Jeśli nie powstaną wielkie bloki, jeśli nie przyspieszymy budowy elektrowni atomowych, wtedy blackouty, czyli totalne awarie, będą w najbliższych latach nieuniknione - alarmują energetycy. Cz rzeczywiście? A może energetycy tylko lobbują na rzecz branży?
Gra na emocjach i strachu to stara, wysłużona socjotechnika. Doskonale wykorzystywali ją przez lata lobby węglowe i potężni w tej branży związkowcy.
Koronnym argumentem za budową nowych wielkich bloków jest zwykle to, że w Polsce rośnie i będzie rosło zużycie energii, ponieważ jesteśmy krajem rozwijającym się i staramy się dogonić kraje bogate, a tam jej zużycie jest dużo większe. Często w takich przypadkach przytacza się przykład Norwegii, gdzie na osobę produkuje się ponad 28 MWh. W Polsce produkuje się na osobę 4,2 MWh, a więc siedem razy mniej. W Niemczech jednak zużywa się niecałe 8 MWh na osobę, co przytacza się już niezwykle rzadko, a to już nie siedem, tylko dwa razy mniej. Można uznać, że to także dla nas zły wynik, choć trudno porównywać stopień bogactwa Niemczech i Polski. Ciekawe zresztą, że niewielu pamięta o tym, że w produkcji ciepła bijemy Niemców na głowę. Produkujemy rocznie 6,3 MWh na osobę, a Niemcy tylko 2,7 MWh, czyli dwa razy mniej.

Nietrafione prognozy

Argumentem za budową nowych elektrowni mają być także prognozy zużycia energii na najbliższe dziesięciolecia. Okazuje się, że prognozy te zazwyczaj się nie sprawdzają, są poza tym skrajnie różne, zależnie od tego, kto je sporządzał. Ciekawe jest zestawienie prognozy francuskiego koncernu EDF z prognozą Polskiej Polityki Energetycznej do roku 2030. Otóż Francuzi zakładają, że w 2030 roku Polska będzie potrzebować 330 TWh, natomiast my sami zakładamy, że będziemy potrzebować 217,4 TWh, czyli niemal o jedną trzecią mniej. Trudno być może dziwić się takiej prognozie, jeśli wiadomo, że Polska planuje budowę elektrowni jądrowych, a Francuzi mają w tej dziedzinie duże doświadczenie.
– Prognozy są takie, jakie są interesy. A te są w energetyce korporacyjnej związane z wielkoskalowymi inwestycjami – komentuje prof. Jan Popczyk.
Energetycznym lobbystom warto zwrócić uwagę, że w latach 1994 – 2005 zużycie energii spadło o 6,1 proc. W ciągu ostatnich trzech lat zużycie energii spada nadal. Energochłonność gospodarki zmniejszyła się w tym czasie o blisko 5 proc. Jednak to nie wystarcza i, jak wskazuje dr inż. Waldemar Dołęga z Politechniki Wrocławskiej, nadal niesłychanie istotne jest promowanie działań proefektywnościowych.
Koronnym argumentem zwolenników szybkich i wielkich inwestycji w polskiej energetyce jest to, że polskie elektrownie są stare, zdekapitalizowane, muszą więc zostać wymienione na nowe bloki. W połowie są to zapewne argumenty słuszne, bo rzeczywiście elektrownie są wysłużone. Przytacza się na ten temat zresztą różne statystyki. Ogromna większość apelujących o inwestycje w energetyce opowiada się za budową wielkich bloków energetycznych. Ubolewa się, że z zapowiedzi budowy elektrowni węglowej wycofał się najpierw Vattenfall, później RWE. Można przypuszczać, że wiedzą, co robią. Być może oszacowali, ile w roku 2020 będzie kosztować zakup praw do emisji CO2.
Jeśli przyjąć za prawdziwą tezę, że polska energetyka będzie musiała wyłączać wysłużone bloki (choć nie stanie się to zapewne w takim tempie, jakim straszą nas energetycy), niekoniecznie trzeba zgodzić się z tezą, że potrzebne nam są głównie nowe wielkie bloki energetyczne oparte o tradycyjne surowce, czyli węgiel.
– Wielkoskalowa energetyka została cofnięta o 20 – 30 lat, natomiast w odnawialnych źródłach energii i energetyce rozproszonej świat wyprzedził nas o 10 lat – twierdzi prof. Jan Popczyk, który lansuje nowy typ energetyki opartej właśnie na odnawialnych źródłach, gdzie konsument staje się także producentem energii, stąd określa się go jako prosumenta.

Najpierw sieci

Energetyka odnawialna to wielki osobny temat, natomiast już dzisiaj najbardziej gorącym tematem polskiej energetyki powinny się stać inwestycje w sieć przesyłową. Jej stan jest rzeczywiście fatalny, co często widać gołym okiem. Zamiast walczyć o miliardy na nowe bloki oparte na węglu, z których nie będzie jak i czym przesłać energii, zajmijmy się budową i modernizacją linii przesyłowych, a także połączeń transgranicznych.
Wystarczy porównać polski system energetyczny z czeskim, w którym przy blisko czterokrotnie mniejszej liczbie ludności (Polska 38 mln, Czechy 10,5 mln) Czechy produkują tylko o połowę mniej energii (76 tys. GWh w 2009 r.) niż Polska (151 tys. GWh). Ten niewielki kraj ma połączenia transgraniczne ze wszystkimi stronami świata (siedem połączeń), a w ubiegłym roku wyeksportował ponad 13,6 GWh. Polska wyeksportowała nieco ponad 2 GWh.
Polska ma dwie transgraniczne linie z Niemcami, dwie z Czechami i jedną ze Słowacją. W praktyce możliwości międzysystemowej wymiany energii elektrycznej są ograniczone do ok. 500 MW ze względu na niekorzystny wpływ tzw. przepływów karuzelowych energii wiatrowej z północnych Niemiec przez Polskę i Czechy do landów południowych.
Wymiana międzysystemowa ze Szwecją odbywa się położonym na dnie Bałtyku kablem o maksymalnej przepustowości 600 MW. Ponadto PSE Operator jest właścicielem dwóch połączeń z Ukrainą (z czego jedno nie pracuje) i jednego z Białorusią (także wyłączone z ruchu). Obecne możliwości przesyłu energii elektrycznej połączeniami na granicach wschodnich wynoszą zaledwie 220 MW.

Import tańszy

A połączenia transgraniczne mogłyby być ratunkiem dla polskiego systemu energetycznego w przypadku braku krajowej mocy. Polskim odbiorcom mogłoby się to bardzo opłacać, ponieważ ostatnio ceny energii w Niemczech były już niższe niż w Polsce. Ale na razie ani importować, ani eksportować zbyt wiele energii nie będziemy. Być może za kilka lat. W 2014 roku być może uda się zwiększyć przepustowość połączeń do 1500 MW. Rok później ruszyć ma połączenie z Litwą, skąd można będzie importować ok. 500 MW, a docelowo 1000 MW.
Zamiast więc wymuszać budowę wielkich bloków energetycznych, może warto się skupić na tym, co najpilniejsze. Czyli budować w kraju nowe linie przesyłowe i szybko uchwalić ustawę o korytarzach przesyłowych.
PSE Operator zawarł umowy o przyłączenie do sieci na blisko 5600 MW. Przygotowuje umowy na kolejne 1000 MW, dodatkowo zawarł umowy na przyłączenie 1300 MW z farm wiatrowych. Większość tych mocy ma zostać wybudowana do 2014 roku.
PSE Operator twierdzi, że w najbliższych dwóch latach nie występuje bezpośrednie zagrożenie brakiem energii elektrycznej w polskim systemie. Warto też pamiętać, że blackouty w Szczecinie czy te na Śląsku i w Małopolsce nie wynikały z braku mocy czy awarii w elektrowni, lecz z przeciążenia linii energetycznych w czasie ekstremalnie złej pogody. Na pogodę nie mamy sposobu, na wytrzymałość linii możemy mieć.
Prognoza krajowego zużycia energii elektrycznej / DGP