To prawda, jest w Polsce grono artystów, którzy nie mają nic do powiedzenia i uznają, że najlepszym i najłatwiejszym sposobem na zaistnienie jest sprowokować, napluć na krzyż czy na Matkę Boską, sprofanować. Te najtańsze, obrzydliwe chwyty nie mają nic wspólnego ze sztuką.
Co roku jakiś tysiąc osób kończy u nas studia jako magistrowie sztuki i każdy chce zaistnieć jako artysta, każdy chce się wybić. Jeśli brakuje mu talentu, to szuka poklasku przez wymierzone w religię prowokacje. To najprostsze.
Może, lecz mnie proszę z tymi ludźmi nie kojarzyć, nie chcę być z nimi łączony w żaden sposób.
I Bereś miał rację.
Owszem, oskarżano, i co mam z tym zrobić? Jestem opluwany od 50 lat, dla takich ludzi jak Waldemar Łysiak performance to najpodlejszy rodzaj sztuki. I co? Przecież z tym się nie da polemizować.
Po kolei, bo zanim do tego doszło, zobaczyłem w Warszawie wielki billboard filmu „Skandalista Larry Flynt”, z mężczyzną ukrzyżowanym na kobiecym kroczu. Jednocześnie wyczuwalna była wielka fala new age i uznałem, że to czas, by wstrząsnąć ludźmi, spytać, czy wiedzą, co robią, i ponownie, jak Mojżesz, rozbić tablice z dziesięcioma przykazaniami. Robię więc performance, w którym ten gest powtarzam. Potem zdejmuję strój Mojżesza i wychodzę oklejony zdjęciami porno, na podłodze plakat „Skandalista Larry Flint”, a ja wyciągam Biblię, wyrywam kartki, zwijam w rulonik i wkładam w prezerwatywy...
Zaraz, zaraz, moment. To nie był koniec, bo z tych ruloników układam na podłodze napis „New Age”. Wtedy znów wchodzę jako Mojżesz, dmę w róg i rozbijam drugą tablicę z przykazaniami.
To skandal?
Cały wywiad przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP
