Ta zabawa nigdy się nie kończy. Rano robi się krok do przodu, wieczorem dwa w tył. Najpierw w sierpniu bieżącego roku UE ogłosiła, że wyeliminuje opłaty celne za importowane ze Stanów Zjednoczonych homary. USA w zamian zapowiedziały obniżeniem o 50 proc. ceł na sprowadzane z Europy gotowe dania, niektóre wyroby szklane czy zapalniczki do papierosów. Umowa dotyczyła dóbr o łącznej wartości 271 mln dol. To krok naprzód. W tym miesiącu UE ogłosiła jednak, że nałoży cła na amerykańskie dobra, m.in. traktory, ketchup i sok pomarańczowy. Wartość towarów objętych nowymi taryfami szacuje się na ok. 4 mld dol. Oto właśnie dwa kroki w tył, które – jeśli historia czegoś uczy – po prostu musiały być zrobione. Cła są jak skrzyżowanie zombie z feniksem: za każdym razem, gdy wydaje się, że udało się je wykończyć, odradzają się silniejsze. Takie obciążenia wciąż są kijem, którym rząd kraju A okłada rząd B, marchewką dla lokalnych producentów i magnesem na głosy wyborców, którzy lubią, gdy wskazuje się im wroga hen daleko, za granicami. Co jest źródłem nieśmiertelności celnego absurdu?

Chiński rykoszet

Ekonomia nie jest nauką uprawianą przez ludzi szczególnie ugodowych, ale w przypadku ceł istnieje w niej szeroki konsensus: szkodzą. Dlaczego? Bo obniżają obroty handlowe i zwiększają koszty prowadzenia biznesu, co przekłada się na wyższe ceny i likwidację miejsc pracy. Niepoślednie znaczenie ma tu to, że cła to piach w trybach podziału pracy i specjalizacji, procesów umożliwiających globalny wzrost produktywności, a co za tym idzie – płac.

Istnieją, oczywiście, dysydenci, którzy twierdzą, że cła to skuteczne narzędzie polityki gospodarczej. Że prowadzą one do wzrostu narodowego dobrobytu i pozwalają dyscyplinować państwa, które stosują praktyki uznawane z jakichś przyczyn za karygodne. Takich dysydentów pełno było w obozie doradców ustępującego prezydenta Donalda Trumpa. Wymienianie ich z nazwiska byłoby jednak równie sensowne, co robienie podobnego zaszczytu czołowym „teoretykom” płaskiej Ziemi. Jedno z najbardziej kompleksowych badań w tym zakresie w styczniu 2019 r. opublikowali badacze Międzynarodowego Funduszu Walutowego: Davide Furceri, Swarnali A. Hannah, Jonathan D. Ostry i Andrew K. Rose. W pracy „Macroeconomic Consequences of Tariffs” (Makroekonomiczne konsekwencje ceł) przeanalizowali dane z 151 państw z lat 1963–2014. Wyniki nie pozostawiają wątpliwości: „Wzrosty ceł prowadziły w krótkim terminie do ekonomicznie i statystycznie istotnych spadków produktu krajowego i produktywności. Wzrosty ceł wywoływały także większe bezrobocie, wyższy poziom nierówności oraz aprecjację kursu walutowego” – piszą badacze. W ostatnich latach w MFW nastąpiła rewizja jego intelektualnych podstaw i coraz trudniej podejrzewać fundusz o bezkrytyczny stosunek do liberalnej ortodoksji. A jednak badanie potwierdza panujący od czasów Adam Smitha ekonomiczny konsensus. To wymowne.

Ale takie globalne i przekrojowe ujęcie może nie być przekonujące dla wszystkich.

Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu Magazynu DGP i na EDGP