległość kilkuset, a nawet ponad tysiąca kilometrów. Wojna w Ukrainie przyspieszyła zmianę tego podejścia.
Ukraina pokazała, jak duże znaczenie mają uderzenia wykraczające poza bezpośrednią linię frontu. Oprócz atakowania rosyjskich jednostek i baz wojskowych wykorzystuje drony oraz pociski do rażenia rafinerii, zakładów przemysłowych, centrów danych i fabryk produkujących komponenty do bezzałogowców.
Potrzebę odbudowy takich zdolności dostrzega również polskie dowództwo. Dowódca Operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych gen. dyw. pil. Ireneusz Nowak w rozmowie z "WSJ" wskazał, że w przypadku konfliktu z Rosją Polska powinna mieć możliwość rażenia jej zaplecza wojskowego.
– W przypadku konfliktu z Rosją na pewno chcielibyśmy uderzyć w jej bazę przemysłowo-wojskową. (...) Przesłanie musi brzmieć: nie rób nic głupiego, bo możemy cię ukarać. Ale żeby być wiarygodnym, musimy mieć takie możliwości – stwierdził gen. Nowak.
Europa szykuje 48 projektów rakietowych. Polska jest wśród uczestników
Skala przygotowań jest już znacząca. Jak ocenia Fabian Hoffmann z Uniwersytetu w Oslo, specjalizujący się w uzbrojeniu rakietowym, w Europie prowadzonych jest co najmniej 48 projektów realizowanych z udziałem 20 producentów. Ich celem jest opracowanie nowej broni o zasięgu sięgającym setek kilometrów.
Jednym z przykładów jest pocisk Ruta Block 3, którego zakładany zasięg ma wynosić od 1500 do 2000 km. Kolejnym przedsięwzięciem jest europejski program ELSA, w którym uczestniczą Polska, Francja, Niemcy, Szwecja, Wielka Brytania i Włochy. Państwa te chcą wspólnie opracować system uzbrojenia o zasięgu co najmniej 500 km.
Zdolności do głębokich uderzeń nie są wyłącznie planem na przyszłość. Część państw Sojuszu Północnoatlantyckiego już teraz posiada pociski pozwalające razić cele oddalone o setki kilometrów. Największym potencjałem dysponują Stany Zjednoczone.
Amerykańskie Tomahawki i PrSM. NATO ma czym razić cele w głębi Rosji
Amerykański arsenał obejmuje pociski manewrujące Tomahawk, które mogą być wystrzeliwane zarówno z okrętów, jak i lądowych wyrzutni systemu Typhon. USA wykorzystują również lotnicze pociski JASSM i JASSM-ER o zasięgu od około 370 do 1000 km.
Uzupełnieniem tych możliwości są pociski balistyczne ATACMS, przeznaczone dla wyrzutni M270 MLRS i M142 HIMARS. Ich zasięg wynosi do 300 km. Amerykanie rozwijają także system PrSM, który już w obecnej wersji może razić cele oddalone o około 500 km. W kolejnych wariantach zasięg ma zostać zwiększony nawet do 1000 km.
Własnymi zdolnościami dysponują również europejscy członkowie NATO. Francja wykorzystuje morskie pociski manewrujące MdCN o zasięgu około 1000 km oraz lotnicze SCALP-EG, których zasięg szacuje się na 250–500 km. Pod oznaczeniem Storm Shadow takie same pociski znajdują się na wyposażeniu Wielkiej Brytanii i Włoch.
Do grona państw posiadających broń dalekiego zasięgu należą także Turcja, Holandia i Finlandia. Ankara rozwija rodzinę pocisków balistycznych Tayfun. Zasięg kolejnych wariantów ma wzrastać od około 800 km do nawet 1500 km w przypadku wersji Block 4. Turcja pracuje również nad pociskiem Yildirimhan, którego deklarowany zasięg ma wynosić 6000 km. Projekt znajduje się jednak na etapie demonstracji technologii.
Polska rozwija broń dalekiego zasięgu. Na liście także pociski Barracuda
Polska ma już część uzbrojenia pozwalającego razić cele na dużych odległościach, choć obecny potencjał pozostaje ograniczony. Wojsko dysponuje pociskami ATACMS wystrzeliwanymi z wyrzutni HIMARS. Ich zasięg wynosi do 300 km, ale liczba zamówionych egzemplarzy jest niewielka i wynosi 75 sztuk.
Równolegle Polska zamówiła pociski CTM-290 dla wyrzutni Homar-K. Są one odpowiednikiem amerykańskich ATACMS, a ich zasięg wynosi około 290 km. Rząd nie ujawnił jednak liczby zamówionych rakiet.
Kolejnym etapem ma być rozwój krajowej produkcji amunicji rakietowej. Polska przygotowuje się do uruchomienia produkcji pocisków CGR-080 o zasięgu około 80 km. W dalszej perspektywie ambicją jest uzyskanie zdolności do samodzielnego opracowywania i produkowania pocisków balistycznych o znacznie większym zasięgu.
Istotną rolę w realizacji tych planów ma odgrywać również lotnictwo. Polskie F-16 wykorzystują pociski manewrujące JASSM i JASSM-ER, które pozwalają atakować cele znajdujące się setki kilometrów od miejsca wystrzelenia. W przyszłości możliwości te mogą zostać uzupełnione przez samoloty F-35, dysponujące zaawansowanymi systemami wykrywania i ograniczoną wykrywalnością przez przeciwnika.
Warszawa rozwija ponadto własne bezzałogowce uderzeniowe dalekiego zasięgu. Wśród projektów znajdują się PLArgonia, Hornet, FlyFocus Striker, Husaria A1 i Gladius 2. Kolejnym przedsięwzięciem jest współpraca z amerykańskim Andurilem, w ramach której w Polsce ma ruszyć produkcja stosunkowo tanich pocisków manewrujących Barracuda.
Absolwent Uniwersytetu w Białymstoku. W swojej pracy analizuje globalną geopolitykę, modernizację armii oraz rozwój przemysłu zbrojeniowego.
Bogate doświadczenie w mediach zdobywał krok po kroku. Pracę w zawodzie rozpoczynał w Polska Press, a następnie rozwijał warsztat jako copywriter, dziennikarz i wydawca w ogólnopolskich portalach Interia oraz Wirtualna Polska.

