Arabska ropa w Polsce zaniepokoiła szefa Rosnieftu Igora Sieczina, który zarzucał Arabii Saudyjskiej dumping. Nerwowa reakcja jest nieprzypadkowa – na przełomie roku Orlenowi kończą się dwie duże umowy – właśnie z Rosnieftem i Mercurią, które zapewniały 70 proc. zużywanej przez koncern ropy. Zakup arabskiego surowca jest więc wyraźnym sygnałem, że kontrakty nie muszą być przedłużone. Ale na razie tylko sygnałem.

Orlen może grać na budowanie lepszej pozycji negocjacyjnej przed podpisaniem nowych kontraktów. Podobną politykę prowadzi zresztą i Lotos – w ostatnich tygodniach prezes Paweł Olechnowicz niemal przy każdej okazji mówił, że jego firma nie wyklucza zakupu arabskiej lub irańskiej ropy.

Obie polskie rafinerie przerabiają ok. 25 mln t ropy naftowej rocznie. Z tego ponad 90 proc. pochodzi z Rosji i trafia tam najprostszą i najtańszą możliwą drogą, czyli rurociągiem Przyjaźń.

>>> Czytaj też: Nie będzie Gazociągu Tureckiego. Rosja wstrzymuje wielki projekt inwestycyjny

Jak byłoby z ropą arabską? Musiałaby płynąć do nas tankowcami. Z tym nie byłoby problemu – zdolność przeładunkowa gdańskiego Naftoportu to 34 mln ton. Nie powinno być również problemu z dostarczeniem jej do rafinerii – przepustowość rurociągu Pomorskiego łączącego Gdańsk z Płockiem to ok. 30 mln ton. Wprawdzie rezygnacja z ropy rosyjskiej postawiłaby pod znakiem zapytania przyszłość rurociągu Przyjaźń.

Pierwsi asumpt do wątpliwości dali Rosjanie, przestawiając swój handel ropą na transport morski poprzez swoje rurociągi BTS i BTS-2 oraz porty Primorska i Ust Ługa. Warto jednak pamiętać, że na końcu tego rurociągu leży niemiecka rafinera Schwedt, której właścicielem jest Rosnieft.

Przez lata pokutowała opinia, że polskie rafinerie nie są technologicznie przystosowane do przerobu ropy innej niż rosyjska. To już teza nieaktualna – po serii modernizacji, jakie przeszły zarówno Orlen, jak i Lotos, mogą one przerabiać ok. 100 gatunków ropy. Po zakończeniu inwestycji EFRA w Gdańskiej rafinerii będzie mogła przerabiać najcięższe gatunki tego surowca, na przykład z Kanady.

Zresztą od czasu do czasu w polskich rafineriach była przerabiana już bliskowschodnia ropa, chociaż w śladowych w porównaniu z rosyjską ilościach. Nie dotyczy to jednak Możejek i czeskich rafinerii Orlenu, które są bardziej przestarzałe.

Mogą natomiast pojawić się bariery ekonomiczne. Ze względu na nieco większe koszty przerobu i transportu ropa arabska musiałaby być tańsza od rosyjskiej. Obecnie różnica wynosi ok. 3 dol. na baryłce – Saudi Aramco (państwowy koncern paliwowy) w ostatnich miesiącach kilkakrotnie obniżał cenę i wiele wskazuje na to, że chce wzmocnić swoją pozycję na rynku europejskim (dotychczas to ledwie nieco ponad 7 proc. ich eksportu). Do tego nasila się konkurencja w regionie – znacznie tańsza jest już ropa iracka, pojawił się na rynku surowiec kurdyjski, wszyscy czekają również na wejście na światowe rynki ropy irańskiej.

Rosja jednak polskiego rynku łatwo nie odpuści i to nie tylko ze względów politycznych. Polski kierunek to 10 proc. eksportu ropy, a warto przypomnieć, że rosyjski budżet opiera się na wpływach z handlu surowcami. To znacznie więcej niż określana jako „kontrakt stulecia” umowa Rosnieftu z chińskim CNPC (15 mln ton rocznie). Rosyjski budżet już cierpi z powodu niskich cen ropy i nie może sobie pozwolić na utratę kolejnych rynków.

Dlatego polskie rafinerie znalazły się w wygodnej sytuacji. Rynek tak strategicznego surowca, jakim jest ropa, przestaje być (pytanie, na jak długo) rynkiem dostawcy, a staje się rynkiem klienta. Nie musimy rezygnować z rosyjskiej ropy, ale też nie musimy jej kupować, bo już nie jesteśmy na nią skazani. Wszystko będzie zależało od biznesowej, a pewnie i politycznej kalkulacji.

>>> Czytaj też: Polska kupuje ropę od terrorystów? To propaganda Moskwy