Od 12 lutego każda firma, która finansuje swoją inwestycję długoterminowym kredytem i zabezpiecza się przed wzrostem odsetek za pomocą kontraktu IRS, albo eksporter, który ustali sobie z bankiem kurs wymiany walut w dogodnym dla siebie terminie przez transakcję forward, zobowiązani będą przesłać sprawozdanie o takich operacjach do repozytorium, którym w Polsce jest Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych. To efekt dostosowania krajowych przepisów do regulacji unijnych, których celem jest większa przejrzystość obrotu instrumentami pochodnymi, zwłaszcza na rynku nieregulowanym (tzw. OTC).

Ale jest problem: nie wszystkie firmy, aktywne na rynku instrumentów pochodnych, wiedzą o nowych obowiązkach. Według szacunków niektórych bankowców przedsiębiorców spoza sektora finansowego, którzy korzystają z pochodnych, może być ok. 8 tys. Tymczasem do wczoraj KDPW wydał niespełna 2 tys. specjalnych numerów LEI, bez których złożenie raportu o transakcji jest niemożliwe.

– Poza tą liczbą złożono już 542 aplikacje wypełnione poprawnie, podmioty czekają na wydanie numeru. Jednak około 900 musi być poprawionych, bo dokumentacja była niepełna lub nieprawidłowa. Jeśli aplikacja jest poprawna, przyznanie kodu zajmuje 2–3 dni – mówi Iwona Sroka, prezes KDPW. I dodaje, że Krajowy Depozyt jest przygotowany na zalew wniosków o LEI w najbliższych dniach.

– Do obsługi i weryfikacji aplikacji zaangażowaliśmy dodatkowo na pewien czas pracowników innych zespołów, aby cały proces przebiegał jak najbardziej sprawnie. Ale zapewne jeszcze po 12 lutego będą do nas spływać aplikacje o kod LEI – przyznaje.

Prezes KDWP mówi, że Polska nie jest wyjątkiem: w całej UE przedsiębiorcy – zwłaszcza ci spoza sektora finansowego – nie mają wystarczającej wiedzy o nowych obowiązkach.

Mirosław Winiarczyk, dyrektor departamentu rynków finansów w Raiffeisen Polbanku, nie ma wątpliwości: nie wszystkie podmioty będą gotowe, żeby od jutra raportować swoje transakcje tak, jak wymaga tego od nich prawo.

– Jak na wprowadzenie tak istotnych zmian dla rynku nastąpiły one bardzo szybko przy braku dostatecznie szczegółowych informacji – mówi. I dodaje, że zwłaszcza w przypadku przedsiębiorstw niefinansowych nowy obowiązek to duże obciążenie. – Nawet wymóg uzyskiwania identyfikatorów LEI, który jest pierwszym etapem – każdy przedsiębiorca musi się o niego starać samodzielnie. Dla dużych firm, które przeprowadzają wiele transakcji na rynku pochodnych, to nie jest pewnie problem, ale dla mniejszych, uczestniczących w tym rynku od czasu do czasu to może być spore wyzwanie. One nawet często nie zdają sobie sprawy, że powinny mieć taki numer – podkreśla Winiarczyk.

Nowy obowiązek dotyczy nie tylko operacji zawartych po 12 lutego. Zgodnie z unijnymi regulacjami do KDWP powinny też trafić raporty o wszystkich transakcjach aktywnych 16 sierpnia 2012 r. i później. Bankowcy zachodzą w głowę, jak skłonić swoich byłych klientów – którzy dziś już nie kupują instrumentów pochodnych – do uzyskania numeru LEI i złożenia takiego sprawozdania. Tym bardziej że numer nie jest darmowy: w KDWP trzeba zapłacić za niego 480 zł netto, przedłużenie jego ważności po roku kosztuje kolejne 240 zł netto.

Zdaniem Mirosława Winiarczyka biorąc to wszystko pod uwagę, dobrze się stało, że decydenci nie zdążyli z przygotowaniem i uchwaleniem przepisów wprowadzających sankcje za brak złożenia raportu. Ministerstwo Finansów pracuje nad zmianą ustawy o obrocie instrumentami finansowymi, która takie kary dopiero ustanowi. Według propozycji resortu w przypadku przedsiębiorstw niefinansowych, które mają obowiązek składania sprawozdań z wynikami, grzywna mogłaby wynieść nawet 10 proc. przychodów – maksymalnie milion złotych.

>>> Czytaj też: Instrumenty pochodne: nie ma sankcji za brak raportu o transakcjach