Ależ ja nim nie jestem.
(Śmiech) Nie jestem futurystą ani wróżbitą. Nie wiem, co się wydarzy jutro.
Byłbym kłamcą, gdybym śladem wielu „ekspertów” zapraszanych do telewizji twierdził, że posiadłem tajemną wiedzę o tym, co się zdarzy i próbował pana do tego przekonać. Nie wiem, czy język chiński będzie tak przydatny, jak się sądzi.
>>> Czytaj też: Czy człowiek osiągnie długowieczność? Maris: możemy dożyć nawet 500 lat
Analizowanie przyszłości dotyczy tak naprawdę tego, jak ludzie budują swoje wyobrażenia na jej temat. Bo myślenie o przyszłości cały czas się zmienia. Inaczej postrzegano ją 10 tys. lat temu, inaczej 200 lat temu i dekadę temu. Interesuje mnie, co sprawia, że jedni widzą przyszłość w jasnych, a inni w ciemnych barwach, jedni jako wynik zaplanowanego działania, inni jako rezultat przypadku, że dla niektórych przyszłością rządzi determinizm, inni widzą zaś sporo przestrzeni dla wolnej woli.
To powszechny błąd. Dam panu przykład. Zaczynałem karierę w 1982 r. jako ekonomista Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju. OECD była wtedy najważniejszą instytucją zajmującą się prognozowaniem gospodarczym. W tamtym czasie sprawdzaliśmy wyniki naszych wcześniejszych prac poprzez zderzanie ich z prawdziwymi wskaźnikami. Okazało się, że nasze prognozy były bardzo niedokładne i to zwłaszcza w aspektach najistotniejszych dla formułowania polityk gospodarczych, czyli np. w szacowaniu faz końcowych i początkowych danych trendów. Byłem zszokowany, gdy szefowie państw członkowskich OECD poinformowani o tych niedokładnościach, mimo wszystko decydowali się z naszych prognoz korzystać dalej, jakby były w 100 proc. trafne.
Powiedziałbym, że dostarczali to, czego ich obywatele od nich oczekiwali.
Poczucie pewności. Ludzie chcą, żeby przyszłość była przewidywana.
To tylko fragment wywiadu. Cały przeczytasz w świątecznym wydaniu Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP
