Nagrodzimy tych, którzy zetną głowy Deepiki Padukone i Sandźaja Leeli Bhansali dziesięcioma koti, zadbamy też o ich rodziny – napisał w oświadczeniu Suradźpal Amu. 10 koti to 10 mln rupii indyjskich, ok. 1,5 mln dol. Prawdziwa fortuna. Ale też Padukone jest gwiazdą Bollywood, a Bhansali jednym z najzdolniejszych reżyserów indyjskiej fabryki snów. A tym, który nawołuje do mordu, nie jest terrorysta, lecz średniego szczebla działacz rządzącej partii BJP (Indyjskiej Partii Ludowej).

Tandem Padukone-Bhansali odpowiada za „Padmavat” – luźną adaptację legendy o romansie średniowiecznych władców: królowej Radźputów i muzułmańskiego władcy z Delhi. Historia ma wymiar co najwyżej mitu, bo ów muzułmański władca żył prawdopodobnie bardzo krótko (1296–1316), a o losach granej przez Padukone królowej źródła – poza wzmiankami – milczą. Zaś historia ich rzekomego romansu została ułożona w wiersz przez poetę piszącego dwa stulecia później. Tyle że każdy mit ma kontrlegendę. Nacjonaliści utrzymują, że władczyni Radźputów podczas szturmu wojsk muzułmańskich popełniła samobójstwo, by nie wpaść w łapy najeźdźcy. Jest więc dla nich symbolem rozciągniętego na pół tysiąclecia oporu przeciw podbojowi subkontynentu przez muzułmańskich Mogołów.

W obronie tego kontrmitu rozpętała się burza, na początek polityczna. Władze kilku stanów zabroniły organizowania seansów „Padmavat”. Rządząca partia i organizacje nacjonalistyczne przeciągnęły twórców po sądach wszystkich instancji, aż z końcem ubiegłego roku sprawa trafiła do Sądu Najwyższego. Trzy tygodnie temu jego sędziowie zdecydowali: nie ma powodu do blokowania filmu. Powołana ad hoc komisja weryfikacyjna autorytetów z branży filmowej też była powściągliwa – twórcom z Bollywood zalecono kilka zmian montażowych i kosmetyczny retusz tytułu (z „Padmavati” na „Padmavat”, czyli na tytuł średniowiecznego poematu).

Decyzja SN podpaliła Indie. Dosłownie, bo w ciągu kilkudziesięciu godzin na ulice wielu miast wyszły tysiące demonstrantów. Chaos ogarnął zwłaszcza północ kraju: Gudźarat, Radżastan, Madhja Pradeś, Himaćal Pradeś, Harjana i Uttar Pradeś. Te same regiony, w których bronili się Radźputowie. Teraz zapłonęły w nich kina i autobusy, na których wyżywali się demonstranci, paraliżując transport w niemal połowie państwa. Właściciele kin sami zaczęli się wycofywać z pokazywania filmu (choć po trzech tygodniach od kinowej premiery „Padmavat” zapowiada się na kasowy hit roku), a władze stanowe dostały do ręki poręczny argument na rzecz zakazu jego wyświetlania – tym razem chodzi o utrzymanie „prawa i porządku”.

„Smutne, że nasi politycy, aktywiści i członkowie satelickich grup hinduistycznych mają tak niewielką wiedzę historyczną. Zamiast wychodzić na ulice, powinni pójść do nauczyciela historii w najbliższej szkole albo wziąć podręczniki do historii swoich dzieci i dowiedzieć się, jak właściwie wyglądają dzieje tego kraju” – krytykował kąśliwie komentator znanego indyjskiego magazynu online „The Citizen”. Ale to wołanie na puszczy: obecne władze nie sięgną raczej po podręczniki. Prędzej napiszą nowe.

Skaza na indyjskiej kulturze

Pisanie już się zaczęło, choć na pierwszy ogień poszły przewodniki turystyczne. Kilka miesięcy temu władze najludniejszego regionu w Indiach – Uttar Pradeś – opublikowały nową wersję bedekera. Wśród polecanych atrakcji stanu znalazły się słabo znane świątynie hinduistyczne, za to zabrakło budowli, która jest symbolem subkontynentu – Tadź Mahal.

Charakterystyczną białą budowlę, symbol romantycznej miłości, odwiedza co roku 6 mln turystów. Ale to już bez znaczenia – Tadź Mahal stał się obiektem politycznie niepoprawnym. Mauzoleum wybudował władca muzułmańskiej dynastii Mogołów Śhahdźahan, ku pamięci zmarłej w połogu żony Mumtaz. Historycy sztuki nie mają wątpliwości, że budowla ma charakter islamski: począwszy od planu, przez szczegóły architektoniczne, po zdobienia – jest podręcznikowym przykładem tego, co w muzułmańskiej sztuce najbardziej spektakularne.

A jednak pół wieku temu, w marginalnych wówczas środowiskach skrajnych nacjonalistów lansowano tezę, że Śhahdźahan lekko przebudował starożytną świątynię Śiwy – a zatem mauzoleum jest arcydziełem hinduizmu. Tezę tę podrasował w głośnej książce z końca lat 80. historyk P.K. Oak – autor nie mniej śmiałego twierdzenia, że również Opactwo Westminsterskie to świątynia hinduistyczna, dziedzictwo podboju Europy przez hinduskich kolonizatorów w starożytności. W swoim czasie sprawa trafiła – jak „Padmavat” – do Sądu Najwyższego.

Obecne władze kraju lawirują między skrajnościami. Z jednej strony premier i lider BJP Narendra Modi zapewnił nie do końca jednoznacznie, że Tadź Mahal to „część indyjskiej przeszłości”. Z drugiej Jogi Aditjanath – słynący z radykalnych poglądów duchowny hinduski, z nadania BJP kierujący lokalnym rządem stanu Uttar Pradeś – zapowiedział, że jego podwładni nie będą już wręczać gościom zagranicznym pamiątkowych miniaturek budowli. Inny polityk BJP obwieścił, że mauzoleum jest „skazą na indyjskiej kulturze”.

Wiele wskazuje na to, że spór o Tadź Mahal może być zapowiedzią nadchodzącej burzy. Od dwóch lat toczy się dyskusja na temat Nowej Polityki Edukacyjnej (NEP, New Education Policy), jaką przygotowuje gabinet Modiego. Prace nad zmianami ciągną się niespiesznie, ale adwersarze Modiego twierdzą, że NEP ma być próbą „szafranizacji” kraju (od szafranowego koloru szat hinduistycznych duchownych, który stał się też symbolem indyjskiego ultranacjonalizmu). Odpowiedzialni za reformę oficjele zapowiadają większe „skoncentrowanie się na wartościach”, położenie nacisku na naukę sanskrytu, zapowiadają zmiany „mające położyć nacisk na korektę pokolonialnego stanu umysłów” mieszkańców subkontynentu. Niebędącym wyznawcami hinduzimu obywatelom przeszło miliardowego kraju od tych zapowiedzi – bez względu na to, jak bardzo mętnych – cierpnie skóra.

Przebłyski szafranizacji widać już na indyjskich uniwersytetach. Ich kampusy uchodziły za miejsca, w których dotychczas panowała większa wolność ducha i myśli. W murach Alma Mater indyjscy studenci mogli stosunkowo swobodnie dyskutować o religiach, przeszłości kraju, jego kulturowych słabościach – jak system kastowy, pozycja kobiet, bieżąca polityka, czy wreszcie o konfliktach politycznych z Pakistanem czy Chinami albo pełzającej wojnie domowej w Kaszmirze. W ciągu ostatnich trzech lat to się diametralnie zmieniło. Zaczęło się od samobójstwa studenta Rohitha Vemuli w styczniu 2016 r. – ten doktorant z Centralnego Uniwersytetu w Hyderabadzie zasłynął najpierw z krytycznej książki, zatytułowanej „Kasty to nie plotka”, potem z organizowania na uczelni demonstracji przeciw nacjonalizmowi, ale też przeciw wyrokom śmierci dla terrorystów ferowanym przez indyjskie sądy. Chłopak w końcu się doigrał: najpierw uczelnia wstrzymała mu stypendium, potem zaczęły go nachodzić nacjonalistyczne bojówki studenckie. Vemula sięgnął w końcu w tych sporach po argument ostateczny – powiesił się. To zmobilizowało do działania innych studentów z Hyderabadu, którzy wkrótce później zorganizowali protesty w obronie wolności słowa, a te rozlały się na inne uczelnie w kraju. Paradoksalnie jednak pozwoliły one wypromować się nacjonalistycznym organizacjom studenckim, które miały okazję zademonstrować swoją siłę – poprzez kontrdemonstracje.

>>> Czytaj też: Tradycyjne żółte taksówki mogą zniknąć z ulic Kalkuty. Powód? Technologie

Imperium Narodowych Ochotników

„Zobaczyłem, jak wyciąga z kieszeni pistolet. Kryjąc jak najstaranniej broń w złożonych dłoniach. Wyglądał, jakby chciał oddać hołd Gandhidżiemu za usługi oddane krajowi. Gdy Gandhi był od nas zaledwie o dwa metry, Nathuram wyszedł na środek przejścia i stanął z nim twarzą w twarz. Mając wciąż pistolet ukryty w dłoniach, powoli skłonił się, szepcząc: Namaste, Gandhidżi” – opowiadał jeden z organizatorów zamachu na Mahatmę Gandhiego. Gdy jedna z towarzyszek Mahatmy chciała go odsunąć, Nathuram Godse przystąpił do działania. „Odepchnął ją nagłym gestem i wycelował swoją berettę. Palec nacisnął na cyngiel i trzy kule ugodziły z najbliższej odległości w nagą pierś”.

„Indie amputowane, Indie zgwałcone żądały mocnego ramienia, żądały pomsty, oczyszczającego ciosu miecza, by odciąć się od tych, którzy stanęli na przeszkodzie walczącym o zmartwychwstanie hinduskiego narodu. Nathuram Godse będzie Nemezis Indii” – tak stan psychiczny mordercy Gandhiego opisywali autorzy poświęconej niepodległości i rozpadowi kolonialnych Indii książki „Noc wolności”, Dominique Lapierre i Larry Collins.

Ten stan ducha i retorykę można z powodzeniem przepisać do współczesnych materiałów propagandowych piewców „szafranowej rewolucji”. Choć właściwie nie trzeba nawet tego robić: Nathuram Godse był członkiem dwóch radykalnych hinduskich organizacji – Rashtriya Swayamsevak Sangh (Narodowe Stowarzyszenie Ochotników) oraz Akhil Bharatiya Hindu Mahasabha (Wszechindyjskie Wielkie Zgromadzenie Hinduskie). Pierwsza za kilka lat będzie obchodzić stulecie istnienia i jest dziś jedną z najpotężniejszych sił politycznych w Indiach oraz zapleczem rządu Modiego. Druga po śmierci Gandhiego rozprysła się na szereg niewielkich organizacji, które z czasem przerodziły się m.in. w rządzącą dziś BJP.

Przez kilka dekad po zamordowaniu Gandhiego nacjonaliści byli na cenzurowanym. Rządzący niepodzielnie subkontynentem Indyjski Kongres Narodowy skutecznie wypchnął skrajną prawicę na margines życia politycznego. Mógł sobie na to pozwolić, bo z jednej strony Indie przez dwie dekady toczyły kolejne wojny z Pakistanem, uwikłały się w konflikt z Chinami, więc rządy Kongresu miały możliwość mobilizowania Hindusów do obrony ojczyzny, a z drugiej strony partia skutecznie forsowała politykę wieloetnicznych i wielokulturowych Indii. Na to nałożyła się też dekada lat 80. – kiedy to konflikty międzynarodowe i społeczne nieco przycichły, a Indusi zagustowali w konsumpcji.

„Tzw. rewolucja dóbr konsumpcyjnych lat 80. oznaczała, że w ciągu dekady zaroiło się od anten satelitarnych, zmieniło się oblicze miast, rozkwitła kultura wszechobecnych reklam, wymyślnych sklepów, samochodów, telewizyjnych oper mydlanych, dóbr luksusowych – opisuje w pracy „The Saffron Wave” (Szafranowa fala) Thomas Blom Hansen, profesor Uniwersytetu Roskilde. – Dla środowisk nacjonalistów ta «inwazja» oznaczała kryzys i upadek dumy narodowej pod naporem «zachodniego kapitału i konsumpcjonizmu»”. Nie przypadkiem to w tym samym czasie w siłę zaczęły rosnąć zarówno partia BJP, jak i marginalizowana przez poprzednie niemal cztery dekady RSS.

We wspomnianym już stanie Uttar Pradeś, w miejscowości Ajodhja, w 1992 r. zwolennicy radykalnego nacjonalizmu urządzili gigantyczny wiec, na który ściągnęło 150 tys. ludzi. Protest odbywał się pod murami meczetu Babri Masdżid – wybudowanego na fundamentach zburzonej przed wiekami świątyni boga Ramy. Uczestnicy manifestacji niemal gołymi rękami rozszarpali wybudowany w XVI w. budynek. Wkrótce później wybuchły wielodniowe zamieszki w Mumbaju, w których zginęło 575 muzułmanów i 275 hindusów. Podobny pogrom powtórzył się dekadę później w – rządzonym przez Narendrę Modiego, i jeśli wierzyć jego przeciwnikom, za jego milczącą zgodą – stanie Gudźarat. W ciągu doby w kilku miastach stanu zginęło ponad tysiąc ludzi, w większości muzułmanów.

„W ciągu ostatniej dekady ruch hinduskich nacjonalistów, pod przewodnictwem RSS, przerodził się w najpotężniejszy konglomerat politycznych i kulturalnych organizacji w kraju – analizował Hansen u schyłku lat 90. – Nacjonalistyczny program polityczny, dyskurs i instytucje stopniowo spenetrowały codzienne życie i zyskują coraz większą uwagę we współczesnym indyjskim społeczeństwie”. Dzisiaj przejawia się to w najbardziej nawet prozaicznych obszarach: od usuwania muzułmańskich patronów ulic czy szkół po ograniczanie handlu wołowiną.

Szafranowa pajęczyna

Modi – symbol szafranowych przemian – nie ma dobrej prasy. „On przewodził jednej z największych zbrodni ludobójstwa we współczesnych czasach – pisze Mira Kamdar, indyjska politolog i autorka kilku książek o dzisiejszych Indiach, na temat masakry w Gudźaracie w 2002 r. „Po kłótni w pociągu, która przerodziła się w starcie, w którym żywcem spłonęło ok. 50 Hindusów, nastąpił krótki moment pozornego spokoju. Po czym wybuchła systematyczna masakra muzułmanów. Rząd Modiego przyłożył do tego rękę: listy wyborcze i inne dane władz służyły do identyfikowania muzułmańskich domów i przedsiębiorstw (...). Policja bezczynnie przyglądała się, jak ludzie są wywlekani ze swoich domów i mordowani w okrutny sposób” – opisuje Kamdar w książce „Planet India”.

Modi wywinął się z tych oskarżeń, choć jeden z jego ministrów został po latach skazany na kilkuletnią odsiadkę. Stracił jedynie wizę do Stanów Zjednoczonych: Amerykanie nie mieli większych wątpliwości co do jego roli. Modi próbował też prześladować część adwersarzy – np. indyjska aktywistka, aktorka i choreografka, Mallika Sarabhai, która w czasie masakry w Gudźaracie wysłała na ulice pracujące dla niej ekipy filmowe, została wkrótce po tych wydarzeniach oskarżona przez policję stanu Gadżarat o kierowanie siatką przemytników ludzi.

Dziś premier jak ognia wystrzega się kontrowersyjnych wypowiedzi. Ma zresztą od tego ludzi: takich jak Jogi Aditjanath, ale i rzesze anonimowych członków RSS, którzy na co dzień straszą indyjskich muzułmanów, chrześcijan czy sikhów. To od nich chrześcijanie z subkontynentu mieli regularnie słyszeć: nawracajcie się lub bądźcie gotowi umrzeć. Na uczelniach postrach sieje Akhil Bharatiya Vidyarthi Parishad (ABVP), młodzieżowa przybudówka RSS. Globalną organizacją lobbystyczną RSS jest z kolei Światowa Rada Hinduistyczna (Vishva Hindu Parishad, VHP). Zabiegi tej ostatniej, zmierzające do wymuszenia przepisania prac naukowych na temat Indii publikowanych przez amerykańskie uczelnie, doprowadziły w 2006 r. do burzliwych awantur z tamtejszymi naukowcami.

Ale hinduscy nacjonaliści nie szukają w świecie uznania. „Ultranacjonaliści są silnie zakotwiczeni w Stanach Zjednoczonych – pisze Mira Kamdar. – Istnieje cała plejada tzw. grup prohinduskich. Ich zasadnicza działalność polega na zaglądaniu do głębokich kieszeni Amerykanów o hinduskich korzeniach w poszukiwaniu środków na działalność. Szafranowymi dolarami finansują się BJP, RSS i VHP”. To eldorado może zresztą w przyszłości zostać znacznie ograniczone. Organizacje chrześcijan i sikhów złożyły bowiem w amerykańskich sądach pozwy przeciw RSS, zabiegając o wpisanie tej organizacji na czarną listę grup terrorystycznych prowadzoną przez Departament Stanu.

Niewykluczone zresztą, że i wsparcie hinduskiej diaspory wkrótce nie będzie radykałom potrzebne. Wrogość, jaka niegdyś dzieliła elity biznesowe i zniesmaczone „rozpasaniem i westernizacją establishmentu” środowiska szafranowej rewolucji, powoli znika. Do przyjaciół partii rządzącej i osobiście premiera Modiego zalicza się m.in. Mukesh Ambani, jeden z najbogatszych ludzi na kontynencie.

Paradoksalnie to Viacom 18 – firma producencka należąca do tego miliardera – jest współodpowiedzialna za nakręcenie „Padmavat”. Jak twierdzi magazyn „Forbes”, Viacom 18 wysupłał na tę superprodukcję 29 mln dol. i filmowcy z subkontynentu plotkują, że producenci obawiali się, iż film może się nie zwrócić. Całe zamieszanie i mobilizacja sympatyków BJP i RSS zostały więc wykreowane sztucznie, by dodatkowo nakręcić zainteresowanie widowiskiem. Tłum, który ruszył do kin na „Padmavat”, zapewne trudno zaliczyć do sympatyków rządzącej formacji – ale to jego pieniądze, wydane na bilety, trafią do imperium Ambaniego, a za jego pośrednictwem, być może, do BJP. W ten sposób szafranową rewolucję będą finansować jej potencjalni przeciwnicy. Intryga godna Bollywood.

>>> Polecamy: Wyroki śmierci, decyzje o moralności i małżeństwach. Sądy wojskowe decydują o życiu Hindusów