Franciszek Liszt po wysłuchaniu poloneza z opery „Hrabina” miał powiedzieć z zachwytem, że poczuł „modrzewiową żywicę ze staropolskiego dworku”. A jakie było pana pierwsze wrażenie po spotkaniu z muzyką Stanisława Moniuszki?

Musiałbym się cofnąć do czasu dzieciństwa. Twórczość Moniuszki poznałem dzięki mamie, która była śpiewaczką, solistką i miała w repertuarze wiele pieśni tego artysty. A ja jako już zaawansowany w tamtym czasie pianista akompaniowałem jej podczas występów. Moniuszko jest więc w moim muzycznym krwiobiegu od zawsze. Podzielam wrażenia Liszta i myślę, że wielu Polaków jest podobnego zdania: w muzyce Moniuszki czuć ducha słowiańszczyzny, przez co jego dzieła są nam bliskie, nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy. To jest w zasadzie zestaw kodów kulturowych mocno osadzonych w naszej zbiorowej pamięci. Weźmy pierwszą z brzegu „Prząśniczkę”. Znane zawołanie: „Kręć się, kręć, wrzeciono” przetrwało do dziś i na dobre weszło do obiegu języka potocznego jako bon mot o popkulturowym potencjale. Moniuszko odcisnął wielkie piętno na świadomości kilku pokoleń.

W muzyce Moniuszki, którą pan przypomina na płycie, folklor przegryza się z dworskością, bo z jednej strony słychać kujawiaki i krakowiaki, a z drugiej polonezy. Był zatem artystą masowym czy salonowym?

I jednym, i drugim. Przyszło mu tworzyć w czasach, kiedy wyższe sfery, ale i tzw. prosty lud, tęskniły za utraconą polskością i czyniły starania, aby jakoś ją posklejać. Nasz kraj sprzed okresu rozbiorów postrzegano jako państwo, któremu ton nadawała szlachta chętnie powołująca się na sarmacki rodowód. Sam byłem zaskoczony, jak wielką karierę zrobił ów topos, kiedy wiele lat temu, odwiedzając National Gallery of Art w Waszyngtonie, zobaczyłem w jednej z głównych sal przepiękny, wielki obraz Rembrandta – „A Polish Nobleman”, czyli wizerunek polskiego szlachcica. I o tym świecie w tekstach do pieśni Moniuszki rozprawiają Jan Czeczot, Adam Mickiewicz czy Władysław Syrokomla, Stefan Witwicki – najwybitniejsi poeci z tamtego okresu.

Szlachcic u Moniuszki miał podtrzymywać w Polakach przekonanie, że choć kraj rozdrapali zaborcy, nadal jesteśmy wielkim i dumnym narodem?

Coś w tym jest. Taką rolę odgrywali także inni europejscy twórcy. Nie tylko Polski nie było wtedy na mapie, nie było też Włoch. Giuseppe Verdi pisał opery dla swoich rodaków właśnie ku pokrzepieniu serc. Brutalna polityka miała w XIX wieku decydujący głos i oddziaływała – przede wszystkim w negatywnym sensie – na całą Europę. Moniuszko tworzył muzykę również do poezji Wiktora Hugo czy Johanna Wolfganga Goethego, którzy zdecydowanie wypowiadali się na temat potrzeby politycznych zmian, np. odejścia od feudalizmu. Nie zapominajmy, że to były czasy wojen napoleońskich, rewolucji francuskiej, Wiosny Ludów, a w Warszawie nieudanego powstania listopadowego.

Dużo się mówi o odzyskaniu przez Polskę niepodległości w kontekście działań pragmatyków, którzy wykonali olbrzymią pracę organiczną. Gdzie tu miejsce dla niepoprawnych marzycieli, romantyków?

Żeby zrozumieć fenomen Moniuszki, trzeba zrozumieć właśnie fenomen polskiego romantyzmu, który w warstwie muzycznej i literackiej był erupcją wspaniałej twórczości genialnych kompozytorów i poetów. Z tego bogactwa skwapliwie skorzystał Józef Piłsudski, tworząc zręby pod niepodległość Polski również w sferze tradycji i kultury. To przecież on przeniósł prochy Słowackiego na Wawel w asyście setek tysięcy Polaków i powiedział o naszym wieszczu: „On królom był podobny”. Moniuszko, Chopin, a także poeci z Mickiewiczem, Norwidem i wspomnianym Słowackim na czele byli kluczowymi ogniwami mitu o nowej, wymarzonej Polsce.

Treść całego wywiadu można przeczytać w piątkowym weekendowym wydaniu DGP.

>>> Czytaj również: Gdy film robi się po myśli rządzących, to zazwyczaj nie da się go oglądać